Andrzej Lisowski jest królem męskich koszul! Dawno temu stworzył potężną firmę André Renard, dziś koncentruje się na kameralnej marce dla koneserów męskiej mody – Delikatessen. Szyje w Polsce, mieszka w Amsterdamie a sprzedaje w Japonii. Złapaliśmy go na chwile w warszawskiej pracowni …
Kogo to obchodzi, jak wszywany jest rękaw do koszuli? Ktoś jeszcze w ogóle się nad tym zastanawia?
Andrzej Lisowski: Zupełnie nikogo to nie obchodzi.
Videos by VICE
To dlaczego Twoja firma tak niesamowicie dba o to, jak skonstruowane są wasze ubrania?
Ludzie nie interesują się detalami typu szwy czy sposób, w jaki rękaw jest wszyty, a spodnie skonstruowane, natomiast to odczuwają. Konstrukcja odzieży bardzo przekłada się po na wygodę noszenia i na użytkowość. A to już ludzi interesuje. W sklepie mierzysz ubranie i sprawdzasz, czy koszula jest miła, czy nie, czy cię gdzieś uwiera, czy nie ciągnie. Później zaczynasz ją nosić, prasować i sprawdzasz, jaka jest w użyciu. Jeśli jest dobrze zrobiona, to wracasz do tego ubrania, natomiast jeśli nie, wisi w szafie i później gdzieś ją utylizujesz.
Skąd w Tobie tyle świadomości związanej z krojem i szyciem?
Wiesz, to chyba jest coś wrodzonego. Od samego początku, kiedy zacząłem szyć pierwsze rzeczy, było dla mnie bardzo ważne, żeby były naprawdę świetnie wykonane. Inna rzecz, że od kiedy pamiętam po prostu wiedziałem, czy rzeczy są dobrze uszyte czy nie. Miałem do tego naturalne wyczucie.
Jesteś z krawieckiej rodziny? Studiowałeś modę?
Nie, nie studiowałem mody w szkole, ale pewnym sensie można powiedzieć, że jestem z krawieckiej rodziny. Moja babcia, u której się wychowywałem, była bardzo znaną bluzkarką, naprawdę robiła bardzo piękne bluzki.
Miało to wpływ na to, jak później później potoczyła się Twoja kariera zawodowa?
Trudno mi jest powiedzieć. Musiała ta materia dzięki wychowaniu być mi bliska. Jestem po zupełnie innych studiach – po zarządzaniu – pracowałem w marketingu, w finansach, jako konsultant. Nie miałem jednak przyjemności w takiej pracy, dlatego zdecydowałem w którymś momencie, że zacznę robić coś, co sprawia mi radość i dość naturalnie wybór padł na ubrania. Być może mógłbym zostać ogrodnikiem, bo również bardzo lubię ogrodnictwo. Jednak, jeśli teraz mam się nad tym zastanowić, widzę, że już od dziecka miałem lekką obsesję na punkcie tkanin. Bardzo je lubiłem, dzięki babci też miałem możliwość, żeby szybko wyrabiał mi się gust. Dalej już rzeczy potoczyły się same.
To, co wyróżnia twoje ubrania, to fantastyczne wykończenie i krój. Margiela czy Hermes szyją tak jak ty. Ale skoro ludzi to w ogóle nie interesuje, jak skonstruowane jest ubranie, to przekonać klienta, że jest to coś ważnego? Jak przekłada się to na komunikację twojej marki?
Ja tego właściwie w ogóle nie komunikuję wprost. Siłą marki jest dobór tkanin, który komunikuje pewne treści sam sobą. Wynika to ze sporego doświadczenia, bo tkaniny wybieram od dwudziestu lat i naprawdę mnie to pasjonuje. Jeżdżę na wszystkie największe targi i rzucam się w wir, w tysiące tkanin. Znam wszystkie fabryki, przede wszystkim wszystkie najlepsze fabryki, które mają najwięcej innowacji. Tak czy siak jednak nawet najnowocześniejsze fabryki mają ograniczone możliwości wymyślania nowych tkanin. Z tej ogromnej ilości materiałów, które oglądam na targach, wyłapuję te kilka przykładów, które wnoszą coś nowego. Z tym jest trochę tak, jak ze sztuką współczesna. Ktoś, kto siedzi w sztuce współczesnej i nagle wyłapuje jakiegoś artystę, bo widzi, że ta osoba wnosi coś nowego, przełamuje granice. Myślę, że to jest właśnie to, co moi klienci szanują i doceniają. Klient jest bardzo inteligentny, od razu to czuje, gdy oferuję mu coś ciekawego i nowego. Na tym polega w pewny sposób komunikacja mojej marki – przez tkaninę.
Czy w takim razie jest to świadome działanie, że Twoje ubrania ciężko jest dostać w Internecie?
Nie, raczej wynika to z tego, że jesteśmy małą firmą. Rozwój online jest zresztą kwestią czasu. Postanowiłem zacząć budować relacje z klientami od fizycznego poziomu, oferując im w sklepach po prostu dobrze skonstruowane produkty z bardzo szczególnie dobieranych tkanin. Sprzedaż online to bardzo poważna sprawa – musisz mieć jedną osobę w firmie na full time to wysyłania przesyłek, odpowiadania na maile etc.
Ile osób pracuje u Ciebie w Delikatessen?
Pracuję ja, Gijs, mój asystent, ale robi jednocześnie MBA w Mediolanie, więc nie jest to praca na full time. Jest jeszcze Stephen, który oprócz prowadzenia Delikatessen ma jeszcze swoją pracę, jest historykiem sztuki. Pracuje dla nas również Igor Kubik, który jest grafikiem.
Jak to z Wami jest – strona Delikatessen ma japońskie rozszerzenie, pracujecie w Amsterdamie, a Twój asystent w Włoszech, szyjecie ubrania w Polsce, a potem sprzedajecie je na całym świecie. Jak udaje się Wam ta cała logistyka?
Właściwie jest dość prosta. Zamówienia zbieramy w Paryżu czy Amsterdamie. Wszystkie produkujemy w Polsce. Tkaniny, które ściągamy z Włoch, z Anglii czy Japonii spływają do polski do kilku fabryk. Potem dalej w Polsce jest to grupowane w przesyłki i dociera prosto do naszych klientów.
Dlaczego szyjecie w Polsce ubrania?
Jest tak z racji tego, że jest to dla mnie bardzo wygodne. Szczególnie gdy marka jest młoda i kiedy twoją polityką jest postawienie na jakość, ważne jest, żeby mieć sprawdzone szwalnie na dobrym poziomie. Miałem kontakty do szwalni w Polsce, więc korzystam z tego, żeby udawało się dostarczanie klientom takiej jakości, jakiej oczekuję. Naprawdę dobrych szwalni jest niezwykle mało, mają bardzo często obłożoną produkcję, nie chcą przyjmować mniejszych marek, ale dzięki kontaktom w Polsce zawsze udawało mi się szyć kolekcje w naprawdę dobrych szwalniach.
Właściwie poza Warszawą nikt o Delikatessen w Polsce nie wie.
To prawda.
Dlaczego? Te ubrania są dla polskich klientów po prostu za drogie?
Myślę, że rynek polski na te ubrania już dojrzał. Cena jest na pewno cały czas problemem. Nasze koszule kosztują 150 euro. To jest w Polsce za drogo. Teraz rozszerzyliśmy nieco gamę i mamy w kolekcji koszule po 120 euro. Ale tak czy siak jest to nadal za drogo. To jest pięćset złotych. W Polsce widzę ogromny potencjał, ale powinniśmy tak naprawdę mieć na Polskę oddzielną politykę cenową.
Dlaczego wszystkie sesje Delikatessen robicie w Polsce? Jak wygląda proces tworzenia waszych kampanii?
Bo mamy świetnych fotografów, świetnych modeli, bardzo fajnego grafika, z którym współpracujemy – Igora Kupicha. Nasze zdjęcia robiła Zuza Krajewska, wcześniej również Staszek Boniecki (Bobrowiec), zawsze udaje nam się dobierać ciekawych stylistów, bardzo kreatywnych ludzi, którym staram się dawać jak najwięcej swobody.
Jak te zdjęcia podobają się zagranicą?
Właśnei bardzo się podobają, od jakiegoś czasu inspirujemy nasze kolekcje różnego rodzaju produktami spożywczymi. Teraz akurat jest to balsamico w przypadku jesiennej kolekcji. Natomiast nie jest to dosłowna inspiracja, nie mamy wszystkiego w kolekcji w kolorze balsamico. Nazwa Delikatessen pochodzi od nazwy filmu “Delikatessen”, który jest absurdalny. Prasa się jeszcze w tym nie połapała, ale nasze kolekcje również często mają taki absurdalny wydźwięk. Uważam jako projektant, że raczej powinienem nie inspirować się dosłownie, lecz raczej przez paralelę. Jak mieliśmy w sprzedaży kolekcję inspirowaną jarmużem, oczywiście były w niej odcienie zielonego, ale przede wszystkim bardzo dużo strukturalnych tkanin. Nie nadrukowywaliśmy liści jarmużu na koszule. Te nasze paralele są dość luźne. Z ciekawością obserwujemy, jak reaguje na to prasa i co ciekawe strasznie się to podoba, blogerzy się nad tym rozpisuj. Bardzo to jest zaskakujące, że co kolekcję ten pomysł spotyka się z jeszcze większym entuzjazmem.
W jaki sposób balsamico stało się dla Delikatessen inspiracją na ten sezon?Obecna kolekcja, w porównaniu z poprzednimi, jest zdecydowanie pełniejsza. Wywodzimy się z koszul, ale w przypadku tej kolekcji dużo czasu poświęciłem na zaprojektowanie nowej linii garniturów. Garnitury zrobiliśmy na bardzo miękko, bez klejenia, bez poduszek. Garnitury mają w środku bardzo skomplikowany stelaż, jest mnóstwo różnych warstw, co powoduje, że na wierzchu garnitur jest bardzo sztywny. Odszedłem od tego całkiem, przez co bardzo trudno było osiągnąć garnitur, który by bardzo dobrze leżał. Znowu to, co jest ważne przy konstruowaniu koszul, okazało się pomocne, bo garnitury z tej kolekcji są szyte na szwach francuskich. To najdroższy rodzaj wykończenia, bo od środka ten garnitur musiał być bardzo ładny. W środku nic nie mogło być overlockowane, lamowane, szwy musiały być zamknięte w sobie. Te garnitury w ogóle świetnie się sprzedały.
Chcecie je robić dalej w kolejnych kolekcjach?
Oczywiście. Zrobiliśmy w nowej kolekcji też bardzo dużo wełnianych płaszczy. Wszystkie miały w środku ukryte ściągacze w rękawach, mimo że były to bardzo oficjalne płaszcze. To bardzo się klientom podobało. Kiedy myślałem o tej kolekcji, odwiedzaliśmy rodzinne gospodarstwa we Włoszech, które produkują balsamico. Oglądaliśmy tam bardzo dużo starych fotografii. Kształt klap płaszczy pochodzi od kształtów, które znaleźliśmy tam przez przypadek na zdjęciach z lat pięćdziesiątych. Całe porównanie do balsamico odnosi się idealnie do kwestii szwów. Wszyscy kupujemy różne ubrania na co dzień bez zastanowienia, jak jest wykonana. Tak samo jest z balsamico. Kupujemy balsamico z różnymi napisami, originale, Modena i tak dalej, smakuje nam, rozmawiamy o tym przy jedzeniu ze znajomymi, ale to wszystko to jedna wielka podróbka. Prawdziwe aceto balsamico jest produkowane w tych rodzinnych gospodarstwach minimum dwanaście lat. Potem jest oddawane do konsorcjum, które kontroluje jakość i rozlewa je do specjalnych buteleczek w dwóch typach – jednym dla Modeny, a drugi dla Reggio Emilia. To wydało się nam ciekawym tematem, bo dzisiejszy konsument jest bardzo nieświadomy, czy chodzi o jedzenie czy modę. Kupujemy balsamico, jest napisane tam Modena i myślimy, że próbujemy fantastycznego produktu, kiedy w ogóle nie styka się to z tym, co według włoskiego prawa powinno być nazywane jako aceto balsamico. Kupujemy koszulę, ma metkę z nazwą znanej marki i myślimy, że to dobry produkt. A nawet w przypadku znanych marek możemy mieć kontakt z jakąś podróbką, szytą w Chinach w szwalni, jakich są tysiące. Ta refleksja towarzyszyła nam przy pracy nad ostatnią kolekcją, bo z jedzeniem i modą jest zupełnie tak samo.
Wywiady z Alpha People:
HV/NOON
Waras M-City
Filip Pągowski
More
From VICE
-

(Photo by Stefanie Keenan/Getty Images for Cash App) -

(Photo by Rich Fury/Getty Images for The Recording Academy) -

-

Brett Coomer/Houston Chronicle via Getty Images