Nie dajcie się nabrać na aparycję nieszkodliwego, podstarzałego rockmana (czy mi się wydaje, czy lider Wilco zaczyna się wizualnie przeobrażać w Zbyszka Hołdysa?). Jeff Tweedy to Luke Skywalker amerykańskiej sceny niezależnej. Nawet jeśli po dwudziestu latach zaczęła mu padać bateria w mieczu świetlnym.
Wilco zawsze było zespołem bardzo klasycznym w brzmieniu, ale Tweedy lubił zaskakiwać fanów (część się już pewnie dawno na niego obraziła), kombinować z formą. Za to bardzo nie lubił, gdy z tego powodu nazywano jego zespół eksperymentalnym i przywoływał do porządku każdego dziennikarza, któremu się nieopatrznie wymsknęło. I tak gdzieś w międzyczasie Wilco dorobili się statusu zespołu nieobliczalnego. Sam Tweedy wolał trzymać się jednej prostej etykietki: rock and roll. Choć rockandrollowe życie porzucił dawno temu. Nie miał lekko. Cierpiał na chroniczne migreny, co wpędziło go w uzależnienie od środków przeciwbólowych. Miewał ataki paniki, zdiagnozowano u niego depresję. Wylądował w szpitalu. Doszedł do siebie, rzucił fajki, zaczął biegać. Parę lat później poczuł się tak dobrze, że postanowił uczcić dwudziestolecie zespołu płytą niespodzianką z kotkiem na okładce. “Star Wars” można ściągać zupełnie za darmo ze strony zespołu, iTunesa i Amazona jeszcze do połowy sierpnia. Premiera CD: 21 sierpnia, winyl: jakoś w listopadzie. Miła niespodzianka? Miła, zupełnie jak ten okładkowy kotek.
Videos by VICE
Tweedy chciał tą płytę sprawić frajdę fanom Wilco. Słychać, że “Star Wars” sprawiło też frajdę muzykom, którzy ją nagrali. To mocna, zwarta, jazgotliwa płyta. W sumie powinnam odszczekać ten tekst o baterii, bo akurat zapału im nie brakuje. Zabrakło niestety pomysłu. Tweedy potrafi pisać rockowe piosenki, proste i bezkompromisowe, wierne amerykańskiej tradycji. Szkoda tylko że na “Star Wars” trafiły te zupełnie transparentne. Połowa brzmi jak odrzuty z średniej płyty Spoon (z całą sympatią dla Spoon), i to jest ta lepsza połowa. Reszta brzmi tak sobie. Poza jedną. Ruszającą, surową balladą “Where Do I Begin”. Nie zbliża się poziomem do genialnego, emocjonalnego buldożera “I Am Trying To Break Your Heart” z “Yankee Hotel Foxtrot”, nieśmiertelnego klasyka z dyskografii zespołu, ale pozwala wierzyć, że Jeff Tweedy odzyska formę. Pozostaje czekać na kolejną płytę Wilco. A na “Gwiezdne wojny” pójdę w grudniu do kina.