Kool Keith – Feature Magnetic

Longplay otwiera intro stylizowane na trailer filmu o kolektywie superbohaterów. Czy raczej: antybohaterów, bo Kool Keith z kumplami to przecież bardziej Suicide Squad niż Avengers. “W świecie pełnym raperów-serników jeden człowiek, Kool Keith, zebrał fenomenalną ekipę, która przyprawi cię o obłęd”, zapowiada lektor. Buńczuczna zajawka rozbudza apetyt i… No właśnie – i okazuje się, że mieliśmy do czynienia z typowym zwiastunem, który trochę mija się z prawdą.

Nie znaczy to, że wciska nam się tu lipę, bo wprost przeciwnie, Kool Keith to nie Patryk Vega. Ale muzycznie album nie przynosi wieszczonego szaleństwa, nie ma tu nic z dziwacznych, pokręconych rytmów, z których w przeszłości słynął Keith. Większość podkładów przygotował on sam, tym razem podpisany jako Number One Producer, i niemal bez wyjątku stanowią one poczciwy boom bap ze Wschodniego Wybrzeża. Konwencjonalny do tego stopnia, że w każdym przypadku gospodarz pierwszy kładzie zwrotkę, potem wchodzi krótki refren, a następnie gość. Klimatem wyróżnia się jedynie g-funkowe “Bonneville” z Mac Mallem.

Videos by VICE

Elementu zaskoczenia zatem brak, ale porządne staroszkolne bity to jeszcze nie jest koniec świata, a co najwyżej lekki zawód w kontekście spodziewanych rewelacji. Najważniejsze, że Kool Keith nadal dysponuje kapitalnym, sugestywnym flow, zaś koledzy-weterani dzielnie dotrzymują mu kroku. Przy czym w tekstach – o tak, tu już mistrz ceremonii zwyczajowo popuszcza wodze fantazji.

“Super Hero” z MF Doomem dostarcza fantastycznego bragga z analogiami do komiksowych herosów. Podobne przechwałki pojawiają się też we “Writers” z Ras Kassem, gdzie Keith określa się mianem “Batmana na sterydach”. W “Peer Pressure” Slug z Atmosphere dostosowuje się poziomem absurdu do prowodyra, nawijając o graniu w “Fantasy Football” z Pitbullem i Johnem Lithgowem. W “Girl Grab” z Necro gospodarz przypomina sobie czasy “Sex Style” – dość wspomnieć, że bukkake jest tu jednych z tych subtelniejszych przywoływanych fetyszy.

Są jednak na “Feature Magnetic” i momenty poważniejsze, refleksyjne nawet. “Life” z Sadatem X dotyka tematu odpowiedzialności zbiorowej (“Jeśli widzisz ćpuna siedzącego na ulicy, daj mu zimnej wody i poproś, żeby wstał, bo dzieci patrzą”). “Tired” z Edem O.G. to rzadka w rapie samokrytyka odnośnie palącej kwestii Black Lives Matter (“Jestem zmęczony tym, że gliniarze nas nie kochają, ale bardziej jestem zmęczony tym, że moi bracia zabijają braci”). Gdybyście potrzebowali żywego dowodu, że błazeństwo nie wyklucza mądrości, pytajcie o Kool Keitha.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.