Quantcast
Blogerem być

Kiedyś, gdy ktoś w towarzystwie mówił, że jest blogerem lub blogerką, to wszyscy przesiadali się do innego stolika albo po prostu grupowo opuszczali imprezę.

Kiedyś, gdy ktoś w towarzystwie mówił, że jest blogerem lub blogerką, to wszyscy przesiadali się do innego stolika albo po prostu grupowo opuszczali imprezę. Ostracyzm spadał na biedaka jak grom z jasnego nieba, bo kto by się zadawał z jakimś niestabilnym delikwentem, który prowadzi internetowy pamiętniczek? Niech sobie wraca do swojego komputerka, pisać o tym, że był dziś u mamy na obiedzie, a nie między ludzi się pcha. Czasy się zmieniły. Blogerzy są modni, znani i lubiani. Dlatego warto spróbować zostać jednym z nich.

Nikt do końca nie wie, czemu sytuacja się zmieniła. Być może chodzi o to, że koniec świata jest już blisko. Niektórzy spekulują, że to przez to, jak bardzo życie przeniosło się do sieci, a nerdostwo stało się trendy (jak nic - to koniec świata). Bycie blogerem jest teraz cool, a ty chcesz być cool, prawda? Nie marnuj więc czasu, zakładaj bloga i dołącz do towarzystwa. Wybierz sobie szybko jakąś platformę blogową i pisz. Nie wiesz, którą wybrać? Przeczytaj na blogach. Nie wiesz, co pisać? Przeczytaj na blogach. Tych drzwi nie trzeba wyważać - stoją otwarte i na ciebie czekają, więc wskakuj śmiało. Jeżeli odlejesz się na futrynę i pójdziesz dalej, stracisz wszystko, co opisane poniżej, a to już czyste marnotawstwo.

Zaprosił Cię ktoś kiedyś do radia albo telewizji? Ktokolwiek kiedykolwiek poprosił Cię o wywiad? Pewnie nie. Gdybyś miał znanego bloga, to Wojewódzki sam byłby twoją wodzianką w swoim programie, a poranne telewizje nagrywałyby materiał w twojej sypialni, żebyś nie musiał za wcześnie wstawać. Nie to, żeby ktoś wymagał od Ciebie jakiejś merytorycznej wiedzy na profesorskim poziomie - od tego są profesorowie, a jak wiadomo, pracownikom naukowym nie wiedzie się zbyt dobrze w naszym kraju. To droga do nikomu niepotrzebnej wiedzy i ubóstwa. Twoja prowadzi do sławy i pieniędzy. Tak więc masz pójść, usiąść i powiedzieć dwa zdania w temacie, który opiewa twój blogasek. Piszesz o modzie i lajfstajlu? Wygląda to tak:

- Pani blogerko czy to prawda, że Polacy podążają teraz za trendami kulinarnymi i wybierając posiłek sugerują się nimi?

- Tak, to prawda. Kebaby są już passé.

- Dziękujemy za wywiad.

Jesteś klasycznym geekiem i prowadzisz bloga o soszial media? Proszę:

- Panie blogerze, może zacznijmy od początku: czym jest meme?

- To taki obrazek, który ludzie sobie wysyłają, korzystając z sieci społecznościowych.

- Może przybliży pan naszym widzom termin “sieci społecznościowe”?

- To Fejsbuk.

- Dziękujemy, naszym gościem był pan bloger.

Tak to się mniej więcej odbywa i nie martw się tym, że wyglądasz jak kupa - nie musisz dobrze wyglądać. Piętnastominutowe nagranie i wychodzisz do domu. Benefity? Matka przestaje wysyłać Ci smsy o tym, że marnujesz sobie życie i ją to martwi, a jak przyjeżdżasz na niedzielny obiad, dostajesz największego schaboszczaka. W biurze zaczynają się do ciebie odzywać. Otrzymujesz pierwszą w swoim życiu wiadomość od osobnika płci przeciwnej na Facebooku.

Dalej jest już tylko lepiej. Pojawiają się zaproszenia na konferencje i szkolenia, a wraz z nimi jeszcze większa rozpoznawalność i macanki z hostessami na afterszkoleniowych libacjach, ale przede wszystkim - wchodzisz pomiędzy innych bloggerów, a to niesie kolejne perksy. 

Kiedy już wejdziesz do blogowego światka, życie staje się jeszcze prostsze. Inni blogerzy robią z tobą wywiady, a ty robisz wywiady z nimi. Oni piszą swoje teksty, a ty odnosisz się do nich w swoich. Blogerzy o blogerach na blogach w blogosferze. Materiał robi się sam. Kółko się zamyka, a gawiedź to czyta i komentuje jak newsy z Pudelka.

W tym momencie dobrze by było, gdybyś znalazł sobie jednego śmiertelnego wroga w blogosferze. Nie możesz się ze wszystkimi lubić, bo wyjdziesz na cieniasa. Znajdź jednego, któremu zawsze będziesz wypominał niekompetencję (pfff... ta torebka do tych butów?),  nieumiejętność obsługi języka polskiego (Social Media piszemy WIELKĄ literą) lub brak poczucia humoru (jeżeli to miało być śmieszne, to ci nie wyszło). Nie chodzi o to, żebyś człowieka nienawidził i, życząc mu śmierci, przebijał po nocach opony w samochodzie. Jak nikt nie widzi, możecie sobie spokojnie na piwo wyskoczyć, ale w sieci ma być twoim wrogiem. Jest to po prostu w dobrym tonie. Tylko nie szalej z tym hejtowaniem, bo jak przegniesz, to zostaniesz szybciutko wydalony i skończą się zaproszenia do Gdańska na pogadanki o zbieraniu lajków i towarzyskie meczyki. Polecą unfallowy i trafisz na sam koniec przewodu pokarmowego blogosfery - a wiesz, że na końcu jest dupa, prawda?

Jeżeli jesteś absolutną piczką i się boisz - disuj samego siebie. Takie przypadki wbrew pozorom też prowadzą do sukcesu i są postrzegane jako bardzo nowatorskie. Działa to tak: wrzucasz wpis, a sekundę później objeżdżasz go w komentarzu ze swojego drugiego konta. Ludzie polubią albo wpis, albo pojazd po wpisie - w obydwóch przypadkach twoja pozycja rośnie, a wraz z nią matczyna miłość i niedzielne schabowe.

Jak wiadomo, niedziela jest raz w tygodniu, matka aż tak się w Tobie nie rozkochała, żeby zapraszać cię codziennie na obiady, a w pozostałe dni też trzeba coś jeść. Kolejna dobra wiadomość: jeżeli się postarasz, blogowanie przełoży się pozytywnie na stan twojego portfela. Lajki lecą, a wraz z nimi cyferki na twoim koncie. 

Od jakiegoś czasu, każdy brief przychodzący do agencji reklamowych zaczyna się od: “Chcemy mieć blogerów w kampanii! Najlepiej Kasię Tusk, Budzika albo Piecyka - koniecznie!”. 

Tak więc reklamiarze wymyślają, jak tu zaangażować internetowych celebrytów do swoich komercyjnych działań. Tu mamy podział na dwie grupy tych pierwszych. Pierwsza to ci kreatywni. Zaproponują ci, abyś przez tydzień pracował jako konduktor na linii Warszawa - Tłuszcz, a potem opisał skandaliczne warunki panujące w pociągach, lub wpuszczą ci do mieszkania stado karaluchów, licząc na wpis o tym, jakim wybawieniem był dla ciebie Karaluchex firmy Dezyn-Pol. Może być to trochę zaskakujące albo zwyczajnie chujowe, ale przecież zapłacą. Drudzy są trochę mniej subtelni. Wystarczy, że powiesisz na blogu banery, napiszesz dwa razy na swoim twitterze, że nowy tablet firmy X to super zabawka i inkasujesz należność. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - jeżeli tablet okaże się kaszanką, to nikt od ciebie nie wymaga, abyś pisał prawdę. Wręcz przeciwnie. Napisz, że ma dużo suprefajnych i darmowych aplikacji, jak na przykład Facebook albo mail, i wystarczy. Tablet oddasz potem mamie, która i tak się na tym nie zna, więc będzie ubijała na nim twoje ulubione kotlety, a agencja wróci z kolejną kampanią.

No własnie tu doszliśmy do kolejnego tematu: cudownego tagu  #darylosu. Na czym to polega?

Codziennie rano budzi cię zasapany kurier z toną prezentów od firm, które bardzo by chciały, abyś napisał coś miłego o ich produktach. Ty nie masz z tym problemu, bo dziennikarzem nie jesteś, więc w dupie masz etykę - i tak ci napiszą, że się sprzedałeś, więc po co się krygować. W tym tańcu nie ma się co pierdolić. Tak więc zalewają cię telefony, tablety, książki, czajniki bezprzewodowe i inne gadżeciki. Zbierasz te wszystkie gifciki, bawisz się nimi przez chwilę, przyszpanujesz przed znajomymi, potem piszesz krótką notkę na swojego bloga i wystawiasz na Allegro. Podono najlepsi mają na kontach tysiące udanych transakcji i same pozytywy. Plotka głosi, że jeden ze znanych polskich blogerów zaznaczał firmom, że prezenty przyjmuje tylko w ilościach hurtowych. Nie wiadomo, czy to prawda, ale niedawno otworzył mały supermarket pod Wołominem. 

Potem przychodzi czas na książkę. Właśnie tak - masz napisać książkę. O czym? O blogowaniu albo ogólnie o internetach. Pospamujesz o niej trochę na Facebooku i Twitterze i się sprzeda. Zastanawiasz się, kto kupi? Spieszę z odpowiedzią - blogerzy.

Tak to w wielkim skrócie wygląda. Też byśmy w ten sposób chcieli, niestety nasze blogi są tak chujowe, że nikt nam nie przesyła nawet informacji prasowych, a za powszechnie darmowego Bloggera musimy jako jedyni w Polsce płacić. Najgorsze, co się może trafić, to kiedy masz bloga i bardzo chcesz się sprzedać, nikt nie chce Cię kupić, a ogół z przyzwyczajenia zarzuca Ci, że się sprzedałeś. Sytuacja jest zgoła inna: jesteśmy ostatnią ladacznicą pod tą latarnią, prawie świta, a chętnych jak nie było, tak nie ma. No cóż, kiedyś nauczymy się internety robić, pisać coś więcej niż wątpliwie dowcipne notki i wtedy wszyscy o nas usłyszą. Do zobaczenia w “Kawa czy herbata?”. 

PS: Jak czytam powyższe, to dochodzę do wniosku, że szybko się nie zobaczymy. Nie zmienia to faktu, że jestem na etapie dużych schabowych.

Patryk Bryliński

więcej tekstów Patryka:

ABC spotkań z klientem
Abecadło marketingowe
Bestiariusz branżowy vol.03
blog Junior Brand Managera