Gietykieta – lepiej zostać w domu

Ciężko przewidzieć, które z naszych nawyków okażą się tymi kształtującymi naszą osobowość. Większość z nas stara się zachowywać w miarę normalnie, wyszukując i zwalczając dziwaczne tendencje ku którym się skłaniamy, albo przynajmniej oddawać się im w domowym zaciszu, gdzie nikt nas nie widzi. Czasami jednak życie bierze sprawy w swoje ręce i sprawia, że nieprzewidziane wypadki, czy skłonności z których wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy stają się nałogami,  których  byśmy sobie nie życzyli.

Z natury jestem domatorem i praktycznie wszyscy moi znajomi doskonale o tym wiedzą. Kiedy wracam do domu z pracy, wchodzę do swojego pokoju i pierwsze co robię to kładę torbę na podłodze, zdejmuję kurtkę, zamykam o czy i cieszę się ogarniającą mnie euforią. Jestem teraz u siebie i nie mam nic zaplanowanego aż do końca dnia. Mogę się rozebrać do bokserek i koszulki, leżeć w łóżku, oglądać filmy, robić bity, wypalać resztki stresu puszczając pod sufit kłęby dymu. Od czasu do czasu ta medytacja musi zostać wykreślona z grafiku, w związku ze zobowiązaniami, które większość ludzi pewnie ma: imprezy, spotkania, koncerty, kolacje. Staram się ograniczać te aktywności jak tylko się da. W weekendy okazuje się to najtrudniejsze.

Videos by VICE

Jak większość ludzi, mam znajomych którzy mnie rozumieją, nie spotykam się z nimi z przymusu. Ogólnie rzecz ujmując, jaram z tymi wariatami naprawdę do oporu, powtarzamy ten rytuał kilka razy w tygodniu. Nieszczególnie przejmuję się pozyskiwaniem znajomych spoza tej grupy. Całe życie byłem uprzejmy i bardzo pozytywnie nastawiony spotykając nowych ludzi i przez bardzo długi czas było to nawet szczere. Z czasem jednak zorientowałem się, że ludzie potrafią przejrzeć tę przyjacielską maskę i zauważyć nutkę zniecierpliwienia i irytacji podczas rozmowy. Jak już zostałem raz przyłapany, zacząłem wkładać mniej wysiłku w udawanie. Prawdopodobnie sprawia to, że odbierają mnie jako nieuprzejmego kutasa, ale jeśli to ma być cena za chwilę spokoju, to wchodzę w to.

Zanim zacznę brzmieć jak typowy przejarany koleś, pozwólcie, że wyjaśnię czemu najlepiej czuję się w domu. Tak, prawdopodobnie zioło ma z tym coś wspólnego, ale coś zupełnie innego doprowadziło mnie do takich wniosków. W Nowym Jorku motorem spotkań towarzyskich, podobnie jak w innych miejscach na świecie, jest alkohol. Piłka, związki, świętowanie, relaks- praktycznie każda forma aktywności społecznej (z wyjątkiem spotkań AA) wszystko to wiąże się z piciem alkoholu. Podczas studiów, miałem mniej więcej taką pojemność baku jak każdy inny 21-latek. Ta zdolność pochłaniania piwa została niespodziewanie zlikwidowana przez pewnego czternastolatka, za jednym podejściem. Zaraz po ukończeniu studiów, poszliśmy popić z moim kolegą z Baltimore. Siedzieliśmy sobie pozytywnie nawaleni, kiedy to staliśmy się ofiarami napaści ze strony grupki dzieciaków chcących ukraść nam telefony. Jeden z nich dźgnął mnie w krtań tulipanem z potłuczonej butelki.

Ostra krawędź minęła moją tętnicę szyjną o 1/8 cala i uszkodziła nerw kontrolujący obszar pomiędzy moim prawym barkiem a łokciem, powodując całkowity paraliż w tym rejonie. Jest dużo medycznych szczegółów związanych z tą męką, ale wszystkie sprowadzają się do jednego- oznaczało to dla mnie rok rekonwalescencji. Żyłem z ciągłym rozdzierającym nerwobólem, a żadne leki – nawet najsilniejsze- nie działały. Mój lekarz widząc przez co przechodzę, dał mi receptę in blanco, na praktycznie wszystko co mogło przynieść mi ulgę. Nawet jeśli nie miało to zwalczyć bólu, miało odwrócić uwagę od niego. Z początki przepisał mi Oxycotin- wykazałem się refleksem na tyle, aby poprosić go o coś delikatniejszego i mniej uzależniającego. Zamiast tego, dostałem więc całe mrowie Percocetu. Równolegle z tymi małymi ohydami, praktykowałem własną terapię ziołową, praktycznie podwajając ilość spalanego towaru w stosunku do tej ze studiów. Przez te miesiące, rzadko opuszczałem mieszkanie, a każda wyprawa na zewnątrz była wielkim przeżyciem, zupełnie jakbym był podopiecznym domu starców, albo więźniem. Emocje jej towarzyszące były z całą pewnością porównywalne do tych przy odkopywaniu ukrytego skarbu. Dzisiaj, patrząc wstecz, ciężko mi uwierzyć jaką dawkę adrenaliny zapewniała mi zwyczajna wizyta u fryzjera. Bałem się dosłownie wszystkiego: grupek dzieci, ludzi na rowerach, kogoś idącego za mną chodnikiem. Jedynym pocieszeniem jakim dysponowałem była myśl o powrocie do domu, do swojego pokoju, gdzie mogłem cieszyć się samotnością i ciszą.

Alkohol z kolei, nigdy nie miał już smakować tak samo. Wprawdzie zdarzyło mi się zaznać jeszcze kilku pijackich nocy, ale za każdym razem musiałem zwalczać w sobie mdłości, odwodnienie, bóle głowy i sen, który w następstwie upojenia nie przynosił żadnej ulgi ani odpoczynku. Nie mogę powiedzieć, że nie piję, ani że “rzuciłem picie”, zdarza mi się siorbać postawione przez kogoś piwo. Mogę za to z czystym sumieniem powiedzieć, że nienawidzę alkoholu. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego inni ludzie lubią, jednak dla mnie jest on tylko żrącą trucizną, prowadzącą do dezorientacji, nałogu i nieuniknionej śmierci.

Po roku, stan mojego ramienia nagle i niespodziewanie poprawił się, wróciłem do formy sprzed urazu. Znalazłem sobie pracę i w końcu wyniosłem się od matki. Recepty i zapasy skończyły się, a ja nie prosiłem o uzupełnienie ich. Paliłem jednak tyle samo trawy, może nawet trochę więcej w związku z luką, która pozostała po pigułkach. Powróciłem do życia towarzyskiego, ale spostrzegłem, że każdą interakcję z ludźmi traktuję jak przykry obowiązek. Agorafobia nigdy nie opuściła mojej psychiki, na każdym spotkaniu nerwowo zerkałem na zegarek czekając na właściwy do odwrotu moment. Kolejnym odstraszającym czynnikiem stał się fakt, że w czasie kiedy moje zamiłowanie do picia ulotniło się, moi znajomi przeobrazili się w prawdziwych chłopaków z Filadelfii, dla których libacje były codziennością. Przepracowani, zgorzkniali i powolutku miażdżeni przez przytłaczającą codzienność, hodowali swoje piwne brzuchy,  które po dziś dzień trzymają się dobrze, jak pomniki na cześć ich desperackiej ucieczki. 

Moje nawyki zakorzeniły się we mnie i zrozumiałem, że nadszedł odpowiedni czas na przeprowadzkę do Nowego Jorku, rzuciłem się w wir zmian, zdając sobie sprawę, że na pewno pozytywnie wpłynie to na moją karierę i ogólnie życie, bo stare nawyki w końcu zamęczyłyby mnie na śmierć. Bardzo ciężko jest być domatorem w Nowym Jorku. Ludzie uważają, że to dziwne, kiedy koleś po dwudziestce w ogóle nie wychodzi do ludzi. Wszystkie filmy, seriale, reklamy promują przekonanie, że wychodzenie wieczorem i uwalanie się jak świnia jest właśnie tym za czym powinienem gnać. Ja przeciwnie, jeśli już to jestem zapraszany na jakieś spotkanie i często wymyślam wymówkę związaną z pracą, albo że już wcześniej się z kimś umówiłem. Do dnia dzisiejszego nikomu, absolutnie nikomu nie powiedziałem prawdy: “Brzmi nieźle, ale naprawdę nie mogę się doczekać aż uwolnię się od ciebie i całej reszty, zasiądę na tyłku w domu i skuję się jak beton. Będę siedział w pokoju, palił tony zielska, czytał komiksy i jadł słodycze.”

Z początku kiedy się tu wprowadziłem, miałem lekkie wyrzuty sumienia przez to, że olewałem wszystkie te rzeczy które ludzie uważali za fajne i zamiast brać w nich udział, siedziałem w domu. Często zdarza mi się słyszeć różne dźwięki przez kartonowe ściany mojej enklawy, kiedy siedzę zabarykadowany w weekendową noc. Na ogół są to panienki i kolesie obijający się o ściany z powodu upojenia alkoholowego. Trudno mi dziś wyobrazić sobie chęć do takich rozrywek, z biegiem czasu moje postanowienia  ugruntowują się, coraz mniej prawdopodobne jest, że kiedykolwiek będę w stanie czerpać radość z takiego stylu życia.

Zobacz też:

Co nosić do blanta
Ganja armata

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.