
Zin „RWA”.
Skąd się wzięły ziny, czyli niezależne, niskonakładowe publikacje, łamał sobie głowę niejeden badacz. Zinowy ekspert Michał Schnech dopatruje się ich początków w ruchach kontestacyjnych lat 50. i 60., choć zwraca uwagę na to, że już wcześniej, bo w latach 30. ukazywały się fanziny wielbicieli kiczowatego science-fiction, takie jak Comet czy wydawane przez pisarzy pokolenia beatników tzw. chapbooks. Na polskim gruncie tego typu publikacje zakorzeniły się wraz z rozwojem punk rocka i alternatywnej kultury lat 80. – ale zaczęły zanikać wraz z rozwojem internetu.
Dziś jednak coraz więcej osób sięga po kartki, ksero i sitodruk, żeby kleić swoje własne wydawnictwa rozrzucane po kawiarniach, rozdawane znajomym i sprzedawane na undergroundowych koncertach. Rozmawiałem z trójką organizatorów DRUKUJ zinefestu – imprezy poświęconej temu, by „ziny, plakaty i druki można było oglądać nie tylko w internecie”.
Videos by VICE
VICE: Pytanie dla żółtodziobów. Czym jest zin?
Karol Czerniakiewicz: Ziny są to małe książeczki robione przez chłopaków, dziewczyny bądź osoby trans-płciowe. Mogą być one poświęcone polityce, muzyce czy literaturze. Mogę też przybrać formę rysunkowo-kolażową. Ziny, którymi najbardziej się interesuję mają swoje korzenie w kulturze punkowej, czyli w końcówce lat 70.

Zin „Points Plants Zine”.
Kto je wtedy wydawał, jak je odkryliście, czy to był dla was punkt odniesienia?
Monika Proniewska: Wydaje mi się, że Polsce to było zjawisko na tyle niszowe i przytłumione przez obowiązujący system, że trudno mówić o konkretnych tytułach. Inaczej ma się sprawa zinów z Ameryce, Anglii czy Francji, których skany można znaleźć bez problemu w sieci. Jak dla mnie punktem odniesienia mimo wszystko jest to, co się dzieje dziś i teraz. Zjawisko jest żywe i ma wiele oblicz, poza tym oferuje publikacje, które można wyszukiwać, zbierać, rozmawiać o nich.
Czy współczesne ziny mają coś charakterystycznego w warstwie estetycznej i programowej? Jak to się ma „tradycyjnych” zinów?
M: Współczesne ziny na pewno inspirują się estetyką ksero zinów, zarówno w tkance wizualnej, jak i w przypadku samej techniki druku (mimo że dostępnych sposobów druku jest teraz całe mnóstwo). Czy można mówić o czymś charakterystycznym? Pewnie tak, ale dzieląc całe zjawisko na węższe kategorie. Jest dużo zinów artowych i fotograficznych, dużo zabawy z estetyką i antyestetyką, pojawiają się inspiracje latami 90. (gradienty, „brzydka” typografia) i jest bardzo wiele autorskich publikacji, tworzonych przez grafików i artystów wizualnych, którzy robią je w swoim własnym stylu.
Ziny są robione oddolnie, własnym sumptem, dla siebie, znajomych i nie po to, żeby na tym zarabiać.
Jak wpadliście na pomysł DRUKUJ Fest? Jak wasze działanie ma się do innych tego rodzaju inicjatyw?
K: Dla mnie takim zinowym motorem był zin Halo, który robię razem ze znajomymi. Tego typu wydawnictwa zawsze były obecne na punkowej scenie, na której poruszam się od jakiegoś czasu, ale nigdy nie poświęcałem im większej uwagi. Wydarzeniem, które warto by było w tym kontekście wyróżnić były „Dni Wolne Aktywizmu”, które odbywały się na skłocie ADA Puławska. Było można tam zobaczyć mnóstwo zinów, była anarchistyczna księgarnia z Serbii, były komiksy Kultury Gniewu, było mnóstwo rzeczy i było to zajebiste. Trochę po tym wydarzeniu zadzwoniły do mnie Monika i Paulina, żeby zrobić DRUKUJ.
M: Nasz festiwal powstał z braku cyklicznych wydarzeń w temacie zinów. Chodziło nam też o zebranie różnych osób tworzących ziny w jednym miejscu. Jest to taka forma publikacji, którą często robi się dla siebie i garstki znajomych – i niespecjalnie wychodzi ona potem poza to grono. Dobrze było stworzyć pewne miejsce, gdzie te wszystkie mniejsze czy większe inicjatywy mogą się pokazać.
Paulina Oknińska: Ja wpadłam na pomysł zrobienia zinfestu, bo prowadząc kasetową wytwórnię „Wounded Knife” zauważyłam, że powrót do analogowych nośników w muzyce zbiegł się z powrotem do tradycyjnych materiałów, jeśli chodzi o pisanie. Zależało mi też na pokazaniu całego spektrum środowisk, które zajmuje się robieniem zinów.

Zin „Niezidentyfikowane fragmenty marmuru”.
Co będzie się działo na zinfeście?
K: Dzień przed festem odbędą się organizowane przez nas warsztaty, w ramach których zapisane osoby będą mogły stworzyć własnego zina, który zostanie pokazany na DRUKUJ. Poza tym z wydarzeń towarzyszących odbędzie się spotkanie z Piotrem „Pietią” Wierzbickim, który opowie o legendarnym dziś zinie QQRYQ.
M: Drugie potwierdzone spotkanie to Michał Chojecki z oficyny Peryferia, który robi piękne rzeczy na sitodruku. Trzecie spotkanie będzie z fundacją Paper Beats Rock. To trochę inna strona zinów. Bardziej art-bookowa, mniej punkowa.
P: Będzie też koncert muzyki improwizowanej i wegańskie burgery, robione przez Karola i Dominikę [jego dziewczynę].

Zin „Points Plants Zine”.
Opowiedzcie trochę o zinach, które wydajecie sami.
M: Razem z Pauliną należymy do twórców zina RWA. Każdy numer poświęcony jest innemu zagadnieniu, ma inny format, inne osoby się tam pojawiają. Tematem nadchodzącego, czwartego numeru będzie czas wolny. Premiera będzie pod koniec tego miesiąca. To, co wpływa na spójność RWY to fakt, że powstaje wokół jednego środowiska wizualno-muzycznego, które jakoś się rozszerza.
P: RWA wytworzyła się wokół grupy znajomych spotykających się w warszawski m klubie Eufemia. Są to ludzie związani z tym miejscem, ludzie, którzy grają muzykę alternatywną i improwizowaną, prowadzą niezależne wytwórnie, słuchają dużo muzyki, chociaż trzeci numer był stricte wizualny.
M: Wszystko robimy w swoim rytmie. Nie ma regularnych odstępów między numerami.
P: Wokół naszego zina organizowaliśmy też kilka koncertów, jedną wystawę i jedno karaoke, dzięki któremu zarobiliśmy na wydanie numeru.
M: Ja poza RWĄ działam w zinowym kolektywie z moją koleżanką Martą, który nazwałyśmy Massif/Masyw. Robimy rzeczy, które są tylko obrazowe-wizualne. W każdym numerze analizujemy wybrane przez nas tematy. Często są one bardzo abstrakcyjne, organiczne, wywodzą się z geologicznych form.
K: Halo, które współtworzę, jest ukazującym się raz w miesiącu informatorem. Zbieramy tam wydarzenia: koncerty, imprezy, wykłady, spotkania, demonstracje i po prostu rzeczy, które nas interesują czy mogą zainteresować znajomych. Jest to raczej subiektywny wybór, choć pojawiają się tam rzeczy nie tylko punkowe i zaangażowane. Poza tym głupie kolaże i kretynizmy, żeby wyglądało to dziwniej. Raz, kiedy mój kolega chciał mnie wyciągnąć na koncert, a ja powiedziałem, że robię Halo odpowiedział tylko: „O! Znowu będzie taki numer, że nic nie zrozumiesz, jeśli nie siedzisz od dziesięciu lat w ciemnej piwnicy słuchając crust punka”? Bardzo mnie to ucieszyło i dokładam wszelkich starań, żeby dorzucać tam dużo mniej czytelnych rzeczy.
Cała estetyka błędu, tego, co nie wychodzi jest pewną wartością dodaną. Każda taka publikacja jest w pewnym stopniu tajemnicą.
Jakie z ukazujących się teraz zinów moglibyście wyróżnić, jako najbardziej najciekawsze?
M: Z zinami trochę jest tak, że trudno w ich kontekście mówić o konkretnych tytułach.
P: Ja dzisiaj czytałam Idealny Moment. Jest bardzo w klimacie starych, oldskulowych zinów. Jego autor, Robert pisze tam bardzo dużo o swoich zajawkach, jest to coś w rodzaju pamiętnika, gdzie znajdują się np. wspomnienia z podróży autostopem do Bułgarii, przygody ze stacji benzynowych, gdzie nie da się kupić nic wegetariańskiego do zjedzenia. Sposób w jaki porusza pewne zagadnienia jest bardzo intymny, chociaż z drugiej strony pojawiają się tam też tematy polityczne. Na zin feście będzie można kupić nowy zin Roberta. Kosztuje tylko kilka złotych, ale jest to coś naprawdę wyjątkowego. Są też stricto wizualne ziny Koffeina i Spirytuologia Patryka Daszkiewicza, który jest grafikiem i improwizatorem.
K: Bardzo podobał mi się zin Osiem, na który składały się wywiady z postaciami z polskiej sceny hardcore’owej. Świetne są też komiksowe ziny violent skate buldogs Łukasza Kowalczuka. To komiksy o post-apokaliptycznych światach, w których zmutowane punki biją się z policją. Totalna abstrakcja i dużo przemocy. Poza tym wyróżniłbym non exposure space Karoliny Bartczak za super zawartość muzyczną i Girls to the front.

Zin „Liquid Zine”.
Powiedziałaś o intymnym wymiarze zina Idealny Moment. Adorno i Horkheimer krytykowali przemysł kulturowy za to, że produkuje dobra kultury tak jak np. samochody na taśmie produkcyjnej, w sposób nastawiony na zysk i jak najszersze grono odbiorców. W środowisku zinowym czy związanym z muzyką niezależną kupuje się płyty bezpośrednio od osób, które je wydają. Nie są to rzeczy robione dla potrzeby zysku, za to wytwarzają się wokół nich konkretne relacje i środowiska. M.in. poprzez tę bezpośredniość innym doświadczeniem jest kupno zina, a innym pójście do Empiku.
P: Mam wrażenie, że jest to ten aspekt, który łączy wszystkie ziny razem. Jest to robione oddolnie, własnym sumptem, dla siebie, znajomych i nie po to, żeby na tym zarabiać. Jest w tym też element robienia czegoś razem, dużo osób pracuję nad zinami w kolektywach: spotyka się, dyskutuje ze sobą, wymienia doświadczeniami. Jest to ten rodzaj pracy grupowej, której być może brakuje teraz ludziom i być może również przez to chcemy to robić.
K: Jest to dla nas dobry pretekst do wspólnego spędzania czasu, jak dla innych np. jazda na łyżwach.
M: Poza tym w środowisku zinowym można zaobserwować ciekawy styk różnych estetyk i różnych osób. Są ziny polityczne, punkowe, literacko-abstrakcyjne, wizualne i to całe połączenie jest bardzo interesujące.
P: Jeszcze innym aspektem wydawania rzeczy samemu są różne smaczki w rodzaju zaklejania na już wydrukowanym wydawnictwie źle napisanych nazwisk
M: Cała ta estetyka błędu, tego, co nie wychodzi jest pewną wartością dodaną. Każda taka publikacja jest w pewnym stopniu tajemnicą.
K: W obecnych czasach Instagrama czy Facebooka fajnie jest robić analogowe rzeczy, które są namacalne, można ich dotknąć, potrzymać, schować w kieszeń. P: Fajne jest to, że każdy może zrobić zina, co będziemy pokazywać na warsztatach dzień przed DRUKUJ. Jednak punkowa DIY-owa idea jest dalej żywotna, ludzie wspierają się nawzajem. Podobnie jest zresztą w środowiskach niezależnych wydawców płyt i kaset. Część zinów, jak Girls To The Front będzie dodrukowywanych specjalnie na nasz fest.

Zin „RWA”.
Girls To The Front to zin i jednocześnie cykl imprez, który wprost nawiązuje do dziedzictwa riot grrrl – feministycznego ruchu punkowego. Często to właśnie w zinach po raz pierwszy były podnoszono tematy takie, jak emancypacja kobiet i mniejszości seksualnych na scenie hc-punkowej. Uważacie, że ziny w mogą przyczynić się do kulturowej zmiany?
K: To, co dzieje się w ramach Girls To The Front już wcześniej gdzieś tam miało miejsce na scenie punkowej, gdzie funkcjonowały różnego rodzaju feministyczne bandy czy distra robione przez dziewczyny z dawnego skłotu ELBA. Uważam, że jest to super inicjatywa, dlatego, że wśród osób jarających się muzyką jest dużo osób bez sprecyzowanych poglądów na sprawy takie jak antyfaszyzm, wegetarianizm czy feminizm. Na imprezy pod szyldem Girls To The Front przychodzi coraz więcej osób. Jest to dla mnie bardzo dobra robota edukatorska, która może dobrze ukierunkować słuchaczy.
P: Wydaje mi się, że w środowisku, z którego wywodzą się dziewczyny postawa antyseksistowska nie jest ewenementem, ale na pewno świetnie, że chcą wyjść z taką postawą dalej. Karol wspomniał o zinach robionych przez dziewczyny z Elby. Asia, jedna z twórczyń tych zinów, zostawia często w kompletnie losowych miejscach, na przystankach, w parkach czy kawiarniach. Jest to już wchodzenie w świat ludzi, którzy mogli nie mieć styczności z takimi treściami i wrażliwością.
M: Nie ma, co się łudzić, że zinem da się zmienić coś globalnie, ale myśląc w perspektywie lokalnej na pewno różnego rodzaju wydawnictwa mogą przynieść jakąś zmianę.
Druga odsłona DRUKUJ zinefestu odbędzie się 24 stycznia w warszawskiej galerii V9.