Część II – „Pod jubilera poproszę, czyli świadek mimo woli”
„Wiozłem kiedyś kibiców na mecz, tu na Grabiszyńską. Nic przyjemnego. Nie byli z Wrocławia tylko z jakiejś pobliskiej wsi. Darli się jeden przez drugiego, śpiewali, co chwilę dzwoniła im komórka, do której się wydzierali. Nic nie mówiłem, bo klient może wszystko. A już taki klient, wiadomo. Nie zapłacili mi za kurs. Nawet nie uciekali, nie kombinowali. Powiedzieli tylko, że mam wypierdalać, bo zaraz wpadną ziomy i mi tą furę w drobny mak rozpierdolą”
Videos by VICE
Los taksówkarza to nie tylko niemoralne propozycje, napiwki za dowóz do burdeli i zmagania z napalonymi klientami. Czasami droga życia tak krzyżuje się z drogami w mieście, że taksówka zmierza prosto w ślepy zaułek. A w ślepych zaułkach jest ciemno, brudno i śmierdzi moczem. Aha, jest też niebezpiecznie. I to nawet bardzo niebezpiecznie.
– Często zdarza się klient, który nie płaci?
– Mi tylko ten jeden raz, ale mam kumpla, który opowiadał jak dwóch młodych chłopaków uciekało z jego samochodu bez płacenia. A później jeszcze starszy pan potraktował go tak samo. Starszy pan – strasznie się z tego śmiałem, chociaż to wcale nie jest śmieszne. Od teraz kumpel na starcie prosi o zaliczkę. Czego się raczej u nas nie robi…
– To niebezpieczna praca?
– Może być, chociaż bardziej na filmach albo w opowieściach innych. Ja poza kibicami nie miałem jakichś cięższych przypadków. Ale moi znajomi po fachu mogą się pochwalić. Jeden np. odwoził kiedyś do szpitala chłopaka, który w jakiejś ulicznej bójce stracił kilka zębów i bardzo krwawił. Strasznie go poturbowali, a kiedy wsiadł do auta, to jeszcze za nim biegli rzucając kamieniami i butelkami. Mogło skończyć się źle, ale ten taksiarz zauważył bójkę, podjechał i otworzył mu drzwi. Może go wtedy uratował”. (Paweł, lat 42, Wrocław)
„Miałem przypadek, że wzywałem pomocy Justusa [firma ochroniarska – przyp. red.]. Raz w niedzielę pojechałem do ekskluzywnej dzielnicy, do Swoszowic. W nocy dostałem zlecenie, potwierdzony adres, wszystko. Wychodzi gość, elegancki, w skórze, w marynarce. Widać, że obraca się w kręgu ludzi bogatych. Chciał jechać na Wolę Justowską, do następnej bogatej dzielnicy. Są cztery trasy, którymi można jechać. Ja z reguły w zwyczaju mam się pytać klientów, którą trasą jechać. I tak było w tym przypadku. On mówi, że mam jechać autostradą, najszybszą drogą. Mówisz – masz. Ogień, jedziemy!
Jadę sobie autostradą, jestem na wysokości Wisły i dostaję strzała w rękę, z prawej strony.
– Gdzie ty, chuju jedziesz?
Wie pani, autostrada, dwa pasy, druga w nocy, ciemno, 130 na godzinę i dostaję strzała. Co z gościem robić? Jakieś mu się klepki zwarły, że nie kojarzył gdzie jest i co robi. Odsunąłem się i wiem, że muszę zjechać z tej autostrady. Co ja tam będę robił? Ani pomocy wezwać, ani nic. Mówię mu:
– Weźże się człowieku uspokój, przejedziemy autostradą, tam gdzie sobie zażyczyłeś.
On się tak odsunął, zdążyłem zjechać. Oczywiście sender, Justus. Trzymam go na dystans, on do mnie:
– Co ty myślisz szmaciarzu, ten, tego.
Minuta minęła, jest Justus. On się pyta, o co chodzi, a ja:
– Człowieku, zapłać mi za kurs i nie chcę cię znać.
Wypity był, zarąbany, ale jak zobaczył ochronę, to od razu, jakby się ocknął.
– Co się dzieje?
Oczywiście dostał strzała na dzień dobry. To, co mnie uderzył, to musiał dostać też z powrotem. Przyłożyłem mu, a co! Dlaczego on mnie może, a ja jego nie? Ale przez to otrzeźwiał. Wyciągnął szarmancko 200 złotych i mówi:
– Masz za ten kurs.
Reszty nie chciał”. (Adam, lat 50, Kraków)
„Jedziemy na kurwy. Sobota, noc, ja i stary facet z wąsem. Opowiada, choć wcale go nie proszę, jak kiedyś jedną burą sukę stłukł, bo go ugryzła w kutasa.
– No, jak rasowa kurwa, to czemu gryzie? To nie wie, ze nie wolno gryźć? – zagaduje.
Nie odpowiadam. Po drodze mijamy jakieś młode dziewczyny, ten otwiera drzwi i każe mi zwolnić.
– Zapraszam, zapraszam piękne panie, podwiozę.
Szarmancki taki. A te panny się godzą! Są we dwie, więc pewnie będą się, jakby co, broniły. Jedziemy. On tam zagaduje skąd wracają, czy nie chcą gdzieś jeszcze wpaść na drinka, pokazuje portfel, że drink nie problem, że i za coś więcej może zapłacić. Nie godzą się, są grzeczne i uśmiechnięte. Nagle ten gnój łapie jedną za cyca, bezpardonowo. Ta, choć przerażona, delikatnie się odsuwa, zabiera jego rękę. Już jest spina, już myślę – znowu będę interweniował. On, totalnie zaskoczony, mówi:
– No, co jest kurwa, to za darmo was wiozę?
Zatrzymuję samochód. Jedna otwiera drzwi, ta bliżej niego coś krzyczy. Zachodzę od strony pasażera, patrzę a ten z gołym kutasem, ciągnie ją za głowę do krocza. Przypierdalam mu. Szamoczemy się, panna ryczy i krzyczy, on ciągle kurczowo ją trzyma podtykając jej pod usta penisa. Na mnie prawie nie reaguje. Wyrzucam go w końcu z auta, leży pół goły na ulicy. Biorę dziewczyny. Ryczą. Jedna w końcu mówi:
– Ej, on zostawił portfel.
He he, to se odbijemy teraz. Mój najdroższy i najbardziej posrany kurs. Odesłałem mu dokumenty”. (Marek, lat 31, Wrocław)
„Widziałem napad na stację Statoil. Stoję przy skarpie, godzina 22:00, widzę, że zbiega dwudziestu kolesi w kapturach. Ochroniarz był w środku, w sklepie, ale co on mógł. Dwóch zablokowało drzwi, a reszta po kolei do kieszeni wódki, piwa i wszystko, co było po drodze. W ciągu minuty opróżnili wszystko. Ochroniarz uciekł na zaplecze, bo nie wiedział, co ma robić chłop. Oni tam w Nowej Hucie mają takie przełęczki, ścieżki, te bloki, jeden, drugi, że nie ma szansy kogoś dogonić”. (Andrzej, lat 61, Kraków)
„Miałem też taki przypadek, co uciekałem, ale to naprawdę uciekałem. Otwarł się taki klub na Zabłociu. To, jak się później dowiedziałem, były jakieś powiązania narkotykowo–biznesowe z kibicami. Była brama rozsuwana, się wjeżdżało na podwórko i tam się woziło klientów. Z osiem lat temu to było. Klienta przypadkowego wiozłem, bo to dyskoteka była. Tam się cały Kraków zjeżdżał. Zawiozłem, wyjechałem i stanąłem przed bramą, bo jeszcze coś tam sprawdzałem. Była 23:00, ja tak stoję, patrzę i widzę z dwudziestu chłopa z łańcuchami, z siekierami leci prosto na mnie. Boże, myślę. Zapalam auto, dodaję gazu i uciekam! Odjechałem i do dziś nie wiem, czy by po mnie przelecieli, czy nie. Wpadli za tę bramę i napadli. Nie wiem, czy to porachunki gangsterskie, czy jakaś grupa wystawiona na ten lokal. Słyszałem strzały. Ale wie pani, ten widok… gdybym tak stał tyłem lub bokiem, to nie wiem, co by było. Już tam więcej nie jeździłem, bo nie ma co. Jak tam takie towarzystwo, to nie ma się co narażać”. (Marian, lat 56, Kraków)
„Dostaję telefon, żeby podjechać do centrum pod Salvadora, taka knajpa przy Rynku. Wsiada para. Piątek więc wiadomo, że niezbyt trzeźwi. Jedziemy na Kozanów. Do niego. Ona coś mówi, że przecież nie chciała tańczyć z tamtym chłopakiem, on sam podszedł, poprosił. No, ale nie chciała. A już na pewno nie chciała, żeby ją za dupę łapał. Na co tamten podniesionym głosem:
– Już ja kurwo widziałem jak ty nie chciałaś. Nie podnoś mi ciśnienia, pogadamy w domu.
Ona zaczyna płakać. Milczę, bo niby co mam powiedzieć. Nie rozwiązuję sporów. Po chwili on nie wytrzymuje i łapiąc ją za włosy drze się:
– Teraz będziesz płakać suko? Myślisz, że mnie twoje płakanie interesuje?
I pluje jej prosto w twarz! Widzę to w lusterku, ona zaczyna podnosić lament, więc mówię:
– Kolego, trochę łagodniej, bo będę musiał was tu wysadzić.
No, więc teraz do mnie:
– Co wysadzić? Jak kurwa wysadzić? Jedź i mnie nie wkurwiaj.
Siedzą cicho. Ona płacze już bezgłośnie. Po chwili kolejna szarpanina. Wszystko trwa sekundę, ona otwiera drzwi, chce wyskakiwać. Zatrzymuję się gwałtownie. On wyrzuca ją z samochodu, zatrzaskuje drzwi i każe mi jechać dalej. Chcę wysiąść, żeby ją podnieść, bo leży przy ulicy i się nie rusza. On wyciąga nóż, podtyka mi do gardła i mówi:
– Jedziesz skurwysynu albo cię potnę.
Za kurs zapłacił z napiwkiem dodając: ta suka sobie zasłużyła, nie?”.(Andrzej, lat 37, Wrocław)
„Wie pani co, kiedyś to o mało co do sądu nie poszedłem. Włóczyłem się po policji. Jeden klient robił jakieś interesy, sprzedawał działki ogrodnicze, czy coś. Raz mnie poprosił, żebym zawiózł kopertę w pewne miejsce. Kurs był za 20 złotych, a on mi daje 150 zł.
– Zawieziesz, tam jest pismo. W zamian pani ci da pieniądze i przywieziesz je później do mnie. Za potwierdzeniem – mówi.
Podpisałem, że biorę od niego kopertę. Myślę, co mi to szkodzi. Kobiecie też pokwitowałem odbiór, dowiozłem i się skończyło. Jeszcze kilka razy mu taką usługę wykonywałem, ale już na gębę. Po pięciu latach, wzywa mnie prezes korporacji i mówi, że policja prosi o kontakt. Okazało się, że to oszustwa finansowe były i moje nazwisko zostało wykorzystane do weksla in blanco. Na początku nie skojarzyłem, ale później, na przesłuchaniu już sobie przypomniałem. Nie miałem nic na sumieniu, więc pojechałem i się okazało. I teraz jestem świadkiem w sprawie”. (Zygmunt, lat 43, Kraków)
„Wpierdala mi się rodzina cyganów. Ja cyganów, jak gówna, nie znoszę. Zawsze z masą klamotów, drą się, śmierdzą, śpiewają. Są agresywni. Te ich dzieci z wujków, braci – brudne na ryjach z wielkimi oczami. Mówią tym swoim językiem, leją się po mordach, jedzą jakieś śmierdzące knysze, syfią mi. Więc już na pełnej piździe wkurwiony jadę na te ich zadupia. Obok mnie papa, z tyłu same dupy z dzieciorami na kolanach. Jest ich chyba z ośmiu, bo im się wytłumaczyć nie dało, że na dwa samochody trzeba jechać.
– A tam! Dzieci małe, nie widzi? – odpowiada mama.
Jedziemy. Mały zaczyna brudzić sosem z knyszy swoją siostrę, czy chuj wie – może już kochankę. Wszyscy się śmieją, bo jest wesoło, bo dzieci usmarowane meksykańską breją. Jest coraz głośniej więc papa odwraca się i z plaskacza wszystkim na raz. Zdzielił ich na oślep, żeby byli ciszej. A ci się cieszą, bo jest zabawa w unikanie ciosów. Zaczynają poklepywać starego, te dzieci pierdolone, rzucają w niego kapustą pekińską. Mówię, żeby byli ciszej, bo nie mogę skoncentrować się na prowadzeniu. Więc papa jednego za pysk, coś mu mówi cygańskim żargonem, wreszcie leje go po gębie. Podnosi się ryk, że mi uszy zaraz pękną. Co za wiocha. Przy płaceniu każdy z majtek wybierał drobne. Zrzuta bez napiwku, wiadomo. Papier po knyszy rozpieprzony na tylnym siedzeniu. Jeszcze na odchodne młody pokazuje mi faka. Odpowiadam tym samym i spierdalam, bo gotowi są mnie za tą obrazę zabić”. (Marek, lat 31, Wrocław)
„Dostałem zlecenie w Nowej Hucie. Do jakiegoś bloku. Wsiada dwóch łysych gości w dresach, na sterydach, widać. Już się nastawiam…
– Do Zielonej – mówią.
A to tak na uboczu Krakowa jest. Już mi się zrobiło ciepło. Jedziemy, oni coś sobie tam gadają, a ja dyskretnie piszę smsa, żeby mnie kolega asekurował. Jesteśmy na wysokości Bora–Komorowskiego, tam jest Geant i słyszę, że rozpina się klamra u tego, co siedzi ze mną. Facet wyciąga pasek ze spodni. Skręcam na ubocze, zimne poty. Patrzę, czy będą jakieś ruchy gwałtowne, ale widzę, że nic.
Jak on to zrobił już, to ja do kolegi piszę: Jesteś? Jedź za mną!. Nie chciałem dać po sobie znać, że coś jest nie tak. I wie pani, okazuje się, dojechaliśmy na miejsce. A oni mówią:
– Uch, ale nam te śledzie zaszkodziły, brzuchy nas rozbolały!
To ja na to:
– Ale wiecie co, panowie. Nie róbcie takich numerów w taksówce! Wystraszyliście mnie, że Bóg wie, co tu się stanie. Trzeba było od razu mówić, że was brzuchy bolą, boście się śledzi najedli na imprezie. A nie, wyciąga pan pasek ze spodni, to niby w jakim celu?
Zobaczyli drugą taksówkę za nami i zaczęli się śmiać”. (Marian, lat 56, Kraków)
Tekst: Ewelina Potocka i Małgorzta Płociniczak
More
From VICE
-

Photo: milorad kravic / Getty Images -

Photo: Morsa Images / Getty Images -

Photo: paseven / Getty Images
