Pod nasz hostel w Bamako podjeżdża Toyota Starlet. Opuszcza się automatyczna szyba – rzadki luksus na tutejszych drogach. Przyjemny chłód klimatyzacji. Ulga. W środku jeden z najbardziej znanych raperów w Mali. Wygląda jak Snoop Dog. Czarne dredy, na szyi łańcuch z symbolem czarnego kontynentu. Mamy temat.
Przybijamy piątkę i wbijamy do auta. Kamil wyciąga kamerę, ja proszę Soumy’ego, żeby włączył swój ulubiony kawałek i zaczął śpiewać. Nie rozumiem ani słowa, bo rapuje w bambara, ale w mig odgaduję, o co mu chodzi. W tle słychać wybuchy. Robi się poważnie. Master Soumy zabiera nas na swój koncert. W Bamako zapada zmrok.
Videos by VICE
– Master Soumy? Oczywiście, że go znam – mówi młodziutka Tuareżka z baru przy niemieckiej ambasadzie w Bamako. – Pewnie, jest gwiazdą – to Malijczyk, który sprząta basen w Kuolkikoro nieopodal wojskowej bazy Unii Europejskiej.
Oprócz bawełny i złota największym skarbem Mali jest muzyka. Oumou Sangare, Salif Keita, Amadou and Mariam, Tinariwen to gwiazdy, które na całym świecie zapełniają sale koncertowe. Każdego roku w styczniu na pustyni niedaleko Timbuktu odbywał się wielki festiwal muzyki malijskiej. Festival au Desert ściągał kolorowe karawany Tuaregów na
wielbłądach, przedstawicieli najwyższych urzędów państwowych, artystów z całego świata i, przede wszystkim, tysiące fanów. W ubiegłym roku święto muzyki przepędziła z pustyni wojna.
– Tuaregowie nie są problemem Mali. Kolor skóry nigdy nie miał znaczenia w naszym kraju. Nie ma rasizmu. Wielu Tuaregów było ministrami. Nawet obecnie wicemister zgromadzenia narodowego jest Tuaregiem. To nie oni wywołali wojnę, tylko grupy bandytów z północy – Soumy opowiada nam swoją wizję historii Mali.
Najpierw o niepodległość kolejny raz upomnieli się Tuaregowie z MNLA (National Movement for the Liberation of Azawad). Dopiero wrócili z Libii, gdzie w 2011 roku walczyli po stronie reżimu Kadafiego. Po dyktatorze odziedziczyli potężny arsenał broni i amunicji. Wystarczyło, żeby wszcząć rewoltę na północy Mali. W styczniu 2012 r. wybuchło powstanie. Zdemoralizowana i skorumpowana armia malijska wiała z pustyni w stronę Bamako, gdzie z kolei kpt. Amadou Sanogo przeprowadził zamach stanu. Kraj pogrążał się w chaosie.
– To MNLA sprowadziła ekstremistów do Mali. Tuaregowie chcieli swojego państwa – Azawad. Ale wykorzystali to islamiści. Najpierw wspierali MNLA, potem ich przepędzili, a na podbitych terenach wprowadzili szariat.
Wjeżdżamy w zaułki dostępne tylko dla miejscowych. Ledwo co toczymy się po drodze, bo od gigantycznych dziur można zerwać zawieszenie. Master Soumy milknie i jeszcze bardziej zwalnia. Nie chce w nikogo wjechać, a wszędzie mnóstwo ludzi. W nocy wychodzą na ulice, nie muszą chować się przed żarem z nieba. A noce są tu wyjątkowo czarne.
Dojeżdżamy na miejsce. Na niewielkim placu stoi scena. Kilkaset osób cierpliwie czeka na koncert, a organizatorzy czekają na prąd. Master Soumy przeciskając się przez tłumy fanów idzie na backstage. Menadżer podstawia nam krzesełka, palimy papierosy i pijemy dużo zimnej wody pocąc się niemiłosiernie. Nagle zapalają się światła, rozpoczyna się show.
– Zakopywali ludzi tak, że wystawała im tylko głowa, a następnie rzucali w nich kamieniami. Obcinali ręce, urządzali publiczne chłosty. Karali za nieuregulowane związki, palenie papierosów czy słuchanie muzyki.
Szariat wprowadzany w Mali przez tuareskich islamistów z organizacji Ansar Dine miał dwie twarze. Z jednej strony obrońcom wiary przeszkadzały czarne rytmy, z drugiej – sami na potęgę przerzucali przez Saharę papierosy i heroinę. Master Soumy nie ma wątpliwości, że cały ten syf umożliwili malijscy politycy. O tym śpiewa. Jego ostry jak brzytwa przekaz wywołuje konsternacje wśród pracowników ONZ – organizoatorów koncertu. Szybko zwijają się z wygodnych kanap w pierwszym rzędzie, ale tłum zostaje i wznosi ręce do góry. Dają się porwać raperowi z Bamako, który, niczym Zack de la Rocha, wykrzykuje ze sceny to, o czym oni boją się mówić po cichu.
– Ludzie nie wiedzą, co się dzieje w ich własnym kraju. Odczuwam obowiązek poinformowania ich o tym.
Po koncercie szybko wracamy do samochodu. Czuję się jak ochroniarz Rihanny. Ludzie otoczyli auto, nie dają nam wyjechać, krzyczą „Master Soumy, Master Soumy!”. W końcu udaje nam się jakoś przecisnąć. Cholera, jeszcze kontrola na drodze. Przed wyborami policja sprawdza każdy samochód. Master uchyla szybę, policjant pokazuje – droga wolna.
– Wybory to wielka szansa dla Mali. W końcu będziemy mieli demokratycznie wybrany rząd i prezydenta. Ale to nie rozwiąże kryzysu i nie zapewni pokoju. Teraz mamy wielu sojuszników, którzy nam pomagają. Ale kiedyś nas opuszczą.
Dzień po koncercie Master Soumy zaprasza nas do swojego domu. Widać, że ma szacunek na dzielni. Siedzi wygodnie na krzesełku pod drzewem ze swoimi ziomalami. Pytam go o marzenia.
– Chciałbym nagrać kawałek z Tuaregami. Najwięcej możemy zyskać wspólnie. Im więcej artystów, którzy śpiewają w różnych językach, tym lepiej. Przesłań może być wiele. Problemy dotyczą wszystkich Malijczyków: Tuaregów, Bambara, Songhai. Wszystkich po równo.
More
From VICE
-

Screenshot: PlayStation -

Screenshot: Rockstar Games -

Screenshot: Hamster
