Mieć hobby to nie grzech. Można zbierać znaczki, można być niepoprawnym nudziarzem, który uwielbia uszczęśliwiać świat monologami o Napoleonie albo masonerii, można też cisnąć seriale i rozkminiać w środkach komunikacji miejskiej, kiedy Sookie prześpi się z Erickiem, bo Bill to nudziarz. Jednak jeśli twoje hobby jest efektem krajowej pandemii szafiarek i opiera się na przekonaniu, że wiesz jak się dobrze ubrać i możesz w tej kwestii zbawiać świat to cię nie lubię. Jeśli jesteś jedną z tych lasek, które godzinami gadają o butach z Deichmanna i nawet nie wtrącą zdania w kwestii “Czy Bóg istnieje?”, to po śmierci trafisz w najnudniejszy sektor czyśćca.
Nie interesuję się modą ponad to, co nachalnie wpada mi w oko. Znam takie tkaniny jak bawełna czy ortalion, nie odróżniłabym natomiast jedwabiu od foliowej torby. Mimo wszystko jednak potrafię rozpoznać tandetę. Do tandety każdy ma prawo, ej dziewczyny i chłopaki, nikt z nas nie musi być hipsterem i nie ma nic złego w noszeniu sztruksów po dziadku do ogródka, ale jeśli robisz o tym blog i fotografujesz się w tych sztruksach ze wszystkich swoich pięciu profili to siadło ci na mózg. Zwłaszcza jeżeli zaczynasz myśleć, że moda to ty i że chodzicie razem pod rękę do warzywniaka.
Videos by VICE
Szafiarka szafiarce nierówna. Sama idea prowadzenia szafiarskiego bloga jest na tyle biedna, że aby zrobić coś dobrego trzeba ją trochę ulepszyć. Co nie znaczy, że nie jestem wdzięczna paru osobom za to, że ubierają losowy badziew ze swojej szafy, na to obowiązkowo coś z H&M-u, na nogi nie białe kozaczki i jako ikony stylu stają dumnie przed obiektywem, zza którego zaszantażowany małżonek cyka sesję przy kaloryferze z paprotką w tle, spełniając ich marzenie o zostaniu tap madl. Szafiarki są w różnym wieku, od gimnazjalistek robiących sobie foty na ślizgawce, przez licealistki wbiegające w euforii na lód w nowym płaszczu z New Yorkera po wymachujące szalikiem panie z karierą w księgowości, które nadużywają słowa “dodatki”. Gdyby dodatkiem był chociaż jakiś ciekawy okaz biżuterii typu pierścionek z zasuszonego żuka albo wisiorek ze szczura, ale nie, dodatkiem jest ręcznie robiona z takiej to a takiej ilości wełny czapka, w której podmiot liryczny fotografuje się wielokrotnie. Nie wiem czy to ludzka próżność, kapitalistyczne pranie mózgu, mieszczańskie wartości czy próba leczenia kompleksów, ale najbardziej fascynuje mnie popularność szafiarskich blogów, nawet tych w najgorszym gatunku. Te laski żyją w innym świecie, bo kiedy w komentarzach do któregoś z blogów czytam, że świetnie układa się melanż w tym sweterku to myślę, że do melanżu nie potrzeba sweterków. Natomiast szafiarce na pewno potrzeba widowni. Kochającej, dopieszczającej i spoufalającej się: “Mimo że się nie znamy – pozdrów Mamę”. W kolorowej szafie bladej blondynki można np. odnaleźć masę odzieży i dodatków (czy tampon też jest dodatkiem?) niewiadomego pochodzenia, co by wskazywało na bazar albo pamiątkę z Karpacza: Sukienka: Allegro / prezent; Sweterek: prezent; Legginsy: no name; Bluzka (pod sukienką): Butik / Sale; Buty: no name; Bransoletka: straganik w górach; Naszyjnik i kolczyki: ręcznie robione / prezent. Już nawet Kocisław, mąż Asi, o której za chwilę, był bardziej precyzyjny, kiedy pisał że kurtka pochodzi z domu mody Tesco. Niestety Kocisław się cały poblokował, zostawiając wierną publiczność we łzach, a dom mody Tesco bez reklamy. Straszna szkoda, no ale przynajmniej jest Asia. Świat Asi to uniwersum, w którym można poczytać fascynujące historie o spadającym śniegu, który topnieje albo o topniejącym śniegu, który stwardniał, albo o szukaniu kozaczków na grubą łydkę. Poza tym Asia ma onieśmielający uśmiech. Polecam swiatasi.blogspot.com póki się nie zablokowała. Nie wolno tego przegapić, bo reszta jest tylko smutną imitacją. Taka prawda. Z modą na ty (zmodanaty.blogspot.com) opowiada o perypetiach rozmiaru 44, a small world of fashion (asmallworldoffashion.blogspot.com) z kolei prezentuje przygody na oko trzydziestki ósemki o zalotnym spojrzeniu, o którym wiem, że nie jest przeznaczone dla mnie, dlatego czasami się czerwienię. Przekonania, które nakręcają pozytywną opinię o własnych gustach u tych kobiet to po pierwsze pewność, że większość rzeczy z lumpeksu jest vintage. Po drugie pokutuje mit, że jeśli kupisz markowy ciuch w swoim rozmiarze to sam fakt, że wybrałaś markę zamiast bazarowego nołnejma świadczy o tobie jak najlepiej. Efektem jest styl mieszany, coś pomiędzy rzekomym vintage stworzonym z lumpeksowych zdobyczy i ciuchów po przodkach w linii żeńskiej, a nowoczesnością atakującą z gazet i billboardów, oczywiście mocno przetworzoną na niekorzyść i ograniczoną defektami sylwetki. W rzeczywistości autorki, które aspirują do roli stylistek i ikon wielkomiejskiego stylu w większości reprezentują przeciętność czytelniczek prasy kobiecej, którym wystarczy że usłyszą, iż w nadchodzącym sezonie modny jest pomarańczowy, żeby od razu kupić sobie w tym kolorze sukienkę vintage, buty typu sandał i komplet bielizny. Jeżeli moda miałaby swoją personifikację to te dziewczyny lokują się gdzieś w okolicach jej podeszwy, jeśli rozumiecie o co mi chodzi, ale nawet jak nie rozumiecie to tak naprawdę rozumiecie albo będziecie mnie nienawidzić. Nic nie poradzę. Piszę jak jest.
Zastanawiam się ponad to wszystko, dlaczego niektórzy tak bardzo chcą być egzotyczni. Nawet poruchawszy, najebawszy i naoglądawszy się różnych rzeczy nie chciałabym być egotyczna ze swoim białym ryjem. Okazuje się, że jednak są tacy ludzie, którzy aspirują do przynależności do innych ras, chociaż urodzili się biali jak śnieg i pozostaje im co najwyżej bazar i allegro, żeby zamienić się w Murzynkę albo inną muzułmankę. Moja siostra przez całe święta u rodziny na Wschodzie dbała o to, żeby mieć kręcone włosy wieczorem, w związku z czym cały dzień chodziła w warkoczykach, więc mówiłyśmy o niej „biała, która chce być czarna”. Wytrzymam te ambicje, zwłaszcza że kiedyś o piątej rano koleś odmówił mi cukierka, bo nie byłam Niemką, natomiast mojej koleżance wciskał je w dekolt, bo chociaż Polka miała na wierzchu cycki.
Życie jest niesprawiedliwe i z tym faktem pogodziłam się dawno temu, ale kiedy na moich oczach rozkwita bądź więdnie dziecko kwiatu w betonowej dżungli (feetonhorizon.blogspot.com) to nie wiem do końca, czy polecić jej terapię wódką czy zmotywować do przystania do taboru Cyganów i namówić, żeby przynajmniej pobrudziła sobie nogi w deszczówce. Cała różnica między niektórymi młodocianymi szafiarkami a moim okresem dojrzewania polega na tym, że ja nie chciałabym oglądać swojego bloga z lat młodzieńczych, na którym wdzięczę się w koszulkach z Nine Inch Nails albo Type O Negative, mając wyryte na przedramieniu Trent Reznor nożykiem do papieru i trzymając skradziony z cmentarnej kapliczki drewniany krzyż. Nie wiem jak wy, ale ja się wstydzę swojej młodości, nawet jeżeli ani przez chwilę nie chciałam być Cyganką. Młodość i dojrzewanie są dość obciachowe, a wystawione na pokaz tym bardziej. Możliwość posiadania bloga krzywdzi wielu ludzi, bo zanim zdążą dojść do siebie, ich złe chwile zobaczy wiele osób. Jedyne co jest względnie pozytywne w tym wszystkim to fakt, że bloga można usunąć. Złe jest to, że ktoś będzie naśladował wzorce z blogów niektórych szafiarek, mając wyryty w duszy ten fałszywy vintage. Ludzie, używajcie mądrze mózgu i Internetu. Tego wam życzę w nowym roku.
More
From VICE
-

WWE -

Bbevren/Getty Images -

Vicki Jauron, Babylon and Beyond Photography/Getty Images -

(Photo by Mike Stobe/BIG3/Getty Images)