Moja matka i jej grupa modlitewna kupili razem dom. Został zbudowany we wczesnych latach 80. i był to przestronny, jednopiętrowy budynek z okalającą go werandą. Grupa modlitewna wywiesiła nad balustradą transparent, na którym widniał napis: „Dom ulgi w cierpieniu pod wezwaniem Matki Świętej”, a poniżej: 성모 피정의 집. Mężczyzna, który mieszkał w tym domu wcześniej, był już w podeszłym wieku, a jego dzieci chętnie sprzedały budynek po niższej cenie, gdyż długo nie mógł znaleźć nabywcy. W środku zostały wszystkie meble, naczynia i firanki. Ta rodzina prowadziła biznes stolarski i zwłaszcza stół w jadalni był wyjątkowo piękny – intarsjowany pasami dębiny, solidny i lekki.
Dla mojej matki ten dom był zarzewiem wielkiego marzenia, które dzieliła z ojcem Parkiem, jezuitą i uczonym, jej doradcą duchowym. Zebrali pięć innych rodzin, by zakupić nieruchomość na tydzień przed tym, jak miała zostać wycofana z rynku, i moja matka opowiadała o tym wszystkim, olśniona planami. To był zwykły dom, mówiła, lecz jest tam również osobny domek dla gości, choć bez bieżącej wody i ogrzewania, jak również x akrów ziemi, którą mogli zagospodarować i zbudować coś na niej. Moja rodzina działała w branży budowlanej i deweloperskiej. Budowała szkoły, ośrodki dla seniorów i domy mieszkalne na obszarze metropolitalnym Los Angeles, a ostatnio – belweder w stylu koreańskim w pobliżu stadionu olimpijskiego. Nasza firma zbiła fortunę na wiele lat przed recesją i od tego czasu walczyła o jej przetrwanie. Gdy kupiono dom, Towarzystwo Jezusowe powiadomiło ojca Parka, że musi on wrócić na Uniwersytet Sogang w Seulu. To była niespodziewana wiadomość. Grupa modlitewna, a zwłaszcza moja matka – wszyscy byli załamani. Po jego wyjeździe grupa działała według planu, spotykając się co drugi weekend w swoim domu modlitwy, gdzie się modlili i skąd udawali się na mszę do kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Śnieżnej, pół godziny drogi stamtąd, pod górę. Każdego wieczoru wynajmowali dom innym grupom kościelnym, za jednolitą stawkę.
Videos by VICE
Kilka miesięcy po zakupie domu moja matka zaczęła mówić o tym, jak trudno jest go utrzymać i jak frustrujące jest rozdzielanie obowiązków między członków wspólnoty. Mówiła, że rachunki za wodę przewyższają hipotekę, tymczasem sam teren, choć położony bardzo blisko szlaków turystycznych i ośrodka narciarskiego, jest właściwie odcięty od świata ze względu na autostradę i ogrodzone rancza dookoła, jest pustynią z drzewami Jozuego. Z zagospodarowaniem terenu trzeba byłoby czekać nie wiadomo jak długo, bo nie było środków. Zaczęła się zastanawiać, czy nie mogłaby tam mieszkać inna grupa jezuicka. Zarejestrowałam tę zmianę w entuzjastycznym nastawieniu mojej matki, gdy mieszkałam w Korei Południowej. Tam wszystko wydawało się takie odległe – słuchanie o tych wszystkich problemach przez telefon i ekran, skarg nie tylko mojej rodziny, lecz również przyjaciół, którzy nie mogli znaleźć pracy, słuchanie o pogarszającej się sytuacji, niemal ruinie muzeum sztuki, w którym kiedyś pracowałam, finansowych tarapatach, w które wszyscy popadali. Kiedy wróciłam, zobaczyłam, jak bardzo zmęczone życiem stały się znajome twarze.
Popełniłam błąd, przyjeżdżając do domu modlitwy w nocy. Była zima i przez całe popołudnie jechałam w kierunku zachodzącego słońca. Zatrzymałam się, by zjeść hamburgera i zatankować benzynę. Gdy zjechałam z autostrady i wtarabaniłam się na krętą drogę, wokół snopów świateł reflektorów gęstniała ciemność.Pierwszą rzeczą, jaką miałam zrobić, było – jak mnie poinstruowano – włączenie wodomierza znajdującego się pod niskim, drewnianym płotem po drugiej stronie drogi. Otworzyłam kubeł pod wiatą i znalazłam latarkę i dwa metalowe narzędzia – krótki trzonek, aby podważyć wieko wodomierza, i długi kij z pazurem, by odkręcić zawór. Ulica, przez którą musiałam przejść, była bezkształtną drogą gruntową z drogowskazem na Twin Pines i Skyridges. Były tam cztery skrzynki z wodomierzami. Otworzyłam trzy. Czwarta była zamarznięta i tak długo wpychałam tam trzonek, aż z plastiku wyszedł metalowy kawałek. Użyłam pazura, by odkręcić wszystkie zawory. Manometry wyglądały jak zegary i nic się w nich nie ruszało. W jednej tylko skrzynce strzałka poruszała się, choć powoli, lecz gdy wróciłam do domu, w ubikacji i w kranach nie było wody. Nie pamiętałam, jak się zakręca zawór i już sobie wyobraziłam, że będę odpowiedzialna za to, że rury u sąsiadów pozamarzają i wybuchną. Pierwszej nocy chodziłam tam i z powrotem od wodomierzy do domu, widząc za każdym razem popiersie płaczącego Chrystusa. Posąg był mały i pomalowany na biało, umieszczony w miejscu, gdzie cementowa weranda prowadziła do garażowej wiaty. Światło latarki omiatało go za każdym razem, gdy opuszczało neutralne kolory krzewów i ziemi. Stanęłam nieopodal rozsuwanych drzwi prowadzących do kuchni i czekałam, aż popiersie spojrzy przez ramię i obróci się, wraz z koroną cierniową i głową lekko przechyloną na bok. Był taki czas, gdy nie byłam w stanie usiedzieć w ciszy i spokoju nocy. Kiedyś, przed wyjazdem za granicę, obudziłam się z głębokiego snu, o zmierzchu, i zobaczyłam czerwony zachód słońca. Bałam się. Tej bezkresnej nocy, na pustyni, zimowe powietrze było ciche i zimne, mogłam patrzeć prosto w gwiazdy i w przeszłość. Jeśli nie było Boga, zastanawiałam się, to kto patrzył, w czyim imieniu przemawiała moja świadomość.
***
Wyjechałam do Korei sama, gdy miałam 21 lat, i mieszkałam tam przez dwa lata. Pierwszym miastem, gdzie znalazłam pracę, było Yeonsu-gu w Incheonie. Był tam długi, oświetlony most, który łączył międzynarodowe lotnisko z przemysłowym miastem, położonym na brzegu Morza Żółtego. Nie widzieliśmy wody, ale czuliśmy sól. Uczyłam angielskiego w okropnej szkole. Mogłabym znaleźć dużo lepszą pracę, gdybym wtedy tak rozpaczliwie nie chciała wyjechać ze Stanów. Zostałam tam siedem miesięcy i opuściłam to miejsce na krótko przed tym, jak szkoła zbankrutowała. Kolejny rok spędziłam w dzielnicy Kangnam w Seulu. Kiedy opisuję okres mojego życia za granicą, trudno mi go wspominać bez gniewu. Przez wiele lat po moim powrocie nie byłam w stanie tego robić tak, aby mój mózg nie zaczynał wirować w związku z tym, co się tam stało. Gdy wróciłam, w dniu, w którym przyjaciele mojego brata i ja urządziliśmy dla niego przyjęcie zaręczynowe w naszym ogródku, piłam od rana do nocy. Znalazłam pracę wcześniej, niż się spodziewałam, bo drużba zaproponował, że skontaktuje mnie ze swoją siostrą, która pracuje w gazecie w Koreatown. Mój brat miał w katedrze swój wielki ślub (z wpadki), a ja mieszkałam w moim domu rodzinnym, pracując i wyprowadzając psa, wieczorami zaś szkicowałam akty na wieczornych zajęciach w college’u.
Rzecz jasna nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, że mam zamknięte serce. Nie znałam jeszcze zakresu napraw, które będę musiała przeprowadzić, ani też kim stanie się dla mnie Jacob, którego poznałam w gazecie już pierwszego dnia. Główna siedziba gazety była w Seulu, a on i ja należeliśmy do czterech anglojęzycznych osób w oddziale w LA. Na początku często prosił mnie, żebym coś przetłumaczyła, ale odpowiadałam, że nie potrafię. Prawie nie znałam koreańskiego. Spotykaliśmy się na dachu i siadaliśmy na pustakach w cieniu, patrzyliśmy na popołudniową mgłę zawisającą nad napisem Hollywood, którego maleńkie, białe litery widniały na odległych wzgórzach. Opowiadał mi o swoim przyjacielu, który miał powrócić z Afganistanu. Jedyną rzeczą, którą chciał zrobić od bardzo wielu miesięcy, było – jak powiedział – pójście na spacer po płaskim polu. Odparłam, że powinien pojechać do Mongolii. Byłoby bardzo pięknie, lecz jest tam dużo smutku na niebie.
***
Przypuszczam, że właśnie w Korei nauczyłam się być sama, i dlatego w drugim roku po powrocie udałam się do domu modlitwy, by wrócić do samotności. Pierwszej nocy było tam tak zimno, że stężała oliwa z oliwek stojąca w szafce kuchennej. Włączyłam grzejnik i postawiłam na dywanie w salonie lampę grzewczą. To jest dom mojej matki – powtarzałam sobie – więc nie muszę się bać. Z każdej ściany i z każdej innej powierzchni aniołowie, męczennicy i święci wznosili do góry oczy z zakurzonego szkła. Rozpoznałam obraz w złotej ramie nad kanapą, Obraz błogosławionych koreańskich męczenników, gdyż moi rodzice mieli taki sam w swoim ołtarzyku nad kominkiem. Okna salonu, który był przestronny i łączył się ze wszystkimi pokojami, wychodziły na zachód. Stało tu wiele foteli i ogromne lampy. Siedząc na kanapie, miałam w polu widzenia zarówno rozsuwane, szklane drzwi, jak i drzwi frontowe – na wypadek, gdyby ktoś wszedł i musiałabym wybiec przez drugie. Kuchnia była połączona z salonem dwoma pustymi otworami drzwiowymi. W północnej części domu był duży przedpokój z szafką z zastawą stołową i dębowym stołem jadalnym; prowadził do pokoju, gdzie w kącie stał posąg Maryi metrowej wysokości. Były tam trzy kanapy, ustawione naprzeciwko siebie, i bardzo wiele krzeseł w prostych rzędach. Przedpokój leżący na południe od pokoju dziennego prowadził do małej łazienki po lewej stronie, po prawej do sypialni i głównej sypialni na samym końcu korytarza. Drzwi do niej otwierały się bezpośrednio na wielkie łóżko. Światło z przedpokoju rzucało mój długi i wąski cień na dywan. Pośrodku ściany wisiał krucyfiks. Była tam komoda, keyboard i nic więcej. Weszłam do pokoju. Mogłam teraz lepiej zobaczyć krzyż, wychudzonego Jezusa z rękami przybitymi do krzyża, z kończynami słabymi i chudymi jak patyki. Weszłam na łóżko i zdjęłam go. Zabrałam posążki, obrazy i miniaturowe figurki z korytarza i wszystkich pokojów. Przerażały mnie i schowałam je. Włożyłam do szuflad w komodzie, przeprosiłam każdą z nich i poprosiłam o zrozumienie. Zostawiłam posąg Maryi, bo był za duży, i wszystko, co zostało w głównej sypialni, bo nie chciałam tam wchodzić, to było miejsce położone najdalej od drzwi. Usiadłam naprzeciwko lampy grzewczej, która rozgrzała się do czerwoności, i zdjęłam ubranie, żeby się przebrać. Tej nocy zamierzałam spać na kanapie, przy zapalonych światłach. Kiedy mieszkałam w Kangnamie, pewnego lata wszyscy ludzie przebrali się za małe diabły z czerwonymi rogami i ogonami. Całymi godzinami paradowali po śródmiejskich ulicach, by oglądać mistrzostwa świata. Każdego wieczoru o dziesiątej młoda kobieta chodziła wte i wewte między sklepami, domami, warsztatami i krzyczała. Odszyfrowałam jej monotonne nawoływania jako „Appa” – „Ojcze”. Marmurowe ławki były zaśmiecone błyszczącymi reklamami prostytutek. Biznesmeni zasypiali w garniturach na ulicy. Lato było wilgotne i gorące, z monsunowymi deszczami; jednej takiej nocy w moim mieszkaniu nawiedził mnie diabeł. Rozmawialiśmy przez jakiś czas o nieuchronnej śmierci, o tym, że zawsze wiedziałam, że odejdę z tego świata z własnej woli, chodziło tylko o to, kiedy. Ale to nie był ten moment i on odszedł, a następnego ranka wstało słońce, poszłam do pracy i już niczego nie musiałam się bać. Nigdy więcej nie spotkałam diabła w podobny sposób. Lampa grzewcza żarzyła się i ogrzewała moją klatkę piersiową.
***
Całymi latami śniły mi się koszmary o pieprzeniu się i budziłam się spocona, z naprężonym i obolałym ciałem.
***
Grzejnik szumiał przez całą noc i rankiem w domu było ciepło. Odsłoniłam wszystkie żaluzje, aby wpadało przez nie światło, niebo było rozgrzane, niebieskie i przyjazne. Włożyłam boty i przeszłam przez ulicę do wodomierzy, czwartą skrzynkę dało się łatwo otworzyć, gdyż lód już się stopił. Popiersie koło podjazdu wyglądało teraz na mniejsze niż przedtem. W głównej sypialni był jedyny działający prysznic, lecz była ona też jedynym pokojem, gdzie wciąż było zimno. Pobiegłam do łazienki, gdzie rozpakowałam nową kostkę mydła lawendowego. Była tam wanna, a nad nią wysokie, wąskie okno, przez które mogłabym się przecisnąć. Przyjechałam do domu modlitwy rzekomo, by rysować i pisać, i przez następny tydzień spałam na kanapie i obserwowałam, jak światło pada przez różne okna, zmieniając dzień w noc. Spędzałam ranki przy dębowym stole, przed oknem wychodzącym na wschód. Umieściłam rysownicę ze szkicownikiem na stole i jeśli budziłam się przed świtem, mogłam patrzeć na wschód słońca i zmieniać kolory na kartce. Wtedy znów pojawił się ten niesamowity smutek, który wylewał się ze mnie i dążył ku słońcu. Przypominałam sobie rzeczy, o których wolałabym nie wiedzieć, tymczasem błękit ciemniał nad horyzontem, a światło, które przenikało chmury, stawało się bardziej jaskrawe. Jeśli przeszłość nie istnieje, to co się z nią dzieje? Czyżby wnikała w nas, w miejsce najbardziej ludzkie i ukryte, które trudno dotknąć? To taka osobliwość pamięci: zmuszałam się, by wciąż od nowa i od nowa spoglądać wstecz. Pamiętam dwa wiosenne tygodnie, gdy rozkwitły pąki wiśni; nadeszły burze i w jedno popołudnie rozwiały wszystkie te pąki. Śnieg przykrył drzewa, ale jeszcze tej nocy opadł z gałęzi. Rankiem powróciła wiosna. Zanim zaczynałam znaczyć papier węglem, lubiłam zawsze przesuwać ręką po kartce, by poczuć tę chwilę, gdzie zaczyna się pustka. Jadłam lunch i odpoczywałam, a potem, w najcieplejsze chwile popołudnia, szłam na spacer w pobliże autostrady i rancz. Tam, gdzie był cień, leżały grudy śniegu. Drogami pędziły samochody i lubiłam te brzydkie drzewa Jozuego z ich kosmatymi pniami i ciernistymi konarami, i to, jak wszystkie zdawały się korzystać ze słońca. W mojej głowie krążył głos, który nim zasnęłam w nocy, przeistaczał się w obrazy. Widziałam moje ciało pocięte na tysiąc idealnych kwadratów. Każdej nocy obraz ten nabierał ostrości – widziałam kostki moich galaretowatych piersi z czerwonymi paciorkami tkanki tłuszczowej, wylewającymi się z bezkształtnej skóry.
Mój kolega z college’u miał dwa pistolety – pokazał mi je pewnej nocy, kiedy piliśmy na werandzie koło drzewa awokado, w domu jego wuja w mieście. Jeden z nich to był Glock, a drugi – mały rewolwer. Wyjął je z pokrowców i wspomniał o trzech zasadach zachowania bezpieczeństwa, których nie mogłam sobie teraz przypomnieć. Załadował rewolwer i położył go na moich udach, bym poczuła jego ciężar. Trzymałam go przez kilka sekund, po czym zabrał mi go szybko i wyjął naboje. Pamiętam tamten ciężar jako rzeczywistość materializującą się na moich kolanach, miałam już kiedyś podobne poczucie siły, kiedy strzelałam z karabinu na strzelnicy w Wietnamie. Żołnierz nałożył mi zepsute słuchawki na głowę, by chronić uszy, lecz z każdym strzałem przeszywało mnie przenikliwe wycie. Ten mój znajomy od pistoletów był zawsze dla mnie dobry i dał mi rewolwer, kiedy powiedziałam, że chcę pójść z moim bratem postrzelać na pustyni.
Czułam się jak opętana, silna i na wpół szalona z podniecenia, gdy myślałam o tej broni, dokładnie tak, jak kiedy myślałam o krwawych kwadracikach. Dwa psy szczekały i szły za mną ścieżką, na której teraz stanęłam, patrząc na człowieka wrzucającego drewno do ciężarówki, niedaleko wąwozu. W ciężarówce rozlegała się muzyka country i mężczyzna podśpiewywał. Psy lizały mnie po rękach, a ich sierść była krótka i sztywna niczym włosy. Podniosłam się, poczułam, jak ziemia zachrzęściła mi pod butami, jak gorące były promienie słońca, oblewające blaskiem moje włosy. Straciłam poczucie siły, to, które mogło wyrwać mnie z reguł rzeczywistości, gdybym tego chciała, zamiast tego znów byłam uziemiona, tak samo jak wtedy, gdy pracowałam albo rozmawiałam ze znajomymi. Wróciłam ścieżką do domu, a psy pognały przodem, po czym wróciły do nogi.
***
Mój ojciec wybrał się kiedyś w podróż do Pjongjangu. Zapytał, czy chcę jechać z nim i powiedziałam, że tak, ale on był prezesem jakiegoś towarzystwa, które uzgodniło tę podróż z rządem Korei Południowej, więc wątpię, czy mówił poważnie. Wrócił stamtąd z olbrzymimi malowanymi zwojami z pejzażami – maleńkimi chatkami wysoko w górach, z huczącymi wodospadami. Powiedział, że wycieczka była bardzo przyjemna i wszyscy byli bardzo mili. Zwiedzali okolice Pjongjangu i byli na uroczystości, na której rządy Korei Północnej i Południowej raz do roku łączą rodziny, by mogły wspólnie zjeść jeden obiad. Wspomniałam znajomej z Daegu, jakie to smutne, że ich kraj jest podzielony, a ona odparła, że nigdy się nad tym nie zastanawiała i że tak naprawdę, to wcale się tym nie przejmuje. – To było tak dawno. Czują się jak inny naród – powiedziała. Mój ojciec zawiesił jeden ze zwojów nad sofą w swoim biurze, gdzie lubił ucinać sobie drzemkę po lunchu. Inny powiesił w pokoju jadalnym w naszym domu i ten obraz bardzo mnie niepokoił, gdyż wody namalowanego na nim wodospadu wystrzeliwały płasko i sztywno, niczym kije, pod spodem nie było skał, i nie rozumiałam, jak to jest możliwe.
Gdy powróciłam z Korei, zobaczyłam, że moja rodzina od miesięcy załamuje ręce z powodu pieniędzy. W rzeczywistości już od lat załamywali ręce, lecz przez większość czasu tego nie widziałam, a potem wyjechałam. Nagle zmartwiłam się, że nasz biznes zbankrutuje i będziemy musieli wszystko sprzedać, stracimy dom. Wysłano trzysta zaproszeń na ślub, a wkrótce ich liczba wzrosła do pięciuset. Większość z gości została zaproszona przez moją rodzinę, więc ojciec sprzedał budynek biurowy, by zapłacić za wesele, i przeniósł się do małego biura, które wynajęli w Wilshire. Sufity były tam niskie, a ściany miały kolor łososiowy. Z okazji moich pierwszych odwiedzin matka usiadła ze mną i powiedziała: – Bóg jest z nami, więc wszystko będzie dobrze.
– Źle się czuję – powiedziałam.
– Boli cię głowa?
– Nie, po prostu nie czuję się dobrze. Smutno mi.
– Czym miałabyś się smucić? Nie masz hipoteki ani żadnych poważnych zmartwień. Baw się, odpoczywaj.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Nie wiem.
Wzięła mnie za rękę. – W takim razie idź do Jezusa – powiedziała. – Zapakuj swoje troski i kłopoty do torby i daj je Jemu, On cię wesprze. – Splotła dłonie na mojej głowie i mówiła językami. Zapytałam, co powiedziała. – Nieważne – wzruszyła ramionami.
Musiałam pójść do spowiedzi, gdyż miałam przyjąć komunię na ślubie mojego brata, a nie spowiadałam się od ponad siedmiu lat. Poszłam na mszę dla młodzieży w sobotę wieczorem, razem ze starymi znajomymi, a potem uklękłam w ciemnym boksie obok księdza, którego twarz ukryta była za siatką. Gdy wyszłam stamtąd, usiadłam na ławce kościelnej i wyobraziłam sobie, jakby to było cudownie, gdyby rzeźby aniołów wyskoczyły z krokwi, by przyjść mi z pomocą.
Znałam z kościoła wiele historii o śnie. Gdy dorastałam, mieliśmy naszą własną kaplicę z księżmi przysyłanymi z diecezji południowokoreańskiej; dzieci i rodzice chodzili na dwa osobne nabożeństwa, rano na angielskie, a po południu – koreańskie. Podczas tego wyczekiwania nauczyłam się, że najbardziej niebezpieczny jest okres między jawą a snem, jest to czas, gdy nasze dusze są gdzieś pomiędzy, najbardziej bezbronne wobec tego, co uczyniły nasze ciała.
***
Powróciłam z popołudniowego spaceru. Głos w mojej głowie powtarzał mi, że powinnam wyjąć rewolwer z samochodu, wrócić tu i sporo wypić. Nie musiałam nic robić. Mogłam po prostu usiąść z nim tutaj. To był czwartek, krótko po trzeciej. Poszłam do kuchni i włączyłam radio przy dzbanku do kawy. Co tydzień Jacob występował w programie, w którym mówił o Clippersach w ESPN. Nie interesowałam się koszykówką i nie wiedziałam, o czym oni mówią, lecz Jacob i współgospodarz programu śmiali się, dyskutowali i sprzeczali, a jego głos wypełniał pokój życiem, które miał w sobie i znów wydawało się, że jest blisko mnie. Komentowali mecz na żywo, podczas gdy ja otworzyłam okna i ścierałam kurz ze stołów, kloszów i żaluzji. Ciężar tego domu zniknął. Poczułam się lepiej.
Minęły już całe miesiące od czasu, gdy wyrzucono mnie z gazety. Wybuchła awantura w związku z artykułem walentynkowym, który napisałam dla działu dziecięcego. Kiedy spakowałam rzeczy z biurka i poszłam do samochodu, Jacob zapytał, dlaczego to robię – dlaczego piszę o morderstwach, masakrach i starych zabawach chłopców, którzy losują imiona dziewcząt z dzbana, by potem smagać je paskami ze skóry zwierzęcej, umoczonej we krwi. – Nie wiem – odpowiedziałam. – Chyba mam dosyć pisania o pingwinach, dobrych obywatelach, zawodach i całym tym gównie.
– Myślę, że nawet po tym mogłaś ocalić skórę – powiedział. – Ale wyzwałaś od pizd.
Krótko po tym przespaliśmy się ze sobą, a potem nie rozmawialiśmy przez kilka miesięcy, bo znów odezwały się głosy, że zrobiłam coś złego, i jego twarz się zmieniła.
Przestałam sprzątać, gdy jego program się kończył, a nie chciałam, żeby znów odszedł i zostawił mnie samą. To moment, gdy samotność boli najdotkliwiej, w chwilę po tym, jak milkną głosy. W noc poślubną nowożeńcy spali w hotelu, a ja wstałam w nocy, by pójść po wodę, i chodziłam po pustych i cichych korytarzach. Jacob wciąż przychodził do mnie w snach. Pamiętam ranek, gdy słońce wzeszło nad budynkami i oślepiło nasze oczy. Gdy nie mogłam zasnąć, pisałam do niego listy, pytając, czy jest mu trudno żyć w sobie, kiedy słyszy coś, co mówi do niego podczas cichych godzin nocy. „Nigdy nie czułem niczyjej obecności «wewnątrz mnie» – odpisał. – Czasem nie czuję nawet samego siebie”.
O czwartej zobaczyłam, jak niebo za oknem po zachodniej stronie ciemnieje. Jesienią, gdy popołudnie zmieniało się w wieczór, słońce zachodziło długo i powoli, całymi godzinami, lecz w zimie niebo ciemniało szybko, jakby ktoś zdmuchnął światło. Gdy nie było słońca, w powietrzu na dworze znów czuć było chłód, który przenosił się też do wewnątrz. Zasłoniłam wszystkie żaluzje i usiadłam z powrotem na łóżku. „Drogi Jacobie – napisałam. – Jeśli zgadujesz, że piszę do ciebie ze starego domu na odludziu, masz absolutną rację. Odwiedź mnie. Twin Pine Road Wrightwood 92397”.
***

Pierwszego ranka, kiedy obudziłam się w moim mieszkaniu w Incheon, poszłam z moją koleżanką z pracy i jej znajomą na kawę. Ta koleżanka została z czasem moją przyjaciółką, lecz nie ona jest teraz ważna, bo to jej znajoma opowiedziała nam, że tamtego ranka znaleziono pod mostem małą dziewczynkę z wyprutymi wnętrznościami. Spierałyśmy się, że to niemożliwe, gdyż nawet jeśli była mała, to siła seksu nie wystarczy, by jej jelita znalazły się na zewnątrz, między nogami. Koleżanka z pracy przepraszała mnie później za te newsy, w dodatku pierwszego dnia. Powiedziałam, że mnie to nie zaniepokoiło. Wyjaśniła, że gwałciciel użył przepychacza, by usunąć spermę, i w ten sposób wnętrzności dziewczynki zostały wydobyte na zewnątrz.
***
Następnego ranka dostałam wiadomość od Jacoba. „Jeśli chcesz, mogę wieczorem przyjechać”.
Żeby coś przygotować, musiałabym wyjść z domu, pójść do sklepu i kupić takie rzeczy, jak drewno na opał, wino i coś dobrego do jedzenia. Stałam w kuchni, przy długim oknie nad zlewem. To wydawało się nieznośne – musieć wyjść i pojechać krętymi drogami, zobaczyć innych ludzi. W oddali, na wzgórzu, stały psy, które pilnowały domu sąsiada. Tylko w głównej sypialni było tak duże łóżko, żebyśmy mogli zmieścić się tam oboje. Pokój byłby zimny. Mój cykl miesięczny zaczął się dzień wcześniej, co oznaczało, że gdybyśmy się rozebrali do naga, a byłam pewna, że tak się stanie, krew pokryłaby prześcieradła i nasze uda. „Będę czekać” – odpisałam. Już przegapiłam świt i nie odsłaniając żaluzji, usiadłam przy stole, by obejrzeć pracę, którą wykonałam.
Moja matka nazywała ojca Parka swoją bratnią duszą. Był czas, kiedy pościła, nosiła jedną, brązową sukienkę i całymi godzinami medytowała w nocy na sofie. Ojciec mówił, że czuje, iż ona się od niego oddala. Chciał, żeby chodzili na obiady stowarzyszenia, pograć w golfa i oglądać filmy. Powiedziała, że może to poczuć, gdyż jest już niemal w stanie opuszczać swoje ciało. Być może, powiedziała, mogłaby ulecieć i nigdy już nie powrócić. Gdy na zajęciach rysowaliśmy postaci, ciała były piękne. Przez wiele lat nie potrafiłam mówić w taki sposób, by inni mnie rozumieli. Chciałam wyciągnąć rękę i dotknąć wszystkich modeli – każdy musiał być zbudowany od wewnątrz. Następnego ranka w domu modlitwy obudziłam się i zobaczyłam, że jedna ze ścian głównej sypialni jest jasna. Za zasłonami koloru kości słoniowej były rozsuwane, szklane drzwi, na które nie zwróciłam uwagi. Pamiętałam, jak zwijałam się pod ciałem w strachu przypominającym płomienie. Lecz pokój był cichy, a Jacob spał. Przez długi czas patrzyłam, jak promienie słońca wypełniają cienie i kładą się na naszej skórze.
więcej z numeru literackiego
More
From VICE
-

Screenshot: PlayStation -

Andrew Dice Clay (Photo by: Andrew Lipovsky/NBCU Photo Bank/NBCUniversal via Getty Images via Getty Images) -

King of Queens (Photo by Robert Voets/CBS Photo Archive/Getty Images) -

Photo by Matt Winkelmeyer/Getty Images for Coachella