Jak dołączyłem do trzech różnych sekt naraz

ADI DA

VICE nakazał mi wstąpić w szeregi trzech różnych organizacji religijnych: Adi Da, Kościoła Zjednoczenia Moona i Aleph. Adi Da znalazła się wśród „grup kontrowersyjnych” na portalu Ricka Rossa, obserwującego poczynania różnych tego typu społeczności, dlatego więc zdecydowałem się zacząć właśnie tam. Co od początku bez reszty mnie uwiodło, cała rzecz polega tam na wyznawaniu nauk pewnego guru z Long Island, który obecnie żyje na Fiji i wygląda jak krzyżówka Yody i żaboluda. Tak jest, właśnie na takie cuda spodziewałem się natrafić przy okazji tejże sektosondy.

Videos by VICE

Zadzwoniłem na ich nowojorski numer i chłopak o imieniu Gene od razu poinformował mnie piskliwym głosikiem, że następnej nocy odbywa się spotkanie wprowadzające w mieszkaniu na Upper West Side, na co odpowiedziałem: „O, no to spoko, dzięki”. Zaraz potem powiedział: „Zobaczysz jakie to niesamowite, kiedy zaczniesz poświęcać swoją codzienną energię na zbliżenie do guru, dzięki czemu będziesz w stanie wejść w jego przestrzeń duchową, która jak nic innego odpędza wszelkie zmory codzienności i zbliża do stanu równowagi z bogami. To prawie jak alchemia!”, na co ja się powtórzyłem: „Aha, no to spoko, wielkie dzięki”.

Właścicielami mieszkania była para starych gejów wyglądających jak przeżuty George Lucas i sflaczały Jerry Stiller. Kiedy się zjawiłem, wszyscy zasiadali już wokół niewielkiego stolika. Byli grubo po czterdziestce i prezentowali się jak zgraja statystów ze zdziadziałego, nudnego sitcomu, puszczanego w godzinach najniższej oglądalności. Wszyscy po kolei wyjaśniali, co skłoniło ich ku naukom Adi Da Samrai’a (rzeczonego żabiogłowego guru), co głównie polegało na odczytaniu jakiejś książkowej formułki. W końcu przyszła kolej na jakąś dziwną babę ubraną w mieniący się na srebrno strój do odchudzania, odsłaniający przedramiona poznaczone bliznami od petów, która wykorzystała okazję do wyrzucenia z siebie swej strasznej i zajebiście przydługiej narkotykowej przeszłości.

Chwilę potem przebił ją jednak jej niepokojąco nadaktywny braciszek z kucykiem na głowie, który przez pół godziny nawijał o tym, jak pewnego razu duch Adi Da wytrącił go z transu podczas ćwiczeń jogi, żeby objawić mu konieczność noszenia dziwacznego metalicznego stroju na co dzień, tak jak drugiej skóry, co podobno spowodowało kiedyś masowy atak paniki w jakimś pociągu. Starałem się obczaić dokładniej ten niecodzienny motyw i wygląda na to, że świadomość kolesia, dzięki temu strojowi, lewituje z pół metra nad i delikatnie z tyłu jego głowy, mniej więcej podobnie do ustawienia kamery w GTA.

Główną atrakcją wieczoru była 40 minutowa kompilacja różnych wypowiedzi „Ukochanego” [tak, tak – w ten sposób tytułowano guru] z 80-tych lat. Co kilka sekund Terry – ten przypominający George’a Lucasa przerywał pokaz, żeby podzielić się refleksjami na temat danego fragmentu lub różnych innych niepospolitych dokonań guru. Na przykład urwał wideo między dwoma kolejnymi zdaniami, po czym zaczął przewracać oczami na lewo i prawo, ogarniając w ten sposób karmę wszelkich istnień kiedykolwiek żyjących na tym świecie. Poważnie.

Byłem zmartwiony perspektywą intensywnej dyskusji na koniec całego tego cyrku, ale wszyscy po prostu wstali i udali się do kuchni w poszukiwaniu mrożonej herbaty i krakersów. Zakupiłem kasetę zatytułowaną „Kiedy znika Tygrys” (When the tiger dissapears) z roznegliżowanym Ukochanym na okładce. Ciggy zapewnił mnie, że był to strzał w dziesiątkę. Henry – gość odpowiedzialny za marketing, podał mi skserowany grafik i powiedział, żebym koniecznie zjawił się na „Święcie Dobrego Towarzystwa”, obchodzonym w następny weekend w innym ich mieszkaniu gdzieś na Brooklynie. „Zobaczysz, będą modły i kazania”, pochwalił się wzniośle.

W wyznaczoną grafikiem sobotę, zjawiłem się pod podanym adresem nieco przed czasem, aby rozłożyć się na kanapie z autobiografią mistrza Adi Da zatytułowaną „The Knee of Listening”. Stanąłem na tym, jak śmierć jego psa ukazała mu cały majestat jego własnej wyjątkowości, gdy usiadła obok mnie starsza kobieta owinięta w prowizoryczną sari i poprosiła o zapomogę na rzecz społeczności. Wrzuciłem do puszki 15$, chociaż z racji statusu studenta nie musiałem płacić zwyczajowej składki. Za ten gest podarowali mi ze stoiska z religijnymi artefaktami kopię „The Knee…” na własność.

Kiedy dobijaliśmy targu, podobnie ubrana kobieta narzuciła na telewizor purpurową szmatę i urządziła mini ołtarzyk z portretem Ukochanego otoczonym świecami i pokaźnej wielkości pomarańczowymi kwiatami. Gdy już wszystko było przygotowane, pokłoniła się portretowi i zaczęła przesuwać się w przód i w tył z uniesionymi rękoma, pomrukując pod nosem jakieś inkantacje w obcym języku. Prędko znalazła sobie naśladowczynię kopiującą dokładnie wszystkie jej ruchy.

W końcu zjawiło się parę osób z poprzedniego spotkania (niestety bez tych najbardziej pojechanych) razem z młodą, zaniedbaną Azjatką i byłym hipisem o aparycji świstaka, po czym rozpoczęła się wieczorna msza.

Gospodarz domu, schludnie przystrzyżony murzyn o imieniu Dale z uwieszonym na uchu turkusowym kolczykiem, we wdzianku o szerokim dekolcie, podniósł się i objaśnił modły, które napisał specjalnie na rozpoczęcie dzisiejszego wieczoru.

„Pewnie nie znacie wielu słów, których zaraz użyje, ale to nieważne”, oznajmił nam. „Są pełne wzniosłych znaczeń, które wasze serca od razu zrozumieją, nawet jeśli waszym umysłom się to nie uda. Rano zapomniałem niestety zrobić ksera, proszę więc podawać naokoło tę kopię, tak żeby każdy mógł sobie zobaczyć”.

Potem podszedł do umieszczonego za wszystkimi siedzeniami keyboardu, ustawił rytm na sambę i uraczył nas melodią na wzór tej przy wybieraniu numeru zamiejscowej rozmowy, jednak nieco bardziej smętną i gęsto poprzecinaną słowami „Adi Da”.

Mniej więcej po 50. powtórzeniu tej samej pętli dał nam trochę odpocząć przy spokojniejszej sekcji z bębnami, po czym wrócił na przód widowni i przez godzinę opowiadał o swojej ostatniej wyprawie na Fiji celem zgłębiania tajemnic Adi Da. Włożyłem nadludzki wysiłek w to, żeby nie zasnąć przy tym biadoleniu.

Kiedy skończył, młodsza kobieta zajęła jego miejsce, aby opowiedzieć o innej wycieczce na Fiji, co przelało czarę goryczy. W momencie, gdy zorientowałem się co się dzieje, puścili już 15 minutowy filmik dokumentujący opowieść. Tym razem zamiast rozmaitych wypowiedzi pojawiło się trzyminutowe ujęcie Ukochanego stojącego na mównicy, a za nim następne – dwunasto-kurwa-minutowe ujęcie jego nieruchomej mordy, w którą wszyscy wierni wpatrywali się jak w święty obrazek.

Kolejne spotkanie odbywało się w poprzednim mieszkaniu w czwartek. Spóźniłem się 20 minut tylko po to, żeby zastać kompletnie opustoszały salon. Spodziewając się jakiejś szalonej orgii wyznawców, ostrożnie udałem się w głąb korytarza do sypialni, w której zastałem jedynie lokatorów George’a i Teddy’ego sprawdzających swoje skrzynki pocztowe na osobnych komputerach.

„Jak widzisz, przyszedłeś tu dzisiaj sam”, przywitał mnie George. Wszyscy razem wróciliśmy do salonu, żeby obejrzeć inne wideo o religii Adi Da, tym razem w formie wywiadu z jego bez reszty ochujałymi wyznawcami z późnych lat 70-tych (pewna kobieta w workowatej sukience na modłę Kate Bush pytała każdego z nich: „Co sądzisz o nieskończoności?”). Teraz już naprawdę spodziewałem się jakiejś dyskusji na temat sensu życia albo czegokolwiek, o czym w tym przypadku mówiło wideo, jednak Teddy tylko mruknął „Całkiem niezły film” i powrócił z towarzyszem do sypialni.

W momencie gdy już miałem wychodzić, George zawołał mnie do siebie i powiedział: „ Próbowałem wysyłać Ci mejle o naszych nadchodzących spotkaniach, ale coś jest nie tak – zwraca mi je co chwilę”. Dziwnym trafem umieścił „6″ pośrodku mojego imienia. Adi Da to najbardziej wybiedzona sekta ze wszystkich, do których w życiu należałem.

ZAKON MOONITÓW

Nocą, zaraz po moim pierwszym spotkaniu z wyznawcami Adi Da, zajrzałem do nowojorskiej siedziby Kościoła Zjednoczenia Wielebnego Sun Myung Moona na 43 ulicy. Powitały mnie jakieś azjatyckie rytmy wydobywające się z boomboxa pod ścianą oraz zaciekawione spojrzenia kilku postaci zasiadających przy stolikach. Uśmiechnięta dziewczyna o imieniu Dana przedstawiła mi się i powiedziała, że powinienem przyjść na niedzielną mszę aby dowiedzieć się nieco więcej o ich religii, no i podała mi swój numer. Zostawiłem swoje dane na niewielkiej liście gości, którą od niej dostałem i kolejny dziwaczny kult stanął przede mną otworem.

Następnej niedzieli olałem sen na rzecz wycieczki do Kościoła Moon. W porównaniu z potężnym budżetem UWC (United World College – międzynarodowa organizacja studencka), ich kaplica wyglądała jak sala gimnastyczna w marnej podstawówce, z taką tylko różnicą, że w miejscu kosza zawieszono duży drewniany symbol na wzór mandali otoczony purpurowymi kotarami, przy czym na linii rzutu wolnego modlił się jaskrawo ubrany Jamajczyk zwany Wielebnym Deltonem. Grupa przybyłych wiernych była niecodzienną mieszanką starych murzynek, nastoletnich Koreańczyków, pokracznych białych w średnim wieku z żonami z Azji i dwóch białych ćpunów całych pokrytych tatuażami, którzy w środku kazania wstali i ze strzykawkami w rękach wyszli do sracza, żeby sobie załadować.

Najwyraźniej poplecznikom Wielebnego Moona przypasowało hasło „zacierania różnic kulturowych poprzez małżeństwo”, bo kiedy tylko mają okazję, omawiają każdą napotkany mieszany związek. Po rozwodach nad chęcią pewnej kobiety z Gujany do poślubienia mężczyzny z Trynidadu, Delton nakazał powstać jakiemuś posiwiałemu białemu typowi ściętemu na grzybka, którego japońska żona była akurat nieobecna i pochwalił przed wszystkimi jego wkład w zjednoczenie świata. „On sam jest białym człowiekiem, a poślubił Japonkę! Wszyscy po cichu o tym marzymy, a on tego naprawdę dokonał!”.

Po kazaniu Wielebny Delton zaprosił na scenę jednego ze swych pomagierów aby razem z nim odśpiewać uduchowioną wersję „Top of the World” The Carpenters w nieco pedalsko brzmiącym i takoż wyglądającym duecie. Wszyscy zebrani podchodzili w tym czasie do ołtarza, aby wrzucić do puszki drobną ofiarę na rzecz Kościoła.

Zacząłem się niepokoić, że wszystko za szybko się kończy i nie zdążę zebrać wystarczająco dużo materiału, ale na szczęście stało się inaczej. Dana zaczepiła mnie kiedy wychodziłem i przedstawiła mnie przysadzistemu Koreańczykowi nazywanemu Wielebnym Hyunem. Ten powiedział mi, że mogę odwiedzić go w tygodniu, żeby mógł wprowadzić mnie w podstawy i ogólne założenia ich religii.

Gdy odwiedziłem ich następnego dnia, jakiś niskiego wzrostu murzyn, którego w życiu na oczy nie widziałem, spojrzał na mnie sponad swojego stolika i powitał mnie: „Cześć, Thomas”. Moje zdziwienie nie stopniało jeszcze ani odrobinę, gdy nagle Dana wyrosła zza moich pleców i szczerząc swe zęby w szerokim uśmiechu, wpisała mnie tak jak ostatnio na listę gości, wzięła pod jedną rękę Wielebnego Hyuna, a do drugiej talerz ciasteczek i razem z nami zasiadła aby porozmawiać o Zjednoczeniu.

Generalnie cała ich wiara polega na tym, że Wielebny Moon został w wieku lat 16 oświecony przez samego Chrystusa, który oznajmił mu, że może zostać kolejnym mesjaszem, jeśli tylko będzie w stanie sprawić, żeby wszyscy ludzie posiadali gromadkę szczęśliwych dzieci i dochowali wierności swoim żonom. To wyręczyłoby Zbawiciela, któremu z powodu ukrzyżowania w 33 roku życia nie udało się wypełnić misji założenia boskiej rodzinki na ziemskim padole. Zaraz po tym, jak mi to powiedział, Wielbny Hyun uniósł brwi ze zdziwienia, gdy moja krzycząca „Że co, kurwa?!” mina zdawała się mówić: „No i może jeszcze mi powiesz, że Jezus zamierzał się ożenić?! Jaaasne, na bank…”. Chciałem mu powiedzieć, że może nie jest to aż taka wielka bzdura w porównaniu z modleniem się do 60-letniego pedała, ale skończyło się na jakiejś uciekającej od tematu wzmiance o „Kodzie Leonarda da Vinci”.

Wielebny Hyun przeszedł następnie do omówienia największych wrogów Zjednoczenia: Freuda, Alfreda Kinsey’a oraz Hugh Hefnera – ojców założycieli złowieszczej idei „wolności seksualnej”.

„Wielebny Moon przeciwstawia jej swoje pojęcie ‘Seksu absolutnego’”. Jak mi wytłumaczył – „Polega on na tym, że genitalia męża na zawsze należą do jego żony i odwrotnie. Czarnoskórzy wierni zawsze słuchają kazań guru wypiekami na twarzy, bo wiedzą, że głosi on najszczerszą prawdę”.

Muszę przyznać, że z tymi swoimi ciasteczkami, bzdurną (aczkolwiek przekonywującą pewne grono społeczeństwa) teologią oraz gospodarką własnościową względem genitaliów, Moonici stanowili całkiem prężnie działającą sektę. Jakby na potwierdzenie tego, kiedy zapytałem Wielebnego Hyuna ile kosztują wykłady wprowadzające, odpowiedział mi po cichu: „Ty masz je za darmo, ale nikomu o tym nie mów”.

Całą resztę tygodnia poświęciłem już tylko na mój zaniedbany uniwersytet. Żadnych czcigodnych guru, żadnych małomównych Japończyków, tylko ja, Wielebny i kilka pozornie wiarygodnych prezentacji w PowerPoincie każdego popołudnia, tłumaczących jak składający się z czterech elementów fundament miłości dał podstawę ku temu, aby perfekcja, do jakiej rozwinął się człowiek nie stanęła na przeszkodzie ku uzyskaniu trzech przenajświętszych błogosławieństw. Zdarzyło się parę zagmatwań oraz problemów technicznych, ale mimo wszystko składało się to w jakąś jedną całość, nawet biorąc pod uwagę fragment, w którym Ewa ruchała się z Szatanem (przy którym Hyun znowu zrobił swoją zadziwioną minę).

Pod koniec trzeciego wykładu byłem praktycznie zwerbowany. Zacząłem z obrzydzeniem myśleć o całym tym bzdurnym seksie i zaczytywać się głupotami z ich witryny związanymi ze Zjednoczeniem, zamiast w tym czasie pościągać jakieś nowe pornole. Czy zdajecie sobie sprawę, że Moonici planują budowę sieci mostów i tuneli łączącą Rosję z Alaską na obszarze Cieśniny Beringa zwaną „Światowym Tunelem Królewskiego Pokoju”? Może to tylko czcze, propagandowe gadanie, ale pomyślcie tylko, o ile lepiej żyłoby się na świecie.

Jedyną rzeczą, która cały czas nie dawała mi spokoju był ten motyw ożenku z nieznajomymi obcokrajowcami. Sądząc jednak po wrażeniach ze spacerów po ich siedzibie, w sumie miałbym spore szanse zostać „przeznaczony” jakiejś całkiem niezłej dupie, a co najmniej Azjatce.

W chwili, gdy rozentuzjazmowany Wielebny Hyun odczytał mi ze swojego maila wiadomość o wizycie Prawdziwego Ojca Moona w Nowym Jorku już w nadchodzący weekend – odgłos mojego westchnienia musiał być słyszalny nawet w najodleglejszym zakątku pomieszczenia. Potem przeczytał wiadomość na spokojnie raz jeszcze i okazało się, że niestety przybędzie tylko żona Mistrza. Aaale lipa… Zawiedliśmy się obaj.

Niemniej jednak, po niedzielnej mszy razem z Wielebnym przejechaliśmy się do Hemmerstein Ballroom, które jak się szybko okazało, było budynkiem utrzymywanym i posiadanym przez zakon Moonitów. Bardzo trudno mi to wyjaśnić, ale dziwnie na mnie działa publika złożona z dorosłych kobiet i mężczyzn, których mózgi zostały przeprane do tego stopnia, aby wszyscy wrzeszczeli z podniecenia w momencie, kiedy jakaś zramolała koreańska baba zajmuje miejsce na mównicy, żeby wygłosić swoje kazanie tonem równie zajmującym jak ten zapowiadający pociągi na peronach. Gdy przebywałem tam razem z nimi, popijając przy tym sok z winogron zamiast święconego wina i czytając po angielsku o jakimś jebanym Tunelu Pokoju, trudno mi było nie wrzeszczeć razem z nimi.

Na pewno więcej nie pokażę się w Kościele Moonitów, bo odwiedziłem go tylko z powodu zawodowej powinności, ale przyznam się szczerze, że ciężko mi nie odbierać telefonu, gdy do mnie wydzwaniają. Moonici, to z ręką na sercu, najfajniejsze zgromadzenie religijne, w jakim miałem swój udział.

ALEPH

Rankiem po moim wprowadzeniu do sekty Adi Da, przejrzałem anglojęzyczną stronę kultu Aleph w celu zapisania się na ich sekcję jogi.

Aleph to szpanerska, hebrajsko – brzmiąca nazwa wymyślona przez Fumihiro Joyu, w celu uniknięcia jakichkolwiek skojarzeń z jego wcześniejszą sektą Najwyższej Prawdy Aum i całkiem poważnym oskarżeniom kierowanym przeciwko niej w połowie lat 90. (takich jak zgromadzenie całego arsenału broni biologiczno-chemicznej, zabójstwa byłych członków i nieprzychylnych komentatorów oraz próba obalenia japońskiego rządu przy pomocy skoordynowanych ataków sarinem w tunelach tokijskiego metra). Podczas gdy tajemniczy brodacz nazywany Shoko Asahara wciąż pozostaje jedynym guru w sercach wielu wyznawców, jego radykalne, apokaliptyczne doktryny podszyte masową paranoją i LSD zostały porzucone na rzecz bardziej przyjaznych przyrodzie poglądów zachęcających do obdarowywania ludzi prezentami oraz zadbania o własną karmę dzięki codziennej medytacji. Co więcej, jako symbol przyjęto tym razem słodziutką mewę. Być może uważają tam, że kładąc nacisk na coś pomiędzy bajkowym, braterskim dobrobytem, a anarchią z piętrzącymi się wszędzie stosami trupów, zdobędą większe grono wyznawców?

Swego czasu mieli swoją kwaterę w Nowym Jorku, ale po atakach z 11 września, rząd USA na wszelki wypadek nadał im status organizacji terrorystycznej i przejął cały ich majątek. Pomyślałem jednak, że nawet jeśli nie posiadają żadnych oficjalnych miejscówek, gdzieś tam na pewno musi być jeszcze jakiś stary Alefita chętny do oświecenia nowego adepta blaskiem swojej religii. Nie czekając, puściłem więc maila do, powiedzmy, szefa ich departamentu PR i nie pozostało mi nic innego jak tylko poczekać.

Po kilku dniach zniecierpliwienia powodowanego brakiem odpowiedzi zdecydowałem się odświeżyć moją dawną chęć zgłębienia tajemnic zagadnienia Dharmy. Po kolejnych kilku dniach zrobiłem się już naprawdę nerwowy (wyobraźcie sobie, że strasznie chce wam się odlać, ale w duchowym sensie), aż w końcu całkiem się załamałem i wysłałem maile pod każdy adres jaki udało mi się wymyślić albo gdziekolwiek odszukać. Ktoś, gdzieś musiał mieć ochotę, żeby zająć się moją indoktrynacją, nawet jeśli miałby to być jakiś odosobniony oddział Shikoku (absolutnie nie miałem zamiaru ani trochę wybrzydzać).

Przez następny tydzień poświęciłem swoją uwagę dwóm innym opisywanym tutaj społecznościom wyobrażając sobie moją robotę jako męczeńską wspinaczkę na szczyt góry Fiji, po to aby w najświętszej świątyni jakiś najczcigodniejszy arcykapłan przekazał mi wreszcie sekret całej tej bani z sektami – oni musieli się wreszcie odezwać! Choćby ze względu na wymogi, jakie stawia etykieta. Przecież to, do kurwy nędzy, Japończycy!

W międzyczasie przyszło mi na myśl, że przyszedł moment na nieco praktyki w zakresie duchowych rytuałów, jakie do tej pory poznałem. W razie ewentualnego odezwu Alefitów byłbym znacznie lepiej przygotowany. Rozsunąłem kanapę i telewizor na przeciwległe krańce dużego pokoju i przed stolikiem zorganizowałem miejsce do medytacji ozdobione paroma kwiatami i wypełnione relaksującym aromatem (próbowałem w tym celu zdobyć liście klejowca (Aegle marmelos) żeby oddać hołd najwyższej świętości kultu Aum – tybetańskiemu bóstwu o imieniu Sziwa, ale najlepsze co udało mi się na szybko wymotać to niejakie Sublime – pisane tak samo jak nazwa zespołu pewnego martwego już grubasa). W jakimś magazynie znalazłem całostronicowe zdjęcie Asahary siedzącego w olśniewających purpurowych szatach do jogi i przykleiłem je ponad moim instant ołtarzykiem. Następnie wzniośle je rozdarłem i już byłem gotowy na małe co nieco medytacyjnego błogostanu.

Przy okazji moich pierwszych prób medytacyjnych zdecydowałem się pominąć wariant „Gdy Twoje Ciało jest nieczyste” rekomendowany przez witrynę Aleph dla początkujących (to przecież nazbyt banalne) i od razu rzuciłem się na głęboką wodę – „Cierpienie przy utracie zmysłów”.

Instrukcje do tego wariantu są jasne i proste: „Wyobraź sobie, że nagle straciłeś wzrok i nie jesteś już w stanie docenić piękna otaczającego krajobrazu oraz rozpoznać twarzy ludzi, których kochasz; nie możesz już czytać gazet, swoich ulubionych komiksów ani oglądać telewizji. Narasta w tobie niepohamowane pragnienie ujrzenia tego wszystkiego raz jeszcze. Kontynuuj medytację do momentu, aż twoje cierpienie stanie się nie do zniesienia”.

Owinąłem się prześcieradłem, zamknąłem oczy i spróbowałem zapaść w trans. Muszę przyznać, że chociaż nie udało mi się osiągnąć zenitu cierpienia, to po dobrej godzinie (albo nawet dwóch) takiego siedzenia, zaczął mnie ogarniać smutek tęsknoty za tymi wszystkimi cudownymi rzeczami, których nie byłem już w stanie oglądać. Szybko jednak miejsce smutku zajęło inne dziwne uczucie, podobne do takiego po przyjęciu pokaźnego ładunku kofeiny, bo przecież wszystkie inne zmysły gdy będę pozbawiony wzroku ulegną niewątpliwej amplifikacji. Domyśliłem się, że to uczucie musi być wyczekiwanym efektem mojej medytacji, otworzyłem więc oczy tylko po to, żeby przekonać się, że czas mojego transu wynosił aż 18 minut. Zerknąłem więc z powrotem na stronę, żeby zobaczyć czy mi dobrze poszło, ale niestety głównym celem tego akurat ćwiczenia było „przekonanie się, że co może dawać niewypowiedzianą radość, równie dobrze może przynosić straszliwe cierpienie”. Z tego względu „powinieneś wyzbyć się swego przywiązania do zmysłów”, co pozwoli uniknąć późniejszych przykrości. No zajebiście, blisko byłem.

Posłałem następną porcję maili, tym razem sygnalizując moją chęć do „przebudzenia uśpionych możliwości mojego umysłu i psychiki”. Kiedy Aum wystartowało na początku lat 80., miało nadzieję zwerbować wszystkich młodych otaku (fanów mangi i anime), obiecując uwolnić ich tajemne moce umysłu i lewitacji, co reklamowane było na tylnych okładkach magazynów o UFO (całe to tendencyjne zniekształcenie buddyzmu jakimiś apokaliptycznymi bzdurami uformowało się w umyśle Shoko po tym, jak po raz pierwszy poczytał sobie trochę Apokalipsy św. Jana. Wszyscy podziękujmy więc wielkiemu chrześcijaństwu za natchnienie jakie przynosi ludzkości). Podczas gdy mój szczery entuzjazm nie nabijał mi żadnych punktów u tych Japońców, zdecydowałem się rozbudzić w nich nieco nostalgii za starszym porządkiem. W chwili obecnej zachodzi tam swego rodzaju minischizma, bo oldskulowym zwolennikom Asuhary nie bardzo przystaje zgodny z prawem, zorientowany na publikę model Joyu (niektórzy mówią, że jest on jednak jedynie przykrywką dla ich dawnych szemranych poczynań). Jeśli nie jestem w stanie dołączyć do właściwej sekty, może przyjmie mnie jakiś jej pomniejszy odłam?

Kiedy minął kolejny tydzień bez jakichkolwiek wieści ze Wschodu, moje zainteresowanie kultem Aleph zaczęło szybko uciekać. Pewnie, fajnie pomarzyć sobie o odnalezieniu jakiejś tajnej świątyni gdzieś na Manhattanie, gdzie zamknęliby mnie w jakiejś komnacie naszprycowanej okultystyczną maszynerią, w której mógłbym swobodnie wyregulować swoje ciało i fale mózgowe, żeby były należycie przygotowane do duchowej symbiozy z Wielkim Mistrzem (lub tylko jakąś najświętszą doskonałością, jeśli trafiłbym pod skrzydła Joyu). Ale stawało się dla mnie jasne, że okręt tych kolesi odpłynął gdzieś daleko poza horyzont. Pewno zostało ich jeszcze trochę w Japonii, ale czy to nie jest ten kraj, w którym ciągle uważają rockabilly za szczyt społecznej rewolucji?

Moje wieczory były już chyba wystarczająco zawalone spotkaniami z Moonitami oraz wyznawcami Adi Da, żebym mógł sobie spokojnie pozwolić na nocną, bzdurną korespondencję z Alefitami, a ponadto nie byłem w stanie dostać żadnej kopii nauk Mistrza Shoko bez jakiegoś specjalnego pozwolenia od Nowojorskiej Biblioteki. Co za chujnia, nawet na eBay’u nie było żadnego cdr’a z jego astralną muzyką, którą mógłbym sobie puścić przy medytowaniu.

W końcu pomyślałem, że kończę już z podlizywaniem się Alefitom i przyszedł czas na klasyczne Prawdy Aum, o których co nieco zdążyłem się już dowiedzieć. O ile nie byłem w stanie odprawić całego kompletu obrzędów, takich jak pielęgnacja karmy bambusowymi witkami przez plecy oraz picie wody, którą obmywał się sam Wielki Mistrz Shoko z racji niedoboru właściwych surowców i znajomych popleczników, to spokojnie mogłem zażyć nieco termoterapii, która wiąże się po prostu z przesiedzeniem paru godzin zanurzonym w parzącej wodzie.

Monitorując ciągle temperaturę za pomocą termometru do mięsa, nalewałem wrzątek do wanny dzbanek za dzbankiem, aż udało mi się osiągnąć milutkie 95 stopni. Po paru falstartach, przy których moje stopy niepewnie muskały powierzchnię parującej wody, przyszło mi do głowy, że przecież nigdy nie dostąpisz zbawienia bez żadnego poświęcenia. Siedząc na krawędzi wanny, zanurzyłem migiem obie nogi w tym samym czasie.

Kurwa mać, ludzie, to był mój najgorszy pomysł w życiu. Przez pół sekundy poczułem się całkiem komfortowo i już miałem pomyśleć: „Ej, przecież to wcale nie jest takie straszne”, po czym nagle stałem już na zewnątrz wanny, a mój umysł pocieszał mnie: „No, przynajmniej wyskoczyłeś stamtąd na czas”, kiedy użądliło mnie okrutnie właściwe cierpienie poparzonej tkanki. Na noc owinąłem moje poczerwieniałe kikuty w namoczone ręczniki i o dziwo, rankiem odzyskały swój naturalny, różowawy odcień.

Pozostała jeszcze ostateczna opcja: używając „The Cult at the End of the World: Davida Kaplana jako przewodnika, udało mi się wytropić adres starej świątyni Aum w Nowym Jorku. Spodziewając się jakiejś wskazówki albo numeru telefonu od obecnych lokatorów, wydzwaniałem tam pełen nadziei, ale numer cały czas był zajęty. Jakaś linia telefoniczna musiała tam w takim razie być, poszedłem więc zapukać do frontowych drzwi. Niechętnie olewając w tym czasie zaproszenia Moonitów (z czego wynikały późniejsze zasmucone wiadomości od Dany), przespacerowałem się na róg 48th Street i Fifth Avenue, ale zastałem tam tylko jakąś tandetną czarownicę o imieniu Chloe, która reklamowała się na paru tablicach z dykty. Zajrzałem do niej i zagadnąłem: „Cześć, poszukuję Aleph”. „Alf?”, odpowiedziała z twarzą wykręconą grymasem typu „co ty kurwa wymyślasz”. „Nie. Aleph, tak jak sekcja jogi, dawniej nazywana Aum”. „Co takiego? Chcesz, żebym ci powróżyła?”.

No i to byłoby dla mnie na tyle. Jebać Aleph, i tak w życiu nie chciałem wyznawać tej ich bzdurnej religii.

Autor: Thomas Morton

Tłumaczył: M. Suhy

Dołączyłem do trzech różnych sekt na raz.

ADI DA

VICE nakazał mi wstąpić w szeregi trzech różnych organizacji religijnych: Adi Da, Kościoła Zjednoczenia Moona i Aleph. Adi Da znalazła się na liście „grup kontrowersyjnych” portalu Ricka Rossa obserwującego poczynania różnych tego typu społeczności, dlatego więc zdecydowałem się zacząć właśnie tam. Co nawet bardziej kuszące, cała rzecz polega tam na wyznawaniu nauk pewnego guru z Long Island, który obecnie żyje na Fiji i wygląda jak krzyżówka Yody i żaboluda. Tak jest, właśnie na takie cuda spodziewałem się natrafić przy okazji tejże sektosondy.

Zadzwoniłem na ich nowojorski numer i chłopak o imieniu Gene od razu poinformował mnie piskliwym głosikiem, że następnej nocy odbywa się spotkanie wprowadzające w mieszkaniu na Upper West Side, na co odpowiedziałem: „O, no to spoko, dzięki”. Zaraz potem powiedział: „Zobaczysz jakie to niesamowite, kiedy zaczniesz poświęcać swoją codzienną energię na zbliżenie do guru, dzięki czemu będziesz w stanie wejść w jego przestrzeń duchową, która jak nic innego odpędza wszelkie zmory codzienności i zbliża do stanu równowagi z bogami. To prawie jak alchemia!”, na co ja się powtórzyłem: „Aha, no to spoko, wielkie dzięki”.

Właścicielami mieszkania była para starych gejów wyglądających jak przeżuty George Lucas i sflaczały Jerry Stiller. Kiedy się zjawiłem, wszyscy zasiadali już wokół niewielkiego stolika. Byli grubo po czterdziestce i prezentowali się jak zgraja statystów ze zdziadziałego, nudnego sitcomu. Po kolei wszyscy wyjaśniali, co skłoniło ich ku naukom Adi Da Samrai’a (rzeczonego żabiogłowego guru), co głównie polegało na odczytaniu jakiejś książkowej formułki. Potem przyszedł moment dla jakiejś dziwnej baby całej (przecinek między tymi dwoma?) ubranej w mieniący się na srebrno strój do odchudzania z całymi przedramionami poznaczonymi bliznami od petów, która naszą konwersację wykorzystała do wyrzucenia z siebie swej strasznej narkotykowej i zajebiście przydługiej przeszłości. (ze swej strasznej i przydługiej narkotykowej przeszłości

Chwilę potem przebił ją jednak jej niepokojąco nerwowy braciszek z kucykiem na głowie, który przez pół godziny nawijał o tym, jak pewnego razu duch Adi Da wytrącił go z transu podczas ćwiczeń jogi, żeby objawić mu konieczność noszenia dziwacznego metalicznego stroju na co dzień, tak jak drugiej skóry, co podobno spowodowało kiedyś masowy atak paniki w jakimś pociągu. Starałem się obczaić dokładniej ten niecodzienny motyw i wygląda na to, że świadomość kolesia zdaje się dzięki temu lewitować z pół metra nad i delikatnie z tyłu jego głowy, mniej więcej podobnie do ustawienia kamery w GTA.

Główną atrakcją wieczoru była 40 minutowa kompilacja różnych wypowiedzi „Ukochanego” z 80.lat. Co kilka sekund Terry – ten przypominający George’a Lucasa przerywał pokaz, żeby podzielić się refleksjami na temat danego fragmentu lub różnych innych niuansów(bez tego brzmi naturalniej) niepospolitych zachowań Guru. Na przykład urwał wideo w momencie (bez tego brzmi naturalniej) między dwoma kolejnymi zdaniami, po czym zaczął przewracać oczami na lewo i prawo. Ogarniając w ten sposób( zdania powinny być połączone przecinkiem: …na lewo i prawo, ogarniając w ten sposób….) karmę wszelkich istnień kiedykolwiek żyjących na tym świecie. A kiedy zatrzymywał swój wzrok na poszczególnych uczestnikach? Oczywiście czerpał moc z ich wiary i transmitował ją swymi boskimi kanałami, które z czasem w sobie wypracował.

Byłem zmartwiony perspektywą intensywnej dyskusji na koniec całego tego cyrku, ale wszyscy po prostu wstali i udali się do kuchni w poszukiwaniu mrożonej herbaty i krakersów. Zakupiłem kasetę zatytułowaną „Kiedy znika Tygrys” (When the tiger dissapears) z roznegliżowanym Ukochanym na okładce. Ciggy zapewnił mnie, że był to strzał w dziesiątkę. Henry – gość odpowiedzialny za marketing podał mi skserowany grafik i powiedział, żebym koniecznie zjawił się na „Święcie Dobrego Towarzystwa”, obchodzonym w następny weekend w ich innym mieszkaniu gdzieś na Brooklynie. „Zobaczysz, będą modły i kazania”, pochwalił się wzniośle.

W wyznaczoną grafikiem sobotę, zjawiłem się pod podanym adresem nieco przed czasem, aby rozłożyć się na kanapie z autobiografią mistrza Adi Da zatytułowaną „The Knee of Listening”. Stanąłem na tym, jak śmierć jego psa ukazała mu cały majestat jego własnej wyjątkowości, gdy usiadła mnie obok mnie (!!!) starsza kobieta owinięta w prowizoryczną sari i poprosiła o zapomogę na rzecz społeczności. Wrzuciłem do puszki 15$, chociaż z racji statusu studenta nie musiałem płacić zwyczajowej składki, za co podarowali mi ze stoiska z religijnymi artefaktami kopię „The Knee…” na własność.

Kiedy targowaliśmy się, podobnie ubrana kobieta narzuciła na telewizor purpurową szatę i urządziła mini ołtarzyk z portretem Ukochanego otoczonym świecami i pokaźnej wielkości pomarańczowymi kwiatami. Gdy wszystko było przygotowane, pokłoniła się portretowi i zaczęła przesuwać do przodu i tyłu (w przód w tył – dużo bardziej naturalnie) z uniesionymi rękoma, pomrukując pod nosem jakieś inkantacje w obcym języku. Prędko dołączyła do niej archiwistka kopiując dokładnie wszystkie jej ruchy.

W końcu zjawiło się parę osób z poprzedniego spotkania (niestety bez tych najbardziej pojechanych) razem z młodą, zaniedbaną Azjatką i byłym hipisem o prezencji świstaka, po czym rozpoczęła się wieczorna msza.

Gospodarz domu, schludnie przystrzyżony murzyn o imieniu Dale z uwieszonym na uchu turkusowym kolczyku(w uwieszonym albo z uwieszonym(…) kolczykIEM) i wdziankiem o szerokim dekolcie podniósł się i objaśnił modły, które napisał specjalnie na rozpoczęcie dzisiejszego wieczoru.

„Pewnie nie znacie wielu słów, których zaraz użyje, ale to nieważne”, oznajmił nam. „Są pełne wzniosłych znaczeń, które wasze serca od razu zrozumieją, nawet jeśli waszym umysłom się to nie uda. Rano zapomniałem niestety zrobić parę kopii, proszę więc podawać naokoło tę, która dysponujemy tak, aby każdy mógł sobie zobaczyć”.

Potem podszedł do umieszczonego za wszystkimi siedzeniami keyboardu, ustawił rytm na sambę i uraczył nas melodią na wzór tej przy wybieraniu numeru do(bez do brzmi dużo lepiej) zamiejscowej rozmowy, jednak bardziej rozwleczoną i gęsto poprzecinaną słowami „Adi Da”.

Mniej więcej po 50. powtórzeniu tej samej pętli dał nam trochę odpocząć przy spokojniejszej sekcji z bębnami, po czym wrócił na front(przód brzmi naturalniej) widowni i przez godzinę opowiadał o swojej ostatniej wycieczce na Fiji celem zgłębiania tajemnic Adi Da. Nieusypianie przy tym biadoleniu kosztowało mnie nadludzki wysiłek.(lepiej: Wkładałem nadludzki wysiłek w to, żeby nie zasnąć przy tym biadoleniu)

Kiedy skończył, młodsza kobieta zajęła jego miejsce, aby opowiedzieć o innej wycieczce na Fiji, co przelało czarę mojej(bez mojej) goryczy. W momencie, gdy zorientowałem się co się dzieje, puścili już 15 minutowy filmik dokumentujący opowieść. Tym razem na rzecz rozmaitych wypowiedzi pojawiło się trzyminutowe ujęcie Ukochanego stojącego na mównicy, a za nim następne – 12 kurwa minutowe(tu widzę poślig tłumacza : tym razem zamiast…/ oraz ten redakcyjny: dwunasto-kurwa-minutowe – nie zostawia się cyfr w takich mometach txtu)ujęcie jego nieruchomej mordy, w którą wszyscy wierni wpatrywali się jak w magiczny obrazek.

Kolejne spotkanie odbywało się w poprzednim mieszkaniu w czwartek. Spóźniłem się 20 minut tylko po to, żeby salon zastać kompletnie opustoszałym. Spodziewając się jakiejś szalonej orgii wyznawców, ostrożnie udałem się w głąb korytarza do sypialni, w której zastałem jedynie lokatorów George’a i Teddy’ego sprawdzających swoje skrzynki pocztowe na osobnych komputerach.

„Jak widzisz, przyszedłeś tu dzisiaj sam”, przywitał mnie George. Wszyscy razem wróciliśmy do salonu, żeby obejrzeć inne wideo o religii Adi Da, tym razem w formie wywiadu z jego ogłupiałymi wyznawcami z późnych lat 70. (pewna kobieta w obwisłej sukience na modę Kate Bush pytała każdego z nich: „Co sądzisz o nieskończoności?”). Teraz już naprawdę spodziewałem się jakiejś dyskusji na temat sensu życia albo czegokolwiek, o czym w tym przypadku mówiło wideo, jednak Teddy tylko mruknął „Całkiem niezły film” i powrócił z towarzyszem do sypialni.

W momencie gdy już miałem wychodzić, George zawołał mnie do siebie i powiedział: „ Próbowałem wysyłać Ci mejle o naszych nadchodzących rekolekcjach, ale coś jest nie tak – zwraca mi je co chwilę”. Dziwnym trafem umieścił „6″ pośrodku mojego imienia. Adi Da to najbardziej wybiedzona sekta ze wszystkich, do których w życiu należałem.

ZAKON MOONITÓW

Nocą, zaraz po moim pierwszym spotkaniu z wyznawcami Adi Da, zajrzałem do nowojorskiej siedziby Kościoła Zjednoczenia Wielebnego Sun Myung Moona na 43rd Street. Powitały mnie jakieś azjatyckie rytmy wydobywające się z boomboxa pod ścianą oraz zaciekawione spojrzenia kilku postaci zasiadających przy stolikach. Uśmiechnięta dziewczyna o imieniu Dana przedstawiła mi się, powiedziała, że powinienem przyjść na niedzielną mszę aby dowiedzieć się nieco więcej o ich religii i podała mi swój numer. Zostawiłem swoje dane na niewielkiej liście gości, którą od niej dostałem i kolejny dziwaczny kult stanął przede mną otworem.

Następnej niedzieli olałem sen na rzecz wycieczki do Kościoła Moon. W porównaniu z potężnym budżetem UWC (United World College – międzynarodowa organizacja studencka), ich kaplica wyglądała jak sala gimnastyczna w marnej podstawówce, z taką tylko różnicą, że w miejscu kosza zawieszono duży drewniany symbol na wzór mandali otoczony purpurowymi kotarami, przy czym na linii rzutu wolnego modlił się jaskrawo ubrany Jamajczyk zwany Wielebnym Deltonem. Grupa przybyłych wiernych była niecodzienną mieszanką starych murzynek, nastoletnich Koreańczyków, pokracznych białych w średnim wieku z żonami z Azji i dwóch białych ćpunów całych pokrytych tatuażami, którzy w środku kazania wstali i ze strzykawkami w rękach wyszli przywalić sobie do kibla.

Najwyraźniej poplecznikom Wielebnego Moona przypasowało hasło „zacierania różnic kulturowych poprzez małżeństwo”, bo kiedy tylko mają okazję, obgadują każdą napotkany mieszany związek. Po rozwodach nad chęcią pewnej kobiety z Gujany do poślubienia mężczyzny z Trynidadu, Delton nakazał powstać jakiemuś posiwiałemu białemu typowi ściętemu na grzybka, którego japońska żona była akurat nieobecna i pochwalił przed wszystkimi jego wkład w zjednoczenie świata. „On sam jest białym człowiekiem, a poślubił Japonkę! Wszyscy po cichu o tym marzymy, a on tego naprawdę dokonał!”.

Po kazaniu Wielebny Delton zaprosił na scenę jednego ze swych pomagierów aby razem z nim odśpiewać uduchowioną wersję „Top of the World” od The Carpenters w nieco pedalsko brzmiącym i wyglądającym duecie. Wszyscy zebrani podchodzili w tym czasie do ołtarza, aby wrzucić do puszki drobną ofiarę na rzecz Kościoła.

Zacząłem się niepokoić, że wszystko za szybko się kończy i nie zdążę zebrać wystarczająco dużo materiału, ale na szczęście stało się inaczej. Dana zaczepiła mnie kiedy wychodziłem i przedstawiła mnie przysadzistemu Koreańczykowi nazywanemu Wielebnym Hyunem. Ten powiedział mi, że mogę odwiedzić go w tygodniu, żeby mógł wprowadzić mnie w podstawy i ogólne założenia ich religii.

Gdy odwiedziłem ich następnego dnia, jakiś niskiego wzrostu murzyn, którego w życiu na oczy nie widziałem, spojrzał na mnie sponad swojego stolika i powitał mnie: „Cześć, Thomas”. Moje zdziwienie nie stopniało jeszcze ani odrobinę, gdy nagle Dana wyrosła zza moich pleców, szczerząc swe zęby w szerokim uśmiechu, wpisała mnie tak jak ostatnio na listę gości, wzięła pod jedną rękę Wielebnego Hyuna a do drugiej – talerz ciasteczek i razem z nami zasiadła aby porozmawiać o Zjednoczeniu.

Generalnie cała ich wiara polega na tym, że Wielebny Moon został w wieku lat 16 oświecony przez samego Chrystusa, który oznajmił mu, że może zostać kolejnym mesjaszem, jeśli tylko będzie w stanie sprawić, żeby wszyscy ludzie posiadali gromadkę szczęśliwych dzieci i dochowali wierności swoim żonom. To wyręczyłoby Zbawiciela, któremu z winy niechlubnego rzymskiego zwyczaju ukrzyżowania nie udało się wypełnić swej misji założenia boskiej rodzinki pośród ziemskiego padołu. Zaraz po tym, jak mi to powiedział, Wielbny Hyun uniósł brwi ze zdziwienia, gdy moja krzycząca „Co kurwa?!” mina zdawała się mówić: „No i może jeszcze mi powiesz, że Jezus zamierzał się ożenić?! Jaaasne, na bank…”. Chciałem mu powiedzieć, że może nie jest to aż taka wielka bzdura w porównaniu z modleniem się do 60-letniego pedała, ale skończyło się na jakiejś uciekającej od tematu wzmiance o „Kodzie Leonarda da Vinci”.

Wielebny Hyun przeszedł następnie do omówienia największych wrogów Zjednoczenia: Freuda, Alfreda Kinsey’a oraz Hugh Hefnera – ojców założycieli złowieszczej idei „wolności seksualnej”.

„Wielebny Moon przeciwstawia jej swoje pojęcie ‘Seksu absolutnego’” wytłumaczył mi. „Polega on na tym, że genitalia męża na zawsze należą do jego żony i odwrotnie. Czarnoskórzy wierni zawsze słuchają kazań Ukochanego z wypiekami na twarzy, bo wiedzą, że głoszą one najszczerszą prawdę”.

Muszę przyznać, że z tymi swoimi wszystkim ciasteczkami, bzdurną (aczkolwiek przekonywującą pewne grono społeczeństwa) teologią oraz gospodarką własnościową względem genitaliów, Moonici stanowili całkiem prężnie działającą sektę. Jakby na potwierdzenie tego, kiedy zapytałem Wielebnego Hyuna ile kosztują wykłady wprowadzające, odpowiedział mi po cichu: „Ty masz je za darmo, ale nikomu o tym nie mów”.

Całą resztę tygodnia poświęciłem już tylko na mój zaniedbany uniwersytet. Żadnych czcigodnych guru, żadnych małomównych Japończyków, tylko ja, Wielebny i kilka pozornie wiarygodnych prezentacji w PowerPoincie każdego popołudnia tłumaczących jak składający się z czterech elementów fundament miłości dał podstawę ku temu, aby perfekcja, do jakiej rozwinął się człowiek nie stanęła na przeszkodzie ku osiągnięciu trzech przenajświętszych błogosławieństw. Zdarzyło się parę zagmatwań oraz problemów technicznych, ale mimo wszystko nawet ja mogę to wszystko zrozumieć, więc nie jest źle, nawet biorąc pod uwagę fragment, w którym Ewa pieprzyła się z Szatanem (przy którym Hyun znowu zrobił swoją zadziwioną minę).

Pod koniec trzeciego wykładu byłem praktycznie zwerbowany. Zacząłem z obrzydzeniem myśleć o całym tym bzdurnym seksie i zaczytywać głupotami z ich witryny związanymi ze Zjednoczeniem, zamiast w tym czasie pościągać jakieś nowe pornole. Czy zdajecie sobie sprawę, że Moonici planują budowę sieci mostów i tuneli łączącą Rosję z Alaską na obszarze Cieśniny Beringa zwaną „Światowym Tunelem Królewskiego Pokoju”? Może to tylko czcze, propagandowe gadanie, ale pomyślcie tylko, o ile lepiej żyłoby się na świecie.

Jedyną rzeczą, która cały czas nie dawała mi spokoju był ten motyw mass -ożenku z nieznajomymi obcokrajowcami. Sądząc jednak po wrażeniach ze spacerów po ich siedzibie, w sumie miałbym spore szanse zostać „przeznaczony” całkiem niezłej panience, a co najmniej Azjatce.

W chwili, gdy rozentuzjazmowany Wielebny Hyun odczytał mi ze swojego maila wiadomość o wizycie Prawdziwego Ojca Moona w Nowym Jorku w nadchodzący weekend – odgłos mojego westchnienia musiał być słyszalny nawet w najodleglejszym zakątku pomieszczenia. Potem przeczytał ją na spokojnie raz jeszcze i okazało się, że niestety przybędzie tylko żona Mistrza. Aaale lipa… Zawiedliśmy się obaj.

Niemniej jednak, po niedzielnej mszy razem z Wielebnym przejechaliśmy się do Hemmerstein Ballroom, które jak się szybko okazało, było budynkiem utrzymywanym i posiadanym przez zakon Moonitów. Bardzo trudno mi to wyjaśnić, ale publika złożona z dorosłych kobiet i mężczyzn, których mózgi zostały przeprane do tego stopnia, aby wszyscy wrzeszczeli z podniecenia w momencie, kiedy jakaś koreańska babuleńka zajmuje miejsce na mównicy, żeby wygłosić swoje kazanie tonem równie zajmującym jak ten zapowiadający pociągi na peronach, działa na mnie w dziwny sposób. Gdy przebywam tam razem z nimi, popijając przy tym sok z winogron zamiast święconego wina i czytając po angielsku o jakimś jebanym Tunelu Pokoju, trudno mi nie wrzeszczeć razem z nimi.

Na pewno więcej nie pokażę się w Kościele Moonitów, bo odwiedziłem go tylko z powodu zawodowej powinności, ale przyznam się szczerze, że ciężko mi nie odbierać telefonu, gdy do mnie wydzwaniają. Moonici, to z ręką na sercu, najfajniejsze zgromadzenie religijne, w jakim miałem swój udział.

ALEPH

Rankiem po moim wprowadzeniu do sekty Adi Da, przejrzałem anglojęzyczną stronę kultu Aleph w celu zapisania się na ich sekcję jogi.

Aleph to szpanerska, hebrajsko – brzmiąca nazwa wymyślona przez Fumihiro Joyu w celu uniknięcia jakichkolwiek skojarzeń z jego wcześniejszą sektą Najwyższej Prawdy Aum i całkiem poważnym oskarżeniom kierowanym przeciwko niej w połowie lat 90. (takich jak zgromadzenie całego arsenału broni biologiczno-chemicznej, zabójstwa byłych członków i nieprzychylnych komentatorów oraz próba obalenia japońskiego rządu przy pomocy skoordynowanych ataków sarinem w tunelach tokijskiego metra). Podczas gdy tajemniczy brodacz nazywany Shoko Asahara wciąż pozostaje jedynym guru w sercach wielu długotrwałych zrzeszonych, jego radykalne, apokaliptyczne doktryny podszyte masową paranoją i LSD zostały porzucone na rzecz bardziej przyjaznym przyrodzie poglądom zachęcającym do obdarowywania ludzi prezentami oraz zadbania o własną karmę dzięki codziennej medytacji. Co więcej, jako symbol przyjęto tym razem słodziutką mewę. Być może uważają tam, że umieszczając sedno swojej sprawy pomiędzy bajkowym, braterskim dobrobytem a anarchią z piętrzącymi się wszędzie stosami trupów, zdobędą większe grono wyznawców?

Swego czasu mieli swoją kwaterę w Nowym Jorku, ale po atakach z 11 września, rząd USA na wszelki wypadek nadał im status organizacji terrorystycznej i przejął cały ich majątek. Pomyślałem jednak, że nawet jeśli nie posiadają żadnych oficjalnych miejscówek, gdzieś tam na pewno musi być jeszcze jakiś stary Aumita/Alefita chętny do oświecenia nowego adepta blaskiem swojej religii, puściłem więc maila do, powiedzmy, że szefa ich departamentu PR i nie pozostało mi nic innego jak tylko poczekać.

Po kilku dniach zniecierpliwienia powodowanego brakiem odpowiedzi zdecydowałem się odświeżyć moją dawną chęć zgłębienia tajemnic zagadnienia Dharmy. Po kolejnych kilku zrobiłem się już naprawdę nerwowy (wyobraźcie sobie, że strasznie chce wam się odlać, ale w duchowym sensie), aż w końcu całkiem się załamałem i wysłałem maile pod każdy adres jaki udało mi się wymyślić albo gdziekolwiek odszukać. Ktoś, gdzieś musiał mieć ochotę, żeby zająć się moją indoktrynacją, nawet jeśli miałby to być odosobniony oddział Shikoku (absolutnie nie miałem zamiaru ani trochę wybrzydzać).

Przez następny tydzień poświęciłem swoją uwagę dwóm innym opisywanym tutaj społecznościom wyobrażając sobie przy tym moją robotę jako męczeńską wspinaczkę na szczyt góry Fiji, aby w najświętszej świątyni jakiś najczcigodniejszy arcykapłan przekazał mi wreszcie sekret całej tej bani z sektami – oni musieli się wreszcie odezwać! Choćby z pewnych wymogów, jakie stawia etykieta. Przecież to na dodatek Japończycy!

W międzyczasie przyszło mi na myśl, że przyszedł moment na nieco praktyki w zakresie duchowych rytuałów, jakie do tej pory poznałem. W razie ewentualnego odezwu Alefitów byłbym znacznie lepiej przygotowany. Rozsunąłem kanapę i telewizor na przeciwległe krańce dużego pokoju i przed stolikiem zorganizowałem miejsce do medytacji ozdobione paroma kwiatami i wypełnione relaksującym aromatem (próbowałem w tym celu zdobyć liście klejowca (Aegle marmelos) żeby oddać hołd najwyższej świętości kultu Aum – tybetańskiemu bóstwu o imieniu Sziwa, ale najlepsze co udało mi się na szybko wymotać to niejakie Sublime – pisane tak samo jak nazwa zespołu pewnego martwego już grubasa). W jakimś magazynie znalazłem całostronicowe zdjęcie Asahary siedzącego w olśniewających purpurowych szatach do jogi i przykleiłem je ponad moim instant ołtarzykiem. Następnie wzniośle je rozdarłem i już byłem gotowy na małe co nieco medytacyjnego błogostanu.

Przy okazji moich pierwszych prób medytacyjnych zdecydowałem się pominąć wariant „Gdy Twoje Ciało jest nieczyste” rekomendowany przez witrynę Aleph dla początkujących (to przecież nazbyt banalne) i od razu rzuciłem się na głęboką wodę – „Cierpienie przy utracie zmysłów”.

Instrukcje do tego wariantu są jasne i proste: „Wyobraź sobie, że nagle straciłeś wzrok i nie jesteś już w stanie docenić piękna otaczającego krajobrazu oraz rozpoznać twarzy ludzi, których kochasz; nie możesz już czytać gazet, swoich ulubionych komiksów ani oglądać telewizji. Narasta w tobie niepohamowane pragnienie ujrzenia tego wszystkiego raz jeszcze. Kontynuuj medytację do momentu, aż twoje cierpienie stanie się nie do zniesienia”.

Owinąłem się prześcieradłem, zamknąłem oczy i spróbowałem zapaść w trans. Muszę przyznać, że chociaż nie udało mi się osiągnąć zenitu cierpienia, to po dobrej godzinie (albo nawet dwóch) takiego siedzenia, zaczął mnie ogarniać smutek tęsknoty za tymi wszystkimi cudownymi rzeczami, których nie byłem już w stanie oglądać. Szybko jednak miejsce smutku zajęło inne dziwne uczucie, podobne do takiego po przyjęciu pokaźnego ładunku kofeiny, bo przecież wszystkie inne zmysły gdy będę pozbawiony wzroku ulegną niewątpliwej amplifikacji. Domyśliłem się, że to uczucie musi być wyczekiwanym efektem mojej medytacji, otworzyłem więc oczy tylko po to, żeby przekonać się, że czas mojego transu wynosił aż 18 minut. Zerknąłem więc z powrotem na stronę, żeby zobaczyć czy mi dobrze poszło, ale niestety głównym celem tego akurat ćwiczenia było „przekonanie się, że co może dawać niewypowiedzianą radość, równie dobrze może przynosić straszliwe cierpienie”. Z tego względu „powinieneś wyzbyć się swego przywiązania do zmysłów”, co pozwoli uniknąć późniejszych przykrości. No zajebiście, blisko byłem.

Posłałem następną porcję maili, tym razem sygnalizując moją chęć do „przebudzenia uśpionych możliwości mojego umysłu i psychiki”. Kiedy Aum wystartowało na początku lat 80., miało nadzieję zwerbować wszystkich młodych otaku (fanów mangi i anime), obiecując uwolnić ich tajemne moce umysłu i lewitacji, co reklamowane było na tylnych okładkach magazynów o UFO (całe to tendencyjne zniekształcenie buddyzmu jakimiś apokaliptycznymi bzdurami uformowało się w umyśle Shoko po tym, jak po raz pierwszy poczytał sobie trochę Apokalipsy św. Jana. Wszyscy podziękujmy więc wielkiemu chrześcijaństwu za natchnienie jakie przynosi ludzkości). Podczas gdy mój szczery entuzjazm nie nabijał mi żadnych punktów u tych Japońców, zdecydowałem się rozbudzić w nich nieco nostalgii za starszym porządkiem. W chwili obecnej zachodzi tam swego rodzaju minischizma, bo oldskulowym zwolennikom Asuhary nie bardzo przystaje zgodny z prawem, zorientowany na publikę model Joyu (niektórzy mówią, że jest on jednak jedynie przykrywką dla ich dawnych szemranych poczynań). Jeśli nie jestem w stanie dołączyć do właściwej sekty, może przyjmie mnie jakiś jej pomniejszy odłam?

Kiedy minął kolejny tydzień bez jakichkolwiek wieści ze Wschodu, moje zainteresowanie kultem Aleph zaczęło szybko uciekać. Pewnie, fajnie pomarzyć sobie o odnalezieniu jakiejś tajnej świątyni gdzieś na Manhattanie, gdzie zamknęliby mnie w jakiejś komnacie naszprycowanej okultystyczną maszynerią, w której mógłbym swobodnie wyregulować swoje ciało i fale mózgowe, żeby były należycie przygotowane do duchowej symbiozy z Wielkim Mistrzem (lub tylko jakąś najświętszą doskonałością, jeśli trafiłbym pod skrzydła Joyu). Ale stawało się dla mnie jasne, że okręt tych kolesi odpłynął gdzieś daleko poza horyzont. Pewno zostało ich jeszcze trochę w Japonii, ale czy to nie jest ten kraj, w którym ciągle uważają rockabilly za szczyt społecznej rewolucji?

Moje wieczory były już chyba wystarczająco zawalone spotkaniami z Moonitami oraz wyznawcami Adi Da, żebym mógł sobie spokojnie pozwolić na nocną, bzdurną korespondencję z Alefitami, a ponadto nie byłem w stanie dostać żadnej kopii nauk Mistrza Shoko bez jakiegoś specjalnego pozwolenia od Nowojorskiej Biblioteki. Co za chujnia, nawet na eBay’u nie było żadnego cdr’a z jego astralną muzyką, którą mógłbym sobie puścić przy medytowaniu.

W końcu pomyślałem, że kończę już z podlizywaniem się Alefitom i przyszedł czas na klasyczne Prawdy Aum, o których co nieco zdążyłem się już dowiedzieć. O ile nie byłem w stanie odprawić całego kompletu obrzędów, takich jak pielęgnacja karmy bambusowymi witkami przez plecy oraz picie wody, którą obmywał się sam Wielki Mistrz Shoko z racji niedoboru właściwych surowców i znajomych popleczników, to spokojnie mogłem zażyć nieco termoterapii, która wiąże się po prostu z przesiedzeniem paru godzin zanurzonym w parzącej wodzie.

Monitorując ciągle temperaturę za pomocą termometru do mięsa, nalewałem wrzątek do wanny dzbanek za dzbankiem, aż udało mi się osiągnąć milutkie 95 stopni. Po paru falstartach, przy których moje stopy niepewnie muskały powierzchnię parującej wody, przyszło mi do głowy, że przecież nigdy nie dostąpisz zbawienia bez żadnego poświęcenia. Siedząc na krawędzi wanny, zanurzyłem migiem obie nogi w tym samym czasie.

Kurwa mać, ludzie, to był mój najgorszy pomysł w życiu. Przez pół sekundy poczułem się całkiem komfortowo i już miałem pomyśleć: „Ej, przecież to wcale nie jest takie straszne”, po czym nagle stałem już na zewnątrz wanny, a mój umysł pocieszał mnie: „No, przynajmniej wyskoczyłeś stamtąd na czas”, kiedy użądliło mnie okrutnie właściwe cierpienie poparzonej tkanki. Na noc owinąłem moje poczerwieniałe kikuty w namoczone ręczniki i o dziwo, rankiem odzyskały swój naturalny, różowawy odcień.

Pozostała jeszcze ostateczna opcja: używając „The Cult at the End of the World: Davida Kaplana jako przewodnika, udało mi się wytropić adres starej świątyni Aum w Nowym Jorku. Spodziewając się jakiejś wskazówki albo numeru telefonu od obecnych lokatorów, wydzwaniałem tam pełen nadziei, ale numer cały czas był zajęty. Jakaś linia telefoniczna musiała tam w takim razie być, poszedłem więc zapukać do frontowych drzwi. Niechętnie olewając w tym czasie zaproszenia Moonitów (z czego wynikały późniejsze zasmucone wiadomości od Dany), przespacerowałem się na róg 48th Street i Fifth Avenue, ale zastałem tam tylko jakąś tandetną czarownicę o imieniu Chloe, która reklamowała się na paru tablicach z dykty. Zajrzałem do niej i zagadnąłem: „Cześć, poszukuję Aleph”. „Alf?”, odpowiedziała z twarzą wykręconą grymasem typu „co ty kurwa wymyślasz”. „Nie. Aleph, tak jak sekcja jogi, dawniej nazywana Aum”. „Co takiego? Chcesz, żebym ci powróżyła?”.

No i to byłoby dla mnie na tyle. Jebać Aleph, i tak w życiu nie chciałem wyznawać tej ich bzdurnej religii.

Autor: Thomas Morton

Tłumaczył: M. Suhy

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.