Wilkołak

Szykuje się niezły dzień. Ptak tłucze się o okno. Gdzieś nad framugą drzwi musi być gniazdo.

Claire nie chce otworzyć oczu z obawy przed tym, co zobaczy – ich ubrania rozrzucone na podłodze, szklankę soku pomarańczowego zmieszanego z wodą, stojącą na nocnym stoliku (przy czym pomarańczowa pulpa zdążyła już opaść na dno), ze śladem jej szminki na brzeżku, śladem w pewien sposób oskarżycielskim, tak jak oskarżycielskie są niedające się zmyć ślady szminki na szklankach, które wyciąga ze zmywarki. Musi je myć dwa razy. W kuchni aktualnie zalega stos brudnych naczyń, choć gdy wróciła nocą z imprezy ze swym mężem Halem, wsadziła rękę do tłustej, burej wody stojącej w zlewie, by wyciągnąć z odpływu resztki jedzenia. Potem poszła do łazienki z bryłką zlepionych płatków owsianych w dłoni, by pokazać je mężowi i wywołać w nim poczucie winy. – Ohyda. Tak to jest, jak się nie płucze naczyń – powiedziała. Wina leżała jednak również po jej stronie, ponieważ każdego ranka, zrobiwszy owsiankę, zostawiała brudny garnek na kuchence.

Videos by VICE

Potem pokłócili się, ponieważ ona chciała wyjść z imprezy wcześniej niż on. Hal był pijany, w związku z czym dał spokój kłótni i poszedł wziąć prysznic. Claire podążyła za nim. Stał pod strumieniem gorącej wody z zamkniętymi oczami i włosami przylepionymi do czoła, a ona kontynuowała awanturę. Nagle ni stąd, ni zowąd zaczęła łkać. Hal przytulił ją i stali tak razem, a woda ściekała w dół między ich brzuchami.

Gdy płakała, czuła w piersi prawdziwy, dojmujący smutek, a jednocześnie pewna jej część pozostała niewzruszona i obserwowała całą scenę jakby z zewnątrz. Ta część wiedziała, że jej płacz rozczulił Hala, umożliwiając jej przy okazji ogrzanie się pod gorącą wodą. Wygrała, ponieważ udało się jej wywołać w nim poczucie winy.

Beznamiętna obserwacja nigdy nie była domeną Claire, która łatwo poddawała się zarówno radości, jak i smutkowi. Mało kto w wieku 28 lat zdążył dorobić się popękanych naczynek pod oczami. Nie były to zwykłe wory, tylko malutkie fioletowe żyłki, wyglądające jak gdyby pękły od wysiłku towarzyszącemu płaczowi.

A jednocześnie ten osobny byt, przyglądający się wszystkiemu zimno z zewnątrz. „Wilkołak” – pomyślała pewnego razu i myśl ta nie dawała jej spokoju. Rzadko kiedy przyznawała się przed sobą do posiadania drugiego ja, ale nie dlatego, że nie przywiązywała do tego wagi czy że rzadko kiedy się pojawiało; przeciwnie, było zawsze obecne. Dawno temu, gdy po raz pierwszy zdała sobie sprawę z jego istnienia, pomyślała, że ten jakby świadek jej własnego życia przybliża ją do Boga. Ani razu nie wydał jej się złośliwy. „Wilkołak”. Woda wciąż ściekała między nią i Halem. Nagle poczuła silny niepokój. „A co, jeśli jestem zła?” – pomyślała.

Gdy już położyli się do łóżka, usadowiła się na Halu i kochali się tak jak zawsze, gdy była pijana. Potem, żeby zasnąć, musiała sobie powtarzać mantrę, żeby nie myśleć o dobru i złu.

Następnego ranka nie myśli już o takich rzeczach. Myśli o kacu, który może ją dopaść, i boi się, że stanie się to, kiedy otworzy oczy. Ręka Hala leży na jej ciele. Jego sen najwyraźniej wkracza w punkt kulminacyjny, ponieważ ręką targają kurcze, chwyta bezwiednie Clair za brzuch, który przypomina mały woreczek, jak zawsze, kiedy Claire leży na boku. Ta sytuacja ją płoszy. Nagła świadomość, że jej brzuch traci sprężystosć, sprawia, że robi jej się niedobrze, choć tak naprawdę nie ma ku temu powodów. Przecież wciąż wygląda świetnie.

Na kacu często dopada ją wrażenie, że jej ciało jest nieprzytulne – fizycznie – być może przede wszystkim dlatego, że jest przygnieciona poczuciem winy. Jest mężatką, ma swoją własną komórkę rodzinną oraz nadzieję, że wkrótce, może za rok, będzie mieć dziecko. Mimo to następnego dnia po tym, jak zdarzy jej się wypić, od razu jedzie do rodziców. Myśl o tym wywołuje w niej smutek wynikający z poczucia, że ich zawiodła. Nie ma w tym żadnego sensu. Chciałaby przespać cały dzień, ale tę niedzielę spędza z Paulem. Myśl o tym, że musi po niego pojechać, zjeść z nim byle jaką pizzę i pójść do kina na jakiś beznadziejny film, bo takie on lubi, jest nie do zniesienia.O tej porze Paul jest już pewnie umyty, ubrany i wypachniony. Pewnie czeka na nią na zewnątrz, robi tak przecież nawet w najzimniejsze dni, nawet gdy Claire dzwoni do jego opiekunki, żeby powiedzieć, że się spóźni. Gdy jeden jedyny raz musiała odwołać spotkanie, opiekunka przez kilka godzin nie mogła go namówić, by wrócił do środka.

Claire wstaje z łóżka, wiedząc, że da radę. Zniesie nawet zapach wody kolońskiej Paula (prezent od niej, z przeceny), którą się obficie zlewa. Dzisiejszy dzień wymaga mocnego makijażu i Claire nieśpiesznie przywraca swoją twarz z powrotem do życia. Wokół oczu ma czerwone obwódki od płaczu. Do łazienki wchodzi Hal i przeciąga paznokciami po jej nagich plecach. – Wczoraj byłaś bardzo namiętna – mówi. Claire niewiele pamięta z wczorajszego seksu, jak również i poprzedzającego go płaczu. Pamięta za to, że była jakaś inna. Jakby lepsza, to znaczy dziksza. Hal wchodzi pod prysznic, myje się i wychodzi spod prysznica, a ona wciąż kończy się malować. Lustro raz po raz zaparowuje i Claire musi je wycierać. Hal obejmuje ją i przykładając usta do jej ucha, mówi: – Cześć, wilkołaku.

Nieoczekiwana ostrość tego słowa, wydyszanego jej do ucha, sprawia, że Claire cała się wzdryga. Jego dźwięk jest jak strzał z pistoletu. To głupie, ale Claire właśnie tak pomyślała. Zupełnie jakby odkrył jej sekret.

– Nie nazywaj mnie tak – mówi.

– Musisz być z siebie całkiem dumna, co? Tak wszystkich wodzić za nos.

– Nikogo nie wodziłam – odpowiada Claire. – Nie cierpię tej gry. Nie cierpię być wilkołakiem. Denerwuje mnie to. Zawsze staram się bazować na zupełnej nieznajomości reguł – dodaje. Claire nie kłamie, naprawdę nienawidzi tej gry. Hal przeciąga dłońmi po jej biodrach.

– Cześć, to ja – mówi – jestem twoim mężem, pamiętasz? Mnie nie oszukasz. Umiem cię przejrzeć na wylot. Cały czas grasz.

– Proszę cię – mówi Claire, czując, jak zaczynają jej się pocić dłonie i stopy, tak samo jak wtedy, gdy nazwał ją wilkołakiem. – Naprawdę w nic nie gram. Nie wiem o co ci chodzi.

– Daj spokój. Nie zgrywaj niewiniątka, przecież nikt cię tu nie słyszy.

– Odczep się – mówi Claire malując sobie usta. Wydaje jej się, że cała drży, ale usta wychodzą równo.

Odwraca się, by pocałować Hala. Ma mokrą brodę, a jego usta czuć miętą i wczorajszymi drinkami. Hal próbuje wsadzić jej język do ust, ale robi to zbyt szybko i jest zbyt mokry, by mogło jej to sprawić przyjemność. Claire odsuwa usta od jego ust i kryje twarz w miękkich, pachnących mydłem zakamarkach jego szyi.

Hal rzeczywiście dobrze ją zna i ma rację. Ona wciąż gra. Po chwili Claire myśli: zaraz, przecież ja naprawdę nie znam zasad tej gry. I naprawdę mnie to denerwuje. I kto tu w takim razie zachowuje się defensywnie? Wilkołak. Przez chwilę myślała, że to Claire, ale to wciąż był wilkołak.

Cóż. Ta gra rzeczywiście ją denerwuje. Wczorajszego wieczoru, gdy impreza już dogasała i kilku gości postanowiło zagrać w wilkołaka, poczuła, że pocą jej się stopy i dłonie. Mimo to powiedziała do Hala tak, by usłyszeli ją wszyscy gracze, że strasznie boi się być wilkołakiem, i żeby w związku z tym osoba, która będzie przyznawać role w grze, przypadkiem nie wybrała jej do tej roli. Była naiwna i zdenerwowana, inaczej niż wilkołak. Opowiadając wszystkim o swoich lękach, zapewniła sobie rolę wilkołaka; dodatkowo prezentując się innym graczom jako nerwowa, słodka Claire, postawiła się poza kręgiem podejrzeń. Wilkołak już knuł swój plan. Claire nie miała z tym jednak nic wspólnego. Bała się.

Początkowo naprawdę nie rozumiała, jakie są zasady gry. Nie wiedziała na przykład, o co chodzi z detektywem i aniołem stróżem. Wiedziała za to, na czym polega rola wilkołaka. Gdy wszyscy zamykali oczy i udawali miasto pogrążone we śnie, Bóg, którym był jej znajomy, kazał wilkołakowi obudzić się i „zabić” kogoś. W tym momencie poczuła, jak jej dotąd spokojna, senna twarz staje się szalona i dzika; otworzywszy oczy, wskazała osobę, którą chciała uśmiercić, starając się jednocześnie nie wydać przy tym najmniejszego dźwięku. Następnie na jej twarz powrócił błogi spokój, dzięki czemu już za chwilę mogła przekonująco udawać normalnego mieszkańca miasta i zastanawiać się wraz z innymi, kto może być wilkołakiem.

Po każdym morderstwie Claire starała się być dla wszystkich miła. Stawała w obronie podejrzewanych o bycie wilkołakiem, sama będąc podejrzliwą tylko wobec oskarżycieli. Do tego w każdej rundzie prosiła, by wyjaśnić jej zasady gry, nie rozumiejąc przy tym zbyt wiele z udzielanych jej odpowiedzi. (Z drugiej strony być może to wilkołak grał za nią w grę i udawał niewiniątko nawet przed nią samą? Pewnie tak. Co za koszmar).

Claire poprawia szminkę, rozmazaną pocałunkami Hala.

Odgrywanie roli mieszkańca miasta było dziecinnie proste. Wystarczyło grać siebie. Claire po prostu wyłączała świadomość tego, że to ona jest wilkołakiem. Przez to nie miała poczucia, że kłamie. Kłamać nie umiała za grosz (albo raczej gdy kłamała, czuła się źle, więc postanowiła się tego oduczyć), za to w liceum i na studiach była niezłą aktorką, dzięki czemu pomiędzy kolejnymi morderstwami w ogóle nie myślała o tym, że jest wilkołakiem.

Na koniec gry, gdy już wszyscy zostali zabici, a jej nie oskarżono ani razu o bycie wilkołakiem, wyjawiła pozostałym graczom prawdę. Jej przyjaciele kręcili głowami z niedowierzaniem, patrząc przy tym na nią z uśmiechem i wygłaszając teksty w stylu „no proszę, a wydaje ci się, że kogoś znasz”.

Jako że Claire nie była w stanie oszukać swojego najbliższego przyjaciela spośród graczy ani Hala, uśmierciła ich w dwóch pierwszych rundach rozgrywki, żeby później nie mieć kłopotów.

– Masz rację. Jestem geniuszem i wciąż gram z tobą w grę – mówi teraz do Hala. Jej słowa brzmią sarkastycznie, choć Claire stara się, by zabrzmiały szczerze i popsuły wilkołakowi szyki.

Swoją drogą, to absurdalne mówić o geniuszu w kontekście głupiej gry wymagającej manipulacji i oszustwa. Jeśli chce się wygrać, trzeba tak grać i już.

„Tyle że tu nie chodzi o samą grę” – konstatuje Claire, jadąc po Paula z radiem podkręconym na cały regulator, co miało odganiać jej myśli od tej kwestii. Chodzi o to, co ta gra odsłania: o to, że za jej całą słodyczą i dobrocią, za jej uczuciami i łzami na pokaz może stać jej złe alter ego.

Nie jest pewna, czego to alter ego chce, ale ma to coś wspólnego z wygrywaniem.

Jako dziecko Claire była kłamczuchą. Zapamiętała tylko trzy wypowiedziane przez siebie kłamstwa, za to bardzo dobrze pamięta, z jakim wyrachowaniem wówczas działała.

Tylko jedno z tych kłamstw wydaje się naprawdę ważne, jednak Claire na razie skupia się na tych dwóch pozostałych.

W pierwszym wypadku czekała na autobus szkolny wraz z ojcem w jego samochodzie. Padało. Autobus minął ich podjazd do garażu, nie zatrzymując się, więc jej ojciec zatrąbił na niego. Dopiero wtedy autobus się zatrzymał. Claire musiała wysiąść z samochodu i przebiec do autobusu w deszczu. Gdy weszła do środka, pewna dziewczynka z jej klasy powiedziała do niej: „Hej, czy nie masz dziś czasem urodzin?”. Z jakiegoś względu zabrzmiało to podle; dziewczynka ta lubiła dokuczać innym uczniom. Autobus ruszył powoli. Claire kiwnęła głową, 

że tak, i zaczęła przesuwać się na tył pojazdu. Wcale nie obchodziła urodzin tego dnia, tylko następnego. Kierowca, który słyszał ich rozmowę, zaintonował piosenkę na jej cześć, którą podchwycił cały autobus. W szkole jej kłamstwo powtórzono przez radiowęzeł, klasa zaśpiewała jej piosenkę z okazji urodzin, a nauczycielka wręczyła pączka z wbitą weń świeczką.

W domu na widok ojca Claire natychmiast się rozpłakała. On, wysłuchawszy jej opowieści, wziął ją na kolana, choć była cała przemoczona. Następnego dnia jej prawdziwe urodziny minęły jak każdy inny dzień.

W drugim wypadku w trakcie zabawy na placu zabaw wbiegła prosto w zjeżdżalnię. Miesiąc wcześniej wyrósł jej pierwszy stały siekacz. Krwawiąc z ust, przesunęła językiem po nierównej krawędzi złamanego zęba. Gdy je otworzyła, innym dzieciom opadły szczęki z wrażenia. Niektóre mówiły „o Boże”, inne krzyczały lub śmiały się. Zanim przyjechali po nią rodzice, nauczycielka pozwoliła jej obejrzeć się w lustrze w toalecie szkolnej.

Powiedziała im, że ktoś ją popchnął na zjeżdżalnię. Chcieli wiedzieć, kto. Gdy Claire była już nastolatką, sztuczny ząb przysparzał jej wielu kłopotów (leczenie kanałowe, krwawiące dziąsła itp.). Pewnego razu ojciec powiedział do niej: „Dość tego, powiedz kto to zrobił, po co chronisz tego skurwysynka”. Claire jednak zaśmiała się tylko strachliwie i pokręciła głową. Nie była w stanie przyznać się do kłamstwa. Zbyt wiele czasu upłynęło.

Był jeszcze trzeci przypadek.

Claire siedziała na różowej sofie okiennej w domu babci. Musiała być Wigilia, ponieważ jej kuzyn Paul i jego młodszy brat Reuben wraz z ich matką, czyli ciotką Ray, również tam byli. Claire miała wówczas sześć lat, co oznacza, że Reuben musiał mieć siedem lat, a Paul dziewięć. Pamięta nawet, że miała wtedy na sobie koszulę w czerwoną kratę. Jej matka zauważyła, że coś jest nie tak, jeszcze zanim Claire odeszła od stołu przy kolacji i poszła na sofę okienną, żeby być sama. Matka podążyła za nią.

Oto, czego Claire nie chciała nikomu powiedzieć: wcześniej tamtego dnia mężczyzna, który pracował na farmie babci, zaprowadził ją do starej szopy ogrodowej przerobionej na domek zabaw dla dzieci. Wewnątrz stały piętrowe łóżka. Oboje weszli na jedno z górnych łóżek. Mężczyzna zdjął spodnie i poprosił ją, by go tam dotknęła. Claire nie pamięta, czy to zrobiła. Pamięta tylko, że pocałował ją, wystarczająco głęboko, by poczuła, że nie ma zębów, choć wciąż był młody. Chciała stamtąd uciec, ale bała się zejść sama po drabince.

Matce opowiedziała zatem, że gdy bawiła się z kuzynami w kąpieli, Paul przyniósł z dworu kijek i dźgnął nim ją. Jej kuzyni właśnie szykowali się do spania na górze. Matka wzięła Claire za rękę, poszła z nią pod schody i drżącym ze strachu i złości głosem nakazała chłopcom zejść na dół. Paul i Reuben zastosowali się do polecenia. Po chwili stali przed nią na schodach, obaj w koślawych wigilijnych kapeluszach z dzwonkami, uszytych przez babcię dla całej trójki.

– Paul, czy dźgnąłeś dziś Claire kijkiem? – zapytała matka Claire. 

– Słucham? – zapytał Paul. 

– Czy to prawda, że kiedy Claire brała kąpiel, przyniosłeś z dworu kijek i dźgnąłeś nim ją? – ponowiła pytanie matka Claire. Paul pokręcił głową, podobnie jak Reuben, który powiedział, że przecież tego dnia nawet nie brali kąpieli. Po chwili z góry zeszła ciotka Ray i matka Claire jeszcze raz opowiedziała jej, co się zdarzyło. Ciotka Ray podeszła do Paula, który cały poczerwieniał i zaczął płakać. Położyła mu ręce na ramionach i zapytała: – Czy zrobiłeś Claire krzywdę podczas kąpieli? 

– Nie – odparł Paul, a Reuben dodał: – Nie zrobił tego, przysięgam.

Reuben zawsze bronił Paula, ponieważ Paul miał zespół Downa i był od niego mniejszy mimo dwóch lat przewagi wiekowej. Rozmowa toczyła się jeszcze długo; jej kuzyni, którzy byli też jej najlepszymi przyjaciółmi, patrzyli na nią z niedowierzaniem, a ciotka Ray powtarzała: – To prawda, kąpałam ich wczoraj wieczorem. Dziś się nie kąpali.

Claire nie wie, czemu wtedy skłamała w ten sposób. Powiedziała, że Paul ją dźgnął, ale nie pamięta, czy sprecyzowała, że dźgnął ją między nogi, choć tak musiało być. Pamięta też kłamstwa, które z takim zacięciem opowiadała u lekarza kilka dni później, ostrość wspomnień jest w tym wypadku maksymalna, choć już samego badania nie pamięta w ogóle. Pamięta, jak siedzi na brzegu kozetki w jednorazowym stroju i na poczekaniu wymyśla detale mające uwiarygodnić jej kłamstwo: jak Paul wyszedł na dwór (tu Claire wyobrażała sobie, że wymyka się tylnimi drzwiami) i jak w śniegu znalazł kijek (obok żywopłotu), który następnie zaniósł do domu i dźgnął ją nim. – Wciąż było na nim trochę śniegu – powiedziała lekarzowi.

Wiele lat później jej matka wciąż podkreślała, z jakim spokojem i jasnością umysłu Claire relacjonowała wówczas to, co jej się przytrafiło. Przecież miała wtedy raptem sześć lat. Jej matka wiele razy opowiadała tę historię, jednak tylko sobie samej i Claire. Mówiła o tym, jak dzielne było z niej dziecko i jak ona sama, wiedziona matczyną intuicją, od razu wyczuła, że stało się coś złego. O incydencie z kijkiem w kąpieli nie mówiła inaczej niż „molestowanie”, choć oczywiście była to skomplikowana sprawa, ponieważ Paul był wówczas mały i miał zespół Downa.

Dlaczego Claire wybrała Paula? Mogła przecież równie dobrze oskarżyć Reubena. Być może już w wieku sześciu lat wyczuwała, że Paul jest słabszy i że inni uwierzą jej tylko wtedy, jeśli będzie to jej słowo przeciwko jego?

Później, gdy Claire odzywała się podczas rodzinnych obiadów, ciotka Ray patrzyła na nią porozumiewawczo, a jej wzrok zdawał się mówić „oni myślą, że jesteś taka słodziutka, ale ja wiem, co z ciebie za ziółko”. Sadzała sobie Paula na kolanach, głaskała go po głowie i policzkach, i pozwalała mu jeść rękami z jej talerza, patrząc jednocześnie na Claire. A może tak się tylko Claire wydawało. Przez całe gimnazjum i liceum Claire miała dobre stopnie, występowała w pokazach tanecznych i przedstawieniach, podczas gdy Reuben kradł najpierw słodycze, potem zapalniczki i piwo, a Paul tył. Na wspomnianych obiadach rodzinnych Paul jadł i jadł, a na jego talerzu piętrzyły się góry spaghetti i pieczywa czosnkowego; choć jako mały chłopiec był tak chudy, że jego skóra była niemal prześwitująca, jako nastolatek dobił do stu kilogramów przy wzroście nieco ponad metr pięćdziesiąt. 

– Przestań się tak opychać! – krzyknęła do niego ich babcia pewnego letniego wieczora przy kolacji. – Twój syn je jak prosię. Dlaczego nie nauczysz go manier? – naskoczyła na ciotkę Ray. 

– Jesteście bandą dupków – powiedziała wówczas ciotka Ray, po czym wstała od stołu, przewracając przy tym krzesło, poszła na werandę i trzasnęła drzwiami wejściowymi tak mocno, że odbiły się od framugi i pozostały otwarte, przez co dym jej papierosa czuć było w kuchni.

– Pewnie, przeklinaj przy dzieciach, a co. Nic dziwnego, że twoi synowie zachowują się jak zwierzęta – wrzasnęła babcia.

Paul dalej jadł spaghetti, wycierając starannie usta serwetką po każdym kęsie. Claire zaczęła sprzątać ze stołu. – Zuch dziewczyna – pochwaliła ją babcia.

Zarówno podczas pobytu w szkole z internatem, jak i na studiach oraz później, kiedy przyprowadzała do domu schludnie wyglądających chłopaków, z których jednego poślubiła, Claire zachowywała się jak zuch dziewczyna. Co niedziela odbierała Paula z domu opieki, skąd jechali do ośrodka YMCA, potem wałęsali się bez celu i szli na obiad do Denny’s, ewentualnie do kanapkarni, skąd następnie udawali się do kina. Czasami zamiast wycieczki do kina Claire kupowała Paulowi w sklepiku organizacji dobroczynnej filmy na wideo po dolara sztuka. Nigdy jednak nie oglądała ich razem z nim – tylko raz odwiedziła go w domu opieki, który w rzeczywistości był przyczepą przesiąkniętą zapachem przesmażonych gotowych hamburgerów, serwowanych przez opiekunkę podopiecznym na kolację. Gdy tamtego wieczora zgodziła się zostać na posiłek, opiekunka – ociężała, niemal garbata kobieta o imieniu Pam, korzystająca z aparatu wspomagającego oddychanie – kazała wszystkim przy stole wziąć się za ręce (lepkie, wilgotne ręce) i odmówiła modlitwę. Kiedy skończyła, Paul powiedział, że też chce się pomodlić, po czym położywszy sobie ręce na sercu, powiedział, że to jest jego rodzina, ponieważ Pan tak chciał i w związku z tym on, Paul, prosi Pana, żeby ten miał ją w swojej opiece; następnie zacisnął powieki i powiedział, że słyszy, jak babcia mówi do niego z nieba i że wszystkich kocha i że Claire jest aniołem, amen. Claire wmuszała w siebie bure mięso i popijała je wodą z kostkami lodu, które zdążyły już przejść zapachem zamrażarki. Pozostałe dzieci patrzyły na nią, choć tak naprawdę to nie były dzieci, tylko mężczyzna i kobieta; kobieta wciąż lizała się po rękach, a mężczyzna miał na głowie kask rowerowy z odblaskowymi zielonymi paskami po bokach.

Po kolacji Claire usiadła na łóżku Paula i obejrzała z nim jeden z filmów, który mu kupiła. Był to film o golden retrieverze grającym w koszykówkę, pod tytułem Koszykarz Buddy. W pokoju Paula unosił się zapach wilgoci, niemytych włosów i chipsów ziemniaczanych. Jedyne okno w pomieszczeniu zasłaniały dwa ręczniki, wwiewane do środka przez włączony klimatyzator. W pewnym momencie Claire usłyszała pukanie. Uznawszy, że ktoś stoi pod drzwiami, wstała, żeby je otworzyć, gdy jednak to zrobiła, okazało się, że to chłopiec w kasku rowerowym wali głową w ścianę na korytarzu. Już nigdy więcej nie przyszła do Paula na kolację. Za to od tamtej pory zabierała go na dłużej i czasem szli na wieczorny seans, na który bilety kosztowały pięć dolarów więcej niż na poranki; pozwalała mu też zamawiać co chce w Denny’s (podwójny cheeseburger z bekonem, ketchupem i dodatkowymi piklami, za to bez cebuli, musztardy, sałaty i pomidora), choć zdawała sobie sprawę, że nie powinna tego robić z uwagi na jego kłopoty z sercem. Wiedziała, że ludzie z zespołem Downa wcześnie umierają, ale nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje, ponieważ nigdy się tym nie interesowała; nie była za bardzo w stanie o tym myśleć, a co dopiero interesować się. Nigdy nie widziała osoby z zespołem Downa, która byłaby siwa i pomarszczona, choć w sumie widziała w życiu niewiele takich osób; zapamiętała ich raptem kilka, może kilkanaście.

Gdzieś z tyłu głowy słyszy zapętlony głos Hala, mówiący: „Cały czas grasz”. Kierownica zaczyna się lepić od jej spoconych dłoni. Cały czas. Teraz też.

Spojrzenia ciotki Ray właśnie to sugerowały: „Musisz być z siebie całkiem dumna, co? Tak wszystkich wodzić za nos”. Ubrana jak zawsze w wełniany sweter ciotka Ray chętnie brała ją w swe ciepłe, matczyne ramiona, ale gdy w końcu odsuwała ją od siebie i taksowała wzrokiem, w jej oczach czaiło się ostrzeżenie, niczym w oczach niedźwiedzicy gotowej do ataku w obronie młodych. Tak w każdym razie odbierała to Claire. Intuicja matki Claire podpowiadała jej, co wydarzyło się naprawdę – coś związanego z pewnym mężczyzną, piętrowymi łóżkami i jego nagością. Ciotka Ray również wyczuwała, że Claire kłamie wówczas, gdy ona stała na schodach i trzymała ręce na ramionach swojego syna, jak gdyby mówiąc „to nieprawda” oraz „jestem jego zbroją”.

Gdy Claire miała siedemnaście lat, ciotka Ray zachorowała i Claire wiedziała, że musi wyjawić jej prawdę. Najpierw jednak przyznała się do wszystkiego swojej matce. Największy problem miała z tym, że wcześniej pozwalała jej opowiadać tę historię bez końca, zarówno sobie samej, jak i Claire. Matka widziała w niej dowód swojej matczynej intuicji, jak również dojrzałości Claire, jej spokoju i uczciwości.

W mózgu dzieją się dziwne rzeczy i czasami Claire dorabiała wytłumaczenie nieścisłościom, które obnażyło jej wyznanie.

– Chwileczkę – powiedziała jej matka, gdy Claire opowiedziała jej o mężczyźnie (najpierw oczywiście było „kochana moja” i płacz) i przyznała się, że zmyśliła całą historię z Paulem. – Mówisz, że ten mężczyzna cię skrzywdził, ale przecież sytuacja z Paulem miała miejsce na Boże Narodzenie, a babcia nie zatrudniała wtedy nikogo do pomocy. Ta historia z mężczyzną musiała więc wydarzyć się latem – skonstatowała. Niezgodność czasu nie była tu jednak głównym problemem. Niewykluczone, że Claire po prostu myślała o tym mężczyźnie, że historia z nim miała miejsce kilka miesięcy wcześniej i akurat zaprzątała Claire głowę, gdy jej matka usiadła obok niej na sofie okiennej. Głowa Claire leżała na kolanach matki, a ta ją głaskała. – Biedulka. Co za koszmar. Byłaś taka malutka. Takie okropieństwa nie powinny się przydarzać małym dzieciom – powiedziała.

– Ale tę całą historię z Paulem musiałam zmyślić. Jestem tego pewna. Doskonale pamiętam to uczucie, gdy u lekarza zmyśliłam, że na zewnątrz leżał śnieg. Wszystko to pamiętam – odparła Claire.

– Co jeszcze pamiętasz?

– Niewiele – powiedziała Claire i tak było w istocie. Wszystko oprócz jej kłamstw było jakby nieostre.

Jej matka przypomniała sobie, że po tym, jak Claire opowiedziała jej historię z Paulem, zawsze, gdy robiła siusiu, krzyczała „szczypie, szczypie”. Podczas badania lekarz zauważył małe ranki na jej wargach sromowych, nie zajrzał jednak do środka, ponieważ jego zdaniem byłoby to zbyt bolesne. Powiedział, że w środku wciąż może się znajdować kawałek kijka, ale że powinien sam stamtąd wyjść.

Matka głaskała ją po głowie, a Claire wypłakiwała się jej w podołek. Rozmawiały przy tym o pułapkach pamięci i o tym, jak Claire musiała się wstydzić, gdy jej ciotka oraz kuzyni patrzyli na nią, stojąc na schodach, i zaprzeczali temu, co mówiła.

– Ale oni mieli rację, tamtego dnia się nie kąpaliśmy. Pamiętam, że na pewno nie braliśmy kąpieli – powiedziała Claire.

– Kąpieli może nie, ale bawiliście się nago w wannie. Tak powiedziałaś lekarzowi.

– Nie pamiętam tego.

– Dziwię się, że cokolwiek pamiętasz – powiedziała jej matka, całując ją we włosy – byłaś małym szkrabem. Ostatecznie wszystko dobrze się skończyło, więc nie zadręczaj się już tym, co zrobiłaś jako mała dziewczynka.

Claire pomyślała o sobie jako o małej dziewczynce stojącej u podnóża schodów i spróbowała spojrzeć na siebie łagodniejszym okiem. Zamiast tego jednak zobaczyła zbyt wysoką i przemądrzałą jak na swój wiek sześciolatkę, chłodno recytującą wymyślone przez siebie kłamstwo, sześciolatkę przyłapaną na nim i zbyt tchórzliwą, by się do tego przyznać.

– Ciotka Ray wie, że wtedy skłamałam – powiedziała Claire – dlatego mnie nienawidzi. Ty może tego nie widzisz, ale ja tak. Ona dziwnie na mnie patrzy.

– Ray to jędza. To znaczy, oczywiście, kocham ją i wiem, że jest chora, ale to jędza jakich mało. Tak że pamiętaj o tym i nie zadręczaj się nieustannie. W ten sposób tylko robisz sobie krzywdę – powiedziała jej matka.

Ta część Claire, która stara się być dobrą córką, żoną i przyjaciółką, ta, o którą Claire dba, ta, która maluje usta, zabiera Paula na obiad i drze się na paraolimpijskich zawodach pływackich „szybciej, Paul!”, wierzy, że to wszystko wina luk w pamięci, i że przez te wszystkie lata oszukiwała się, myśląc, że skłamała, gdy tymczasem wcale nie skłamała.

Jednocześnie jednak w zimnym, niebieskim zakamarku gdzieś pod sercem spoczywa pewność, że lekarz coś pokręcił. W głębi tego przypominającego jaskinię zakamarka Claire jest pewna – i to na sto procent – że wtedy skłamała.

Gdy podjeżdża pod dom opieki, Paul siedzi na kamieniu w ogródku. Jest ubrany cały na czerwono i siedzi po turecku niczym Śmiejący się Budda. – Siemasz piękna – mówi, a właściwie „siemasz pękna”. Claire zdarza się go nieświadomie papugować, gdy mówi do Hala („Dzień dobry, pęknisiu”).

– To ty jesteś piękny – odpowiada.

– Wiem – mówi Paul przeczesując włosy ręką.

– Czemu dziś na czerwono? Aż bije po oczach – pyta Claire. Paul od lat nosił się monochromatycznie, raz na biało, raz na czarno. Czerwony kolor był czymś nowym. Claire przypomina sobie, że czerwone spodnie, które jej kuzyn ma na sobie, kupiła mu razem z czarno-białą parą w dziale dla puszystych kobiet w Walmarcie. Wybrała spodnie damskie, ponieważ są płócienne i mają troki, dzięki czemu są wygodniejsze od jakichkolwiek spodni męskich.

– Jestem czerwonym mścicielem – odpowiada Paul.

– Doskonale – śmieje się Claire – a kto ci podpadł?

– No wiesz, ci źli. Doktor Zagłada, Człowiek-Zagadka i tak dalej – Paul wymienia kolejnych filmowych złoczyńców, których Claire już nie kojarzy.

– Posłuchaj, malutka – odzywa się do niej w samochodzie, udając przy tym, że ziewa i przeciąga się, żeby móc położyć rękę na jej ramieniu. – Co ty na to, żebym na dzisiejszą randkę zabrał cię do świetnej włoskiej restauracji?

– Gdzieś niedaleko? – pyta Claire. Paul ściska ją za ramię i nachyla się ku niej.

– Spokojnie, ogierze, nie tak prędko – mówi Claire. 

– Dobrze już, dobrze, rany Julek. Wystarczy przecież powiedzieć – odpowiada Paul, zabierając rękę. Jednocześnie jednak uśmiecha się. Zawsze tak ze sobą żartują.

– Mają tam nowe makarony, naprawdę bardzo dobre, i sałatki. Nazywa się Pizza Hut. Byłaś tam kiedyś?

– Jedziemy – mówi Claire.

Gdy siadają naprzeciw siebie w restauracji, zauważa, że Paul ma na uchu zestaw słuchawkowy przypominający Bluetooth.

– Fajny telefon – mówi. – Do kogo tak sobie dzwonisz?

– A do różnych ludzi – odpowiada Paul wzruszając ramionami. – Czasami do Vermont do brata, na przykład wczoraj wieczorem zadzwoniłem do niego, bo miał urodziny. No i do mojej ukochanej kuzynki – mówi wskazując przez stół na Claire. – Czasami dzwonię też do mamy, do Pameli i tak dalej.

– Dzwonisz do mamy?

– Do mamy, do Pameli, wiesz, do znajomych.

– A mama co ci mówi?

– Że ty i ja się pobierzemy.

– Tęsknię za nią – mówi Claire, choć to nieprawda. Tęskni za konkretnymi sytuacjami. Na przykład gdy ciotka Ray zawoziła ich każdego lata do miasteczka swoim chinookiem RV. W tylnej części wozu były dwa łóżka i przenośny palnik. Najpierw jechali nad jezioro i bawili się w samochodzie w dom; nanosili przy tym do łóżek piasku, który potem chrzęścił im pod głowami. Claire pamięta, jak leżąc w łóżku, drapała się po głowie, a jej paznokcie były czarne od piasku. Była to jednak bardziej tęsknota za dzieciństwem niż za ciotką Ray.

– A ty za nią nie tęsknisz? – pyta Paula.

– Powiedzmy. Wiesz, w końcu mogę do niej w każdej chwili zadzwonić.

Paul ponownie wzrusza ramionami i zamyka oczy, dopasowując sobie zestaw słuchawkowy tak, by mikrofon był blisko ust.

– Mamo? Tu Paul. Jesteś tam? – mówi.

W tym momencie jednak na stół wjeżdża pizza. Paul otwiera oczy i mówi: – Czasami nie odbiera.

Gdyby Claire przyszło zmierzyć się z ciotką Ray w grze w wilkołaka, Claire nie zabiłaby jej, choć ciotka Ray stanowiłaby dla niej największe zagrożenie, ponieważ jako jedyna wiedziałaby, że Claire potrafi być fałszywa. Zabijanie wrogów zbyt szybko zdradza twoje motywacje.

Życie jednak różniło się od gry w wilkołaka. W wieku 46 lat ciotka Ray zmarła na raka jajników, który rozprzestrzenił jej się po całym ciele. Zanim odeszła, po raz ostatni pojechała swoim chinookiem do Maine, gdzie zostawiwszy Paula w domu opieki, poszła na mszę razem z Claire i jej matką, choć o żadnej z nich nie można było powiedzieć, że regularnie chodzi do kościoła. Oprócz niemal metra osiemdziesięciu wzrostu, postawnej postury i pięknej, surowej twarzy, ciotka Ray miała wspaniały, potężny głos, z którym nie mogły równać się drżące soprany stojących obok niej kobiet. Ciotka Ray zamknęła oczy, tupnęła nogą, zakołysała ciałem i zaśpiewała. Claire pomyślała sobie, że być może nie tylko ona czuje się w jej towarzystwie mała i słaba, jakby zbesztana – być może tak samo jest z innymi kobietami, a nawet mężczyznami.

W szpitalu Claire obawiała się, że ciotka Ray otwarcie zarzuci jej kłamstwo, ale chora nawet na nią nie spojrzała. Paul i Reuben położyli jej ręce na ramionach, a matka Claire i babcia trzymały ją za stopy. Na dłoń Claire zabrakło miejsca, w związku z czym Claire oparła ją niezręcznie na odsłoniętej łydce ciotki, nie wiedząc, czy lepiej zacisnąć dłoń, czy pogłaskać. Noga ciotki Ray wydawała się w pełni sił, podobnie jak i reszta jej ciała, skryta pod szpitalnym strojem, jednak jej twarz zmizerniała i skurczyła się. Przed śmiercią rozmawiała z nimi o cheeseburgerach i postępach Reubena w grze na puzonie oraz o nowościach filmowych i układzie tanecznym, którego Paul uczył się wraz z innymi pensjonariuszami domu opieki. Potem przestała mówić. Patrzyła tylko na swoich synów, przenosząc wzrok to na Reubena, to na Paula.

Ostatecznie Claire uznała, że ciotka Ray nie miała siły zajmować się czymś tak błahym, jak niesłuszne oskarżenie o dźganie kijkiem. Co to kogo obchodziło? Obok ciotki Ray stali jej nastoletni synowie z rękami opartymi na jej ramionach: z jednej strony długie, nawykłe do gry na gitarze palce Reubena, z drugiej grube palce Paula, ozdobione pierścieniami, które tak lubił. Obaj byli niemal dorośli. Paul musiał teraz dać sobie jakoś radę we wszechświecie bez matki. Rozmawiali o wszystkim – o życiu, szkole, dziewczynach, o wszystkim, nawet o tym, co tego dnia zjedli na obiad. Wszystko było niezwykle ważne. W sercu ciotki Ray nie było nawet odrobiny miejsca na kłamstwo, które nie dawało spokoju Claire, i Claire pojęła, że to, czy wówczas skłamała, czy nie, nie ma żadnego znaczenia. W każdym razie na pewno nie dla ciotki Ray i Paula, a tylko to się liczyło.

Tamtego lata po śmierci ciotki Ray wszystkie dzieciaki z miasteczka zebrały się nad rzeką, przez którą przeskakiwały za pomocą liny przywiązanej do gałęzi. Claire odebrała Paula z domu opieki i zawiozła do babci na obiad, skąd oboje pojechali nad rzekę. Paul świetnie pływał. Przez całe lato nad rzeką roiło się od dzieciaków – bezimiennych chmar opalonych dziewczyn i chłopaków, zarówno tych, którzy przyjeżdżali tam z Connecticut na dwa tygodnie wakacji, jak i miejscowych. Ich ulubioną zabawą była Kryjówka Krokodyla. Polegała ona na tym, żeby przefrunąć na linie z jednego brzegu rzeki na drugi. Paul zdjął koszulkę. Choć żaden dzieciaków nie gapił się na niego otwarcie, Claire czuła ich wzrok na jego bladym, okrągłym brzuchu wylewającym mu się z kąpielówek. Wszystkie dzieciaki przeskoczyły nad Kryjówką Krokodyla podejrzanie szybko, tak że po chwili cała banda znalazła się na drugim brzegu, skąd śmiejąc się, patrzyła wyczekująco w ich stronę. Jeden z chłopaków puścił linę w ich kierunku.

– Dam radę – powiedział Paul, wyłamując sobie palce. 

– Dajesz, człowieku – krzyknął ktoś z drugiego brzegu.

– Jesteś pewien? – zapytała Claire. 

– Tak – kiwnął głową Paul i chwycił linę. Odbił się od brzegu i przeleciał gładko nad wodą, czemu towarzyszyły radosne okrzyki z drugiej strony rzeki, jednak albo odbił się zbyt słabo, by dolecieć na drugi brzeg, albo po prostu był zbyt ciężki – zabrakło dosłownie kilkunastu centymetrów, co zebrani na drugim brzegu przywitali jękiem zawodu. Paul bujał się na linie w tę i z powrotem, coraz wolniej i słabiej, by ostatecznie zawisnąć nad rzeką.

– I co teraz? – krzyknął. Lina kręciła się to w jedną, to w drugą stronę, a on wraz z nią.

– Nic się nie bój, po prostu puść linę – powiedziała Claire.

– Nie mogę, boję się – krzyknął Paul i rozpłakał się. Dzieciaki na drugim brzegu umilkły. Paul płakał głośno.

– Po prostu na trzy puść linę, dobra? Rad, dwa, trzy – powiedziała Claire. Kąpielówki Paula zsuwały mu się z bioder, a jego twarz poczerwieniała z wysiłku. Claire i tak była zdumiona, że był w stanie trzymać się liny tak długo.

– Nie dam rady – powiedział. Claire patrzyła, jak jego chwyt powoli słabnie i jak Paul zsuwa się centymetr po centymetrze, kręcąc się przy tym w kółko, aż w końcu z krzykiem wpadł do wody.

Wynurzył się niemal natychmiast. Jak zawsze, unoszenie się na powierzchni nie nastręczało mu najmniejszych trudności. Gdy szli na basen, mógł siedzieć w wodzie godzinami, unosząc się na plecach niczym blada, duża tratwa.

Paul podpłynął do brzegu, na którym stała Claire, i podciągnął kąpielówki. – Wszystko w porządku? Jak tak, to idziemy zajarać – krzyknął do nich jeden chłopak, po czym cała gromadka oddaliła się do lasu.

Paul usiadł po turecku na kamieniu. Wciąż płakał. Zrobiło się ciemno i chłodno. Paul miał mokre ubranie i nie odzywał się do niej. 

– Musimy się zbierać – powiedziała Claire. Była już najwyższa pora, by wracać do domu opieki. Claire wzięła Paula za rękę i razem wrócili do domu babci. Jego dłoń była lepka, ale dopiero w domu Claire zauważyła na jego rękach czerwone przetarcia od trzymania liny. Nie było jednak czasu na pocieszenia; przed dziewiątą musieli być w domu opieki. Powiedziała, że go zawiezie. Przez całą drogę nie odezwali się do siebie ani słowem. Paul wciąż płakał, gdy Claire zostawiła go pod domem trzymającego w ręce tubkę maści na zakażenia. To, że jego matka nie mogła się nim zająć, że musiał sam nałożyć sobie maść, wejść do domu opieki i pójść spać pośród obcych mu ludzi, było wielką niesprawiedliwością. Claire miała jednak wówczas tylko 17 lat. Miała dług wobec ciotki Ray i wobec Paula też, ale nie wiedziała, jak go spłacić. Postanowiła zatem, że będzie z nim spędzać każdą niedzielę. W ciągu 11 lat nie udało jej się to tylko dwukrotnie.

Paul zjadł całą pizzę poza jednym kawałkiem, który skubała sobie Claire. Mogłaby przyznać się przed nim do swojego kłamstwa, tylko po co? On tego nie potrzebuje. Claire przypomina się tamten obiad, gdy babcia powiedziała mu, żeby przestał się opychać, a Paul z zadowoleniem jadł dalej, jak gdyby babcia była muchą, a on krową pasącą się na ciepłym, miłym pastwisku. Claire wie, że jeśli powiedziałaby mu prawdę, odpowiedziałby coś w stylu „nie szkodzi”, po czym wzruszyłby ramionami i zapytał jej, czy je swój brzeg od pizzy.

– Chcesz zamieszkać ze mną i Halem? – pyta zamiast tego.

– No, w sumie. Jak chcesz – wzrusza ramionami Paul.

No i załatwione. Na parkingu Paul podchodzi do latarni, kuca i kładzie rękę na chodniku. 

– Tu się coś wydarzyło – mówi. Paul często miewa na poły mistyczne widzenia, jak gdyby przed oczami przelatywał mu jakiś film z przeszłości.

– Co? – pyta Claire.

– Wojna – odpowiada Paul, nie wyjaśniając, co ma na myśli.

Claire leży na łóżku obok Hala i patrzy na niego. Nie powiedziała mu o propozycji złożonej Paulowi. Hal dobrze ją zna, ale nie wie, jakie tajemnice skrywa przed nim tego wieczora: nie wie o Paulu, o wilkołaku, o mroku, który Claire ma w sobie. Jej wcześniejsze myśli o wilkołaku zdają się odległe i szalone; gdyby próbowała je teraz odtworzyć miałaby z tym problem, niczym z trudnym równaniem matematycznym, którego nie da się rozwiązać dwa razy. Pozostało jej tylko niejasne przeczucie, za jej dobrocią nie stoi czystość, tylko jakaś mroczna siła, która wciąż musi się maskować.

– Zobacz, włosy wplątały ci się w łańcuszek – mówi do niej Hal, sięgając ręką do naszyjnika ze szmaragdem, który Claire ma na sobie. Dostała go od Hala na ich ostatnią rocznicę. 

Rzeczywiście, wokół zapięcia naszyjnika zrobił się ciemny supeł z jej włosów, który mimo jej starań nie daje się rozsupłać. Od patrzenia na naszyjnik Claire zaczyna boleć głowa.

Przewraca się na bok, a Hal kładzie na niej rękę. To, że jest dobrym człowiekiem, i że ją kocha, musi coś znaczyć. Claire wie, że Hal pogodzi się z tym, że Paul z nimi zamieszka, choć pewnie nie od razu. Zarówno Paul, jak i Hal są jej, więc z czasem wszystko się naprostuje. Powtarzając sobie mantrę, Claire rozmyśla o zdrowych posiłkach, które będzie gotować Paulowi, kiedy on już się do nich przeprowadzi, i o tym na jaki kolor pomaluje pokój, który miał być pokojem dziecięcym, a w którym zamieszka Paul.

 
 
Thank for your puchase!
You have successfully purchased.