Wywierciłem sobie dziurę w głowie, by już zawsze być na haju

FYI.

This story is over 5 years old.

zdrowie

Wywierciłem sobie dziurę w głowie, by już zawsze być na haju

Uwinąłem się ze wszystkim w pół godziny, łącznie ze sprzątaniem. Po godzinie zacząłem odczuwać wyraźną lekkość, jakby mi zdjęto ciężar z pleców. Uczucie lekkości narastało jeszcze przez jakiś czas
2.3.16

Na zdjęciu Joe i Amanda Feilding – entuzjastka trepanacji, na zdjęciu z ręcznym urządzeniem Joego. Zdjęcie dzięki uprzejmości Strange Attractor

„To będzie moja opowieść o tym, jak wywierciłam sobie dziurę w głowie, by zawsze już być na haju".

Bezpośredni i szczery przekaz płynie z nagłówków w pamiętnikach Joe Mellena, zresztą równie przekonująco rozpoczyna on wydaną w 1970 roku książkę Bore Hole (Odwiert). Opisuje w niej swoją podróż przez psychodeliczne lata sześćdziesiąte. Od pierwszego kwasa zarzuconego gdzieś w Hiszpanii aż do nieschodzącej fazy, którą zapewniła mu autotrepanacja – wywiercenie sobie w głowie dziury.

Reklama

Już sam temat czyni książkę kultową. Ponadto, obdarzony fantastycznym talentem pisarskim Mellen, zdołał uchwycić w niej ducha rewolucji kontrkulturowej lat sześćdziesiątych. To by wyjaśniało, dlaczego każda z zaledwie pięciuset kopii wydanej własnym sumptem książki od dawna jest poszukiwanym rarytasem stanowiącym relacje z epoki, która nigdy nie powróci.

Za sprawą brytyjskiego wydawnictwa Strange Attractor, Bore Hole doczekało się eleganckiej reedycji. Jej treść wzbogacono o współczesną historię autora oraz udowodniono słuszność zabiegu trepanacji w XXI wieku. Książka podejmuje również próbę odpowiedzi na jedno z fundamentalnych pytań dotyczących ludzkiej natury. Mianowicie, dlaczego tak bardzo lubimy zmieniony stan świadomości.

76-letni Joe Mellen ma się świetnie i, wbrew temu, co można myśleć, sprawia wrażenie wesołego człowieka. Znacznie bardziej bystrego niż większość ludzi, których spotykam na co dzień, bez względu na ich wiek czy skłonności do LSD. Rozmawiam z nim już z godzinę. Nie da się nie zauważyć wgniecenia wielkości paznokcia na czubku głowy. Wyjaśnia mi w rozmowie, że jest to pozostałość po nieudanej, częściowej trepanacji narzędziem własnej roboty. Przy drugim podejściu, w roku 1970, na kilka tygodni przed napisaniem książki, użył wiertarki elektrycznej. Wgniecenia nie widać. Znajduje się w górnej części czoła, na wysokości czakry trzeciego oka. Wciska lekko palcem, aby mi pokazać.

Reklama

Różnica między autobiografią a pamiętnikiem jest między innymi taka, że autobiografie relacjonują historię całego życia bohatera, a pamiętniki skupiają się na wybranych jej aspektach. Najogólniej mówiąc, pamiętniki stanowią swoistą relację z podróży. Podróż Joe nie rozpoczęła się wcale z pierwszym jointem, czy kwasem. Punktem wyjściowym była decyzja o zarzuceniu uporządkowanego stylu życia, jaki przygotowali dla niego rodzice. Joe mówi z tradycyjnym, czystym, brytyjskim akcentem, co w sumie nie jest niczym nadzwyczajnym, zważywszy na jego wykształcenie oraz to, jak go wychowywano – uczęszczał do Eton i Oxford. Rysowała się przed nim świetlana przyszłość w firmie maklerskiej ojca. Ustawiony do końca. Właściwie to zaledwie kilka tygodni dzieliło go od egzaminu z rachunkowości, gdy postanowił to wszystko olać, zetknąwszy się chwilę wcześniej po raz pierwszy z twórczością Aldousa Huxleya. In search of the Miraculous Ouspenskiego też mu w tym pomogło.

Krótko po tym pojawiły się jointy, a rzeczy same zaczęły nabierać sensu.

Byłeś beatnikiem?
Joe Mellen: Tak. Tak się to nazywało, zanim pojawił się kwas. Potem, w połowie lat sześćdziesiątych coraz częściej było o nim słychać. Był rok 64, siedziałem wtedy w Torremolinos w Hiszpanii. Bujałem się z ekipą palącą haszysz. Lubili słuchać jazzu. Tak poznałem Allana Cisco, którego Timothy Leary nakręcił na meskalinę jeszcze w Acapulco. Opowiadał mi o swoim tripie na plaży, jak walczył z ośmiornicą w falach. Miał przy sobie dwa papierki. Konkretne, po 850 miligramów każdy. Zarzuciliśmy je i odleciałem. Raj na ziemi.

Joe, Amanda Feilding i Bart Huges

VICE: Opowiedz mi, jak spotkałeś Barta Hugesa. To on dał ci LSD i powiedział o trepanacji.
Joe Mellen: To było na Ibizie. Rok 65. Każdy gadał wtedy o kwasie, a tylko niewielu go próbowało. Przypadkiem zasłyszałem dwóch chłopaków rozmawiających o tym, jaką przyszłość ma kwas. Jednym z nich był właśnie Bart. Słyszałem co prawda wcześniej o kolesiu, który wywiercił sobie dziurę w czaszce. Wtedy myślałem, że to kompletny świr. Okazało się, że Bart planował powrót do Amsterdamu, gdzie wraz z kolegą eksperymentowali, syntetyzując meskalinę, a potem LSD. Już wtedy produkowali mocnego kwasa.

Reklama

Zapytał, czy chciałbym spróbować. W mieszkaniu miał papierową torbę pełną kostek cukru. W drugiej były cytryny. Kazał zanurzyć kostkę cukru w soku z cytryny. Trip po tym był naprawdę cudowny.

Dobrze się porobiłeś? Zniekształcenia czasu, jakieś halucynacje?
Na tym właśnie polega cała zabawa. Halucynacje masz i bez cukru. Jak ci minie, dobierasz cukier i masz nawrót. Zabawne było to, co przytrafiło mi się w domu po powrocie od niego. Zdawało mi się, że mam zwidy: rura ciekła, cała sypialnia w wodzie. Rano otworzyłem oczy – wszędzie wody po kolana. Także żadnych zwidów nie było.

Następnego dnia znów udałem się do Barta. Wręczył mi maszynopis – list otwarty od profesora psychiatrii na uniwersytecie w Amsterdamie. Profesor nakłaniał Barta, by ten był jego asystentem. Było to jeszcze zanim Bart zaczął brać LSD i mówić o tym publicznie. W liście wyjaśniał pewną właściwość kwasa i jej efekty w postaci zwężenia naczyń krwionośnych. Naukowcy przeprowadzali badania nad zastosowaniem LSD do ograniczenia krwawienia u kobiet podczas porodu, leczenia dolegliwości związanych z krążeniem krwi, czy wreszcie problemów z oddychaniem. O dziwo, nie było tam wzmianki o poszerzaniu świadomości po użyciu kwasa. Zresztą, ów profesor nie był geniuszem. Dobrym chemikiem może tak. Za to Bart był geniuszem. Pamiętał wszystko, czego kiedykolwiek się uczył.

Jak się mają do tego kostki cukru?
Świadomość jest produktem metabolicznym mózgu, który sprowadza się do utleniania glukozy. Ta zaś jest jedynym źródłem energii dla mózgu. Tak działa mózg – spalając glukozę. Więc, wraz ze wzrostem spalania glukozy, coraz większa ilość szarych komórek bierze udział w tworzeniu świadomości. Nagle twoja świadomość ulega poszerzeniu.

Reklama

W mojej skromnej książce Bore Hole przedstawiam pewną wielką ideę. Mianowicie to, że ludzie mają problem. Ich problemem jest zamknięta struktura czaszki, która ulega ostatecznemu stwardnieniu, gdy dorastają. Między 18 a 21 rokiem życia. Zanim to się jednak stanie, czaszka ludzka składa się bardziej z fragmentów. Mózg ma w niej więcej ruchu. Może pulsować, rozszerzać się. Gdy czaszka staje się zamkniętą całością, mózg traci tę możliwość. Pulsacja ulega wytłumieniu, przepływ krwi się stabilizuje. I to dlatego narasta w nas wówczas ochota na wzięcie narkotyku. Tęsknimy za kreatywnością i swobodą znaną naszemu umysłowi z młodzieńczych lat. To jak raj utracony.

Okładka „Bore Hole"

To nas sprowadza do tematu trepanacji. Wiercenie otworu w czaszce ma swój historyczny, jak i prehistoryczny precedens, prawda?
Tak. To najstarszy historycznie zabieg, znany na wszystkich kontynentach. W Peru znaleziono w jednym grobie aż 14 czaszek Inków z otworami trepanacyjnymi. Trepanacja mogła się wiązać z procesem przyjęcia do kasty kapłańskiej. Choć wydaje mi się, że najbardziej oczywistym powodem była chęć niesienia ulgi ludziom z ranami głowy. Wojownicy często obrywali toporami po głowach, a ukruszone fragmenty kości czaszki uciskały mózg. Taki pęknięty fragment czaszki po prostu usuwano. Trepanację wykonuje się na co dzień w Kenii. Plemiona Gusii i Kuria używają do tego prostych przyrządów. To tak, jak powiedzieć, że do zabiegu nie trzeba udziału chirurga – może go dokonać każda pielęgniarka.

Nie jestem nadzwyczaj wrażliwym człowiekiem, ale nie mogłem przebrnąć przez niektóre fragmenty książki. Zdajesz sobie sprawę, że u wielu ludzi powodować ona może wstręt i uczucie dyskomfortu?
Naturalnie. To zrozumiałe. Gdy pierwszy raz o tym usłyszałem, pomyślałem, że to niedorzeczne! Jak ktokolwiek może chcieć to zrobić? I to jeszcze samemu sobie. Człowiek i tak w końcu przyzwyczaja się do wszystkiego, nie?

Reklama

Opowiedz mi o pierwszej próbie trepanacji.
To było jeszcze w Londynie, w 1967 r. W tamtym czasie byłem totalnie spłukany i nie stać mnie było na wiertarkę elektryczną. Kupiłem więc w lokalnym sklepie medycznym ręczne narzędzie do trepanacji. Wyglądało trochę jak korkociąg, tyle że zakończone było czymś w rodzaju ostrych zębów. Przystawiało się to do głowy, tak by ugnieść centralny punkt nacięcia i ruchem okrężnym powoli wwiercało się w kość. Samo ostrze było lekko zwężone u dołu. Zapobiegało to opadnięciu wyciętego kawałka czaszki do jej wnętrza. Zostawał w środku wiertła, które zresztą było dość tępe. Ciężka sprawa uzyskać dobry nacisk świdrem na czaszkę, robiąc to samemu. To jak otwierać butelkę wina od wewnątrz. Byłem wtedy też na kwasie. Inaczej nie szło się za to zabrać.

Muszę przyznać, że niełatwo się to czyta miejscami… samo to, że dwa razy się za to zabierałeś. Trepanacja nie jest dla każdego, prawda?
Uważam, że powinna być dla wszystkich. Wystarczy zrozumieć najprostszą rzecz: człowiekowi potrzebny jest większy dopływ krwi do mózgu. Nie mówię tu o wielkim haju. Chodzi tylko o przywrócenie tej młodzieńczej witalności, którą tracisz z wejściem w dorosłość. Równie prostym sposobem byłoby wstrzyknięcie komórek w okolicę ciemiączka zaraz po urodzeniu, by zahamować jego twardnienie.

Kiedy było drugie podejście?
Jakoś rok później. Tym samym świdrem. Nie byłem pewien, czy udało mi się przewiercić czaszkę, bo świder ustawił się jakoś pod kątem. Bulgoczący dźwięk przy wyjmowaniu trepanu zasugerował mi, że może właśnie się udało. Okazało się jednak, że był to tylko połowiczny sukces.

Reklama

Opowiedz, proszę, o swoim ostatnim, udanym podejściu do trepanacji.
Ok. Był rok 1970. Zacząłem od miejscowego znieczulenia. Skóra, mięśnie i membrana otulająca czaszkę. Spuchło to dość pokaźnie. Musiałem użyć skalpela, by dostać się do kości. Duża zawartość adrenaliny w znieczuleniu zminimalizowała krwawienie. Byłem kompletnie trzeźwy tym razem. Poprzednim razem, używając ręcznego narzędzia, było mi dosyć ciężko przewiercić się, dlatego postanowiłem użyć wiertarki elektrycznej z wiertłem o średnicy 6 milimetrów. To duże ułatwienie.

Pech chciał, że uszkodził się przewód zasilający. Owinąłem głowę ręcznikiem i udałem się z wiertarką do mieszkającego na dole sąsiada – pana Lea. Złota rączka. Naprawiał wszystko. Nie pytał, co robiłem, że się zepsuła. Chwilę później mogłem z powrotem zabierać się do roboty. Czuć wyraźnie, kiedy przewiercasz się całkowicie przez czaszkę. Bit wwierca nieco się do wewnątrz czaszki, więc trochę się też krwawi przy tym. Zabandażowałem ranę, a dwa, może trzy dni później otwór zarosła nowa skóra. Nie było żadnych komplikacji, nie potrzebowałem też potem znieczulenia. Zadbałem o to, by wszystko było wysterylizowane. Najgroźniejsze są infekcje, ale mnie nawet głowa nie bolała. Uwinąłem się ze wszystkim w pół godziny, łącznie ze sprzątaniem.

Czułem się wyśmienicie. Wreszcie mi się udało! Po godzinie zacząłem odczuwać wyraźną lekkość, jakby mi zdjęto ciężar z pleców. Uczucie lekkości narastało jeszcze przez jakiś czas. Ogólne wrażenie było znacznie bardziej intensywne, niż mógłbym się spodziewać. Zabieg wykonywałem wieczorem, a około godziny 23 kładłem się spać. Rano obudziłem się z nie mniejszym odczuciem lekkości – jak dobrze, że wreszcie mam to za sobą!

Mój kolega chce sobie zrobić trepanację – jak ma się zabrać do tego?
Żebym to ja wiedział. Słyszałem o człowieku, który robi to w Meksyku za 2000 dolarów. W Egipcie i Ekwadorze też się da. Znajdą się lekarze gotowi wziąć kasę za taką usługę. Z tym że mówimy tu o konkretnych pieniądzach. Bart zawsze chciał, żeby robiły to automaty. Wchodzisz do budki, wrzucasz drobne i masz z głowy.

Co doradzałbyś tym, którzy chcą zrobić to samemu?
W ogóle nikogo do tego nie namawiam. Absolutnie. Ja zawdzięczam swoją wiedzę Bartowi, ale sam nikogo do tego namawiał nie będę. W tym kraju potrzebne są zmiany społeczne i prawne, zanim będzie można o tym rozmawiać. Naprawdę chciałbym, aby ktoś zabrał się za badania nad narkotykami i ich właściwościami hamującymi krwawienie.

Jakie są korzyści z bycia na haju?
Mechanizmem odpowiedzialnym za kierowanie krwi do mózgu, gdzie jest najbardziej potrzebna, jest ego. Zasada działania polega na zwężaniu arterii w pewnych miejscach, by zwiększyć przepływ krwi w innych. Dominującą częścią mózgu jest ta, w której znajduje się ośrodek mowy. Nasze przetrwanie jest od niego w dużej mierze zależne. Ta część mózgu ma największe zapotrzebowanie na krew. Ośrodek mowy odpowiedzialny za komunikację (pisanie, czytanie, słuchanie i mowę), rozwinął się ewolucyjnie jako ostatni. Jego usytuowanie w korze mózgowej jest więc w znacznej odległości od serca. Aby zapewnić stały dopływ krwi do ośrodka mowy, ego znacząco zmniejsza aktywność pozostałych części mózgu.

Ludzie są wręcz opętani koniecznością definiowania samych siebie za pomocą ciągów słów i posługują się nimi do dzielenia się na katolików, muzułmanów czy żydów. Stąd też pewne konkretne ciągi słów służące im do określania samych siebie stają się dla nich bardzo ważne. Prowadzi to do konfliktów, czy nawet ataków, podczas gdy, tak naprawdę, jest wystarczająco dużo przestrzeni do pozawerbalnego określenia samego siebie. To główna zaleta użycia narkotyku. Będąc na haju, przekraczasz ego, wzbijasz się ponad nie. Zaczynasz dostrzegać ludzi w działaniu na wyższym poziomie, na którym ty też działasz. Twoja perspektywa staje się obiektywna, w przeciwieństwie do subiektywizującego działania ego. To jest owo piękno i wartość bycia na haju. Każdy powinien tego zasmakować. Jestem zdania, że Władimir Putin powinien wrzucić kwasa.