Pewnego dnia zeszłej wiosny nieopodal starego, wiejskiego cmentarzyka w południowej Brazylii czarny mężczyzna imieniem Marcelo Gomes uniósł za rogi flagę konfederatów, by pozować z nią do zdjęcia. Gdy fotka została już cyknięta, Gomes stwierdził, że nie widzi w tym żadnego problemu. Oznajmił, że według niego czarnoskóra osoba może oddawać hołd dziejom Skonfederowanych Stanów Ameryki. – Kultura amerykańska jest piękna – powiedział. W żyłach niektórych z jego przyjaciół płynie nawet konfederacka krew.
Gomes dołączył do mniej więcej 2 tysięcy Brazylijczyków bawiących się na dorocznej festa urządzanej przez organizację Fraternidade Descendência Americana – bractwo zrzeszające potomków konfederatów mieszkających w Brazylii. Impreza odbywa się na posesji niedaleko miasteczka Americana, założonego 150 lat temu przez uciekinierów z Południa USA. Cmentarzyk świeci zazwyczaj pustkami. Nie odwiedza go nikt oprócz jego nadzorcy i, z rzadka, jakiegoś wiernego, którego przyciągnęła tam mała ceglana kapliczka. Kwietniowego ranka w dzień festa publiczny system radiowy przerwał ciszę spowijającą cmentarz. Z głośników rozmieszczonych po miasteczku zadudniła pieśń bojowa Konfederacji – Stonewall Jackson’s Way. Brazylijczycy w dziesięciogalonowych kowbojskich kapeluszach i skórzanych kurtkach powitali tę melodię z ogromnym entuzjazmem.
Videos by VICE
Wokół cmentarza rozciągają się przez wiele mil uprawy trzciny cukrowej. Pada na nie nieprzefiltrowane niczym światło rozgrzanego słońca. Zasadziły ją tu tysiące konfederatów, którzy odrzucili Rekonstrukcję i uciekli ze Stanów Zjednoczonych u schyłku wojny secesyjnej – była to dobrowolna banicja, właściwie wykreślona ze znanej wszystkim historii USA. Rozproszona diaspora zbiera się co roku już od 25 lat. Organizowane przez nich przyjęcie jest dotowane z funduszy lokalnej administracji i stanowi rodzinny zjazd Confederados – jednej z ostatnich na świecie enklaw dzieci przedrekonstrukcyjnego Południa.
Brazylijczycy ustawili się rządkami przed flagą buntowników, udekorowanej mottem Konfederacji: „Dziedzictwo, nie nienawiść”. Podchodzili do budki, w której wymieniali brazylijskie reale na oficjalną walutę festa – wydrukowane repliki konfederackich banknotów jednodolarowych (wymiana odbywała się po kursie 1:1 – najwyraźniej przetrwała też tu typowa ekonomia Południa). Stada dzieci pobiegły na trampolinę i do dmuchanego zamku. Seniorzy zarezerwowali sobie miejsca w cieniu białych namiotów. Już na samym początku imprezy kolejka do stoiska ze smażonym kurczakiem w stylu amerykańskim zrobiła się tak długa, że właściwie nie warto było się w nią wpychać.
Usadowiłam się przy namiocie. Rozgrzebałam odrobinę kurczaka i przyglądałam się młodej Brazylijce o blond włosach, manewrującej olbrzymią krynoliną ozdobioną wzorem z flagi Konfederacji tak, by udało się w niej przysiąść na krześle. Zaczęłam się zastanawiać, co znaczy dla tej dziewczyny symbol, który na sobie nosi. Przedstawiła mi się jako Beatrice Stopa, reporterka brazylijskiej edycji magazynu „Glamour”. Jej babcia, Rose May Dodson, była przewodniczącą bractwa Confederado. Od najmłodszych lat Beatrice zawsze tańczy na festa.
Spytałam ją, czy wie, że amerykańskie Południe było mocno powiązane z niewolnictwem. – Nigdy wcześniej o tym nie słyszałam – odpowiedziała. Nie wiedziała, z jakiego dokładnie powodu jej przodkowie opuścili USA. – Wiem, że tu przyjechali. Ale nie mam tak naprawdę pojęcia dlaczego – przyznała. Czy to z powodu rasizmu? Uśmiechnęła się, zawstydzona. – Nie mów tego mojej babci – poprosiła.
W Brazylii niewolnictwo zniesiono w 1888 roku, ponad dwie dekady po zakończeniu wojny secesyjnej. Mimo że od tego momentu starano się stworzyć jak najbardziej progresywne warunki, państwo miało olbrzymie problemy z pozbyciem się tej instytucji. Rząd doprowadził do przyjęcia ustaw, które zwiększały ochronę praw robotników. Łącznie z poprawką konstytucyjną z 1940 roku, zabraniającą pracodawcom zmuszać robotników do pracy w „w warunkach analogicznych do niewolnictwa”. Lecz gdy na początku XX wieku Brazylia zaczęła desperacko walczyć o to, by poddać się szerokiej modernizacji, właściciele farm zaczęli zmuszać pracowników najemnych do nieodpłatnej pracy za pomocą wymuszanych na nich długów. W ciągu ostatnich kilku lat rządowe inspekcje natrafiły na zadłużonych Brazylijczyków uwięzionych w wypalarniach węgla drzewnego w stanie Goiás. I Haitańczyków, którzy zginęli podczas robót budowlanych związanych z mistrzostwami świata w 2014 roku. A także imigrantów z Boliwii, wyzyskiwanych w zakładach pracy w centrum São Paulo.
Miasteczko zbudowane przez konfederatów zostało wplątane w tę sieć. 22 stycznia 2013 roku brazylijskie ministerstwo pracy zorganizowało prowokację w Americanie, gdzie osiedliło się wielu Confederados. Podczas akcji odkryto, że pod dachem jednego z miejskich budynków grupa boliwijskich imigrantów wytwarza ubranka dla niemowląt pod okiem dwóch nadzorców, także pochodzących z ich rodzimego kraju. Prokuratorzy wkroczyli do fabryki i w trakcie postępowania stwierdzili, że warunki tam panujące były wystarczająco karygodne, by uznać całe przedsięwzięcie za kazus zmuszania do pracy niewolniczej.
W trakcie festiwalu w Americanie zaczepiłam wielu miejscowych. Żaden z nich nie słyszał o niewolnictwie, które kwitło w ich miasteczku.
Prawie wszyscy przyszli na festa przebrani za Amerykanów – w dżinsach i wysokich butach, T-shirtach z wizerunkiem Johnny’ego Casha czy w ciuchach moro. Uczestnicy imprezy targowali się głośno przy stoisku z południowymi suwenirami. Wśród nich dało się znaleźć fartuchy, narzuty, pamiątkowe szklanki, a nawet używany egzemplarz autobiografii Malcolma X. Przez megafon zwoływano tłumek, zachęcając gości, by przestawili swoje krzesła bliżej głównej sceny. Ta była zaś ogromnym blokiem betonu, na którym wymalowano flagę, a u góry opatrzono napisem XXVI Festa Confederada.
Burmistrz pobliskiego miasta Santa Bárbara d’Oeste przyglądał się swoim zebranym naokoło wyborcom. Powitał też goszczących na festiwalu przedstawicieli państwowych. – Pierwszy raz dostępuję zaszczytu uczestniczenia w tym święcie jako burmistrz – rozpromieniał, podchodząc do mikrofonu. W tej samej chwili potomkowie konfederatów w uszytych w domu krynolinach i szarych uniformach wciągnęli flagi na szczyty wysokich, cienkich masztów. – Ale byłem tu już wiele razy jako widz, jako fan – dorzucił burmistrz. Sztandary stanu São Paulo, Brazylii, Teksasu, Stanów Zjednoczonych i Konfederacji powiewały leniwie na lekkim wietrze. – Imigranci z Ameryki Północnej pomogli nam zbudować nasz region. Pomogli zbudować Santa Bárbara d’Oeste. Pomogli zbudować miasto Americana – podkreśliła głowa miasta. – To właśnie dzisiaj świętujemy.
Tysiącom mieszkańców Teksasu, Alabamy czy Georgii, którzy po wojnie popłynęli na Kubę, do Meksyku lub Brazylii, w większości nie powiodło się w dalszym życiu. Stworzyli zamknięte społeczności w miastach albo pozakładali skazane na niepowodzenia plantacje na działkach w lasach deszczowych. Do 1918 roku ich populacja zmalała na tyle, że uznano za zasadne badania etnograficzne nad tą grupą. American Geographical Society wysłało w teren badaczy, by zapoznali się z ich życiem i zwyczajami.
Jednak w przypadku Americany konfederaccy osadnicy nie podzielili losu swoich pobratymców. Ich przywódcą był pułkownik pochodzący z Alabamy. Pod jego rządami osadnicy wprowadzili na ten teren uprawę bawełny i miasteczko szybko stało się małym imperium przemysłu tekstylnego. Przez wiele następnych pokoleń potomkowie tych banitów mówili po angielsku, zaciągając specyficznym akcentem. Dziś główną atrakcją tego miasteczka, liczącego 200 tysięcy mieszkańców, jest największa arena rodeo w stylu kowbojskim w Ameryce Łacińskiej. Festa też jest dla miejscowych ogromnym powodem do dumy.
Mężczyźni ubrani jak żołnierze odegrali hymn Brazylii, by zebrani mogli go odśpiewać. Jeden z nich zagrał nawet na swojej trąbce melodię taps1, lekko przy tym fałszując. W Stanach tego typu festiwale kończą się zwykle rekonstrukcją jakiejś bitwy. Confederados preferują jednak łagodniejsze atrakcje – głównie pokazy taneczne, których gwiazdą jest długobrody lokalny celebryta, znany jako Johnny Voxx. Miał na sobie czarny kapelusz, okulary przeciwsłoneczne, obszyte skórą czarne dżinsy i czarne kowbojki, przez co wyglądał jak bohater jakiegoś spaghetti westernu.
Wręczając mi swoją wizytówkę, Voxx wyjaśnił, że zanim zgodził się występować na tym festiwalu, wygooglował sobie trochę informacji. – Chciałem się trochę poduczyć. Głównie dlatego, żeby wiedzieć, czy ludzie stąd nie są przypadkiem rasistami – powiedział. – Ale, jak to oni mówią: dziedzictwo, nie nienawiść. Nie pojawiłbym się tu, gdyby impreza wiązała się z celebrowaniem rasizmu – zapewnił. Mówienie po angielsku nie przychodziło mu łatwo. Tę odrobinę języka, którą poznał, podchwycił z muzyki i z seansów Bonanzy. Zastanawiałam się więc, jak może się prezentować muzyka country w jego wykonaniu. Lecz kiedy z jego gardła wydobyły się pierwsze wersy Cotton Fields, tłum od razu zaczął mu wtórować. Jego intonacja nie budziła absolutnie żadnych zastrzeżeń – koleś brzmiał jak Hank Williams.
Nie mogłam się powstrzymać od ciągłego przywoływania tematu historycznych sprzeczności – w rozmowach z Voxxem, z mieszkającymi tu potomkami konfederatów, z grupą mężczyzn, którzy stworzyli tu organizujący cotygodniowe pokazy klub filmów country-western. Wydawało się jednak, że nikt nie czuje się z tym tak niekomfortowo, jak ja. – Jeżeli chodzi o uprzedzenia, w porównaniu do innych ludzi jest ich w nas mało – stwierdził Pedro Artur Caseiro, członek klubu filmowego. Zapytałam go, co mu się tak podoba w westernach. Uśmiechnął się z rozmarzeniem. Wyprężył tors obwieszony starannie wypielęgnowanymi wojskowym odznaczeniami, położył rękę na swoim drewnianym mieczu. – Dobro zawsze wygrywa w nich ze złem – odparł. – W dzisiejszych czasach tego brakuje, można mieć wrażenie, że ludzie już nie wierzą w dobroć.
Prawdziwi południowcy – entuzjaści dziejów Konfederacji – też odbywają pielgrzymki na ten festiwal. Philip Logan, który przechadzał się dostojnie po festiwalu w swoim mundurze, to wysoki i tęgi uczestnik rekonstrukcji bitew wojny secesyjnej z Centreville w stanie Virginia. Zaszedł na cmentarzyk i przyglądał się uważnie nagrobkom. Ferguson, Cullen, Pyles. Urodzony w Teksasie. Zmarły w Brazylii.
Logan, któremu towarzyszyła dziewczyna – Brazylijka w czepku i z parasolką, którą poznał wcześniej w sieci – wypuścił głośno powietrze z płuc. – To jest prawie idealne – oświadczył. – Czegoś takiego właśnie pragniemy. Nie łączę mojej pasji z żadnymi politycznymi sprawami. Lubię czarnoskóre osoby – dodał. Jako aktywny członek stowarzyszenia Sons of Confederate Veterans (Synowie Weteranów Konfederackich) musiał się wielokrotnie mierzyć z działaniami, które postrzega jako wykorzystywanie i nadużywanie jego dziedzictwa. – Istnieje tyle długotrwałych uraz – wyznał. – Tutaj jest tak, że jak ktoś widzi flagę Konfederacji, to nie przejmuje się tym za bardzo. Mógłby tu machać flagą Rosji i też nikt by się nie przejął.
Przy wejściu na teren festa stało dwóch muskularnych ochroniarzy. Przeszukiwali oni wchodzących na imprezę, sprawdzając im ramiona i szyje. Rzucali okiem na cztery kserówki artykułu po portugalsku, który przybliżał czytelnikom 42 typowe dla białych suprematystów symbole: literki SS, Żelazny Krzyż, swastykę, oznaczenia Ku-Klux-Klanu. Poinstruowano ich, by wydalali z uroczystości każdego, kto miałby wytatuowane podobne symbole. W poprzednich latach tacy ludzie powodowali pewne problemy.
Kiedy powoli brano się za zwijanie miasteczka festiwalowego, a uczestnicy imprezy zaczęli wracać na pola, gdzie zaparkowali samochody, zapytałam Érico Padilhę – miejscowego nieszczycącego się konfederackim rodowodem – co sądzi o związkach Konfederacji z niewolnictwem. – Z tej przyczyny nie uśmiecha mi się pomysł, żeby celebrować cokolwiek dotyczącego Południa. Właśnie z powodu niewolnictwa. Naprawdę nie podoba mi się takie coś – odpowiedział. – Ale w tej uroczystości nie chodzi o politykę, jak sądzę. Raczej o kulturę.
Confederados przenieśli się do Brazylii z wielu różnych przyczyn – ich potomkowie wciąż sprzeczają się o to, dlaczego ich przodkowie podjęli taką decyzję. W tamtych czasach Brazylia starała się już od lat dorównać poziomowi rozwoju agrokulturalnego Ameryki Północnej i Europy. Cesarz Piotr II dostrzegł w tych niezadowolonych mieszkańcach Południa świetną okazję, by sprowadzić do swojego kraju odrobinę amerykańskiego dobrobytu. Stworzył sieć agencji informacyjnych w południowych stanach USA. Oferowały one dofinansowany przez władcę Brazylii przejazd do tego państwa każdemu Amerykaninowi, który zdecydowałby się na emigrację. W gazetach niemal codziennie pojawiały się ogłoszenia o udostępnionych południowcom czarterowych statkach. A obok nich liczne artykuły wyśmiewające ten wielki plan. Konfederaci ulegali masowo pokusie podsuwanej im oferty, umożliwiającej im kupno po niskich kosztach ziemi, na której mogliby stworzyć nowe plantacje. Tak narodziła się fantazja o tym, że uda im się odbudować model gospodarki, którego upadek obserwowali na własne oczy w Stanach. Byłoby to możliwe, ponieważ w Brazylii mogliby nadal trzymać niewolników.
Mimo że w Brazylii zakazano handlu niewolnikami w połowie XIX wieku, władze państwa ociągały się w kwestii całkowitego zdelegalizowania niewolnictwa. Bez tego typu siły roboczej południowcy nie mogliby produkować bawełny na konkurencyjnych rynkowo warunkach. Wiedzieli o tym zarówno konfederaci, jak i Piotr II. Nawet jeszcze przed wojną secesyjną na Południu organizowano konferencje, podczas których rozważano pomysł przeniesienia systemu produkcji opartego na niewolnictwie właśnie do Brazylii. Kiedy ruszyła fala emigracji, prominentni oficerowie Konfederacji starali się jak najszybciej kupić sobie w pełni gotowe do użytku fazendas, obsadzone już niewolnikami. Bawełna i tytoń nie rosły zbyt dobrze na brazylijskiej glebie. Ale inne, sprawdzone rodzaje upraw, jak choćby kawy, pomarańczy czy trzciny cukrowej, przyjęły się bez problemów na nowej ziemi.
Relacje panujące między rasami w Brazylii zszokowały wrażliwych na tym punkcie konfederatów. Na tyle, by część emigrantów wróciła z tego powodu do ojczyzny. „Czarni, o których mówi tu się, że pewnego dnia będą się cieszyć równością z białymi, piastują już najwyższe i najbardziej honorowe stanowiska społeczne” – pisał jeden z poszukiwaczy biznesowych okazji na łamach gazety „Galveston Tri-Weekly News”, po odbyciu podróży do Brazylii w celu znalezienia w tym kraju odpowiednich posesji ziemskich. „Mimo że biały boi się, że będzie musiał kiedyś wrzucać z czarnymi głosy do tej samej urny, szybko przekona się, że czarny nie tylko może tutaj głosować, ale i stanowi prawa – prawa, którym podlegają biali przybywający do tego kraju” – dziwił się.
„Tak ogromne i wokalne było ich zniesmaczenie zastanym układem społecznym – opisał tamtą sytuację jeden z potomków konfederackich emigrantów, Eugene Harter, w swojej książce „The Lost Colony of the Confederacy” (Zagubiona kolonia Konfederacji) – że w 1888 roku, gdy u progu brazylijskiej abolicji zamordowano senatora sprzeciwiającego się niewolnictwu, podejrzenie padło najpierw właśnie na Confederados”. Jednak opinia publiczna była zupełnie innego zdania niż emigranci z Południa. Wedle powszechnie znanej wizji tego dnia, kiedy księżniczka Izabela składała podpis na ustawie, wpisując abolicję w prawo Brazylii, przed jej pałacem zebrał się ogromny tłum, aby świętować to wydarzenie. Stało się to ponad dwie dekady po zakończeniu wojny secesyjnej.
– W Brazylii nigdy nie mieliśmy wojny o niewolnictwo – powiedział mi João Leopoldo Padoveze, Confederado, którego przodkowie byli niegdyś niewolnikami. Jak wiele innych osób zapewniał, że abolicja niewolnictwa w Brazylii przebiegła pokojowo, bo w tym państwie nigdy nie zaistniał problem rasizmu. Koncepcja, iż Brazylia jest „demokracją rasową”, przez wieki kształtowała kulturową tożsamość mieszkańców tego kraju i była ich najwyższą dumą. Brazylijski socjolog Gilberto Freyre ukuł ten termin po tym, gdy jako student uczący się na Południu w epoce praw Jima Crowa stał się świadkiem zlinczowania czarnego mężczyzny. Przerażony naukowiec wrócił do swojej ojczyzny pełen nowo odkrytego podziwu dla niej – państwa, gdzie grupy etniczne mogły się mieszać się z sobą bez żadnych ograniczeń, co dowodziło według niego, że w Brazylii nie istnieje rasizm.
Mimo że Brazylia wykreśliła rasizm z kart swych dziejów, niewolnictwo nadal miało się dobrze. Właściciele ziemscy – w tym Confederados posiadający własne fazendas – w miejsce niewolników zatrudniali robotników najemnych. A potem ta kategoria, którą tworzyli ubodzy pracownicy rolni, została zastąpiona innym rodzajem siły roboczej. W jej skład wchodzą dziesiątki tysięcy niewolników, często imigrantów, którzy żyją dziś na terenie Brazylii.
Dopiero w latach 70. XX wieku aktywiści z regionów wiejskich zaczęli tworzyć centra pomocy dla robotników przymusowych, którzy uciekli swoim ciemiężcom, oraz kolekcjonować ich opowieści, by podjąć próbę wyeliminowania tego typu praktyk. Przedstawili swoje odkrycia – dowody na istnienie tysięcy brazylijskich robotników, których wykorzystywanie i przetrzymywanie w niewoli było systematycznie tolerowane przez państwo – Międzynarodowej Organizacji Pracy. A ta orzekła w 1995 roku, że Brazylia dopuszcza się rażącego nieprzestrzegania własnej konstytucji.
Wstyd związany z tymi wydarzeniami doprowadził do tego, że latem tego roku prezydent Fernando Cardoso wygłosił specjalne przemówienie radiowe, dziś postrzegane już jako historyczne. „W 1888 roku księżniczka Izabela podpisała słynne Złote Prawo, które powinno położyć kres zjawisku pracy niewolniczej w naszym kraju – oznajmił. – Użyłem słowa »powinno«, gdyż, niestety, tak się nie stało”. Brazylia powołała grupę specjalną, która miała szukać przypadków niewolnictwa we wszystkich gałęziach przemysłu i karać ludzi za nie odpowiedzialnych. Przez dwie następne dekady rząd pociągnął do odpowiedzialności wiele międzynarodowych korporacji, takich jak Zara. I doprowadził do uwolnienia 47 tysięcy pracowników o statusie mieszczącym się w obrębie prawnej definicji niewolnika.
Brazylijskie „tajne operacje inspekcyjne”, jak nazwano je w jednej z broszur Międzynarodowej Organizacji Pracy, są jednymi z najbardziej rygorystycznych na całym świecie. Państwo to publicznie przyjęło do wiadomości nadużycia związane z prawem pracy i poświęciło się odwróceniu tej sytuacji na skalę, która rzadko zdarza się w takich przypadkach. Na przykład w czerwcu 2014 roku aktywistom udało się wygrać piętnastoletnią batalię polityczną, co doprowadziło do uchwalenia poprawki do konstytucji pozwalającej państwu wywłaszczać biznesmenów i farmerów, którym udowodniono korzystanie z pracy niewolników – jest to kara, która w USA i większości innych krajów Zachodu byłaby nie do pomyślenia.

Beatrice Stopa, potomkini Confederados i reporterka brazylijskiego „Glamour”
W ponurym biurze w Campinas inspektor pracy João Baptista Amancio przesunął ku mnie po stole kupkę papierów dotyczących niewolnictwa w Americanie. Prowokacja zakończyła się ogromnym sukcesem – a takie zdarzają się dość rzadko. Biuro Amancio prześledziło koneksje ludzi zamieszanych w sprawę aż do samego szczytu łańcucha zaopatrzeniowego. Dzięki temu ukarało Lojas Americanas, znaną ogólnokrajową markę handlującą produkowaną przez pracowników przymusowych odzieżą, grzywnami na łączną kwotę 95 tysięcy dolarów. Mimo że brazylijskie operacje wymierzone w niewolnictwo są jednymi z najskuteczniejszych na świecie, udane zamknięcie postępowania przeciwko winnym tego procederu jest zwykle powolnym i żmudnym przedsięwzięciem. Trzeba wykazać, że warunki, w jakich pracowały ofiary, były naprawdę skandaliczne.
Żaden z pracowników nie posiadał klucza do fabryki. Drzwi zamykały się tylko od środka. Brazylijskie władze uznały to za dowód na to, że robotników uwięziono w tym budynku.
Amancio, obdarzony łagodnym głosem biurokrata w reebokach i spodniach khaki, poprowadził nalot na fabrykę wspólnie z innym inspektorem, czterema oficerami policji federalnej, prokuratorem i sędzią. Akcja była kontynuacją dochodzenia z 2011 roku. Odkryli wtedy, że sześciu niezarejestrowanych boliwijskich emigrantów wyrabiało ubrania w umiejscowionej w prywatnym domu fabryce. Na mocy głosowania zdecydowali się jednak nie potraktować ich pracy jako przypadku niewolnictwa. Tym razem chcieli się tylko upewnić, że nielegalny interes pozostał na dobre zamknięty.
Trafili jednak na piątkę obywateli Boliwii, którzy wyrabiali ubranka dla dzieci w sypiącej się szopie o popękanych ścianach, uszkodzonej działaniem wody. Jej zapadający się sufit pokrywała pleśń. Cztery młode dziewczyny dzieliły brudną betonową celę. Spały na niedbale skleconych kojach. Ich ubrania leżały rozrzucone na łóżkach i na podłodze. W pomieszczeniu nie miały właściwie niczego, co można by uznać za mebel. Nie mogły też zamknąć drzwi do celi. Amancio powiedział mi, że kobiety pracowały dwanaście godzin dziennie, sześć dni w tygodniu, zszywając materiały na popsutych maszynach do szycia. Płacono im, ale nieregularnie i tylko w oparciu o to, ile ubrań udało im się wyprodukować.
Dwie z pracownic uciekły, gdy do fabryki wkroczyli przedstawiciele ministerstwa pracy. Biuro Amancio nigdy ich nie odnalazło – on sam podejrzewa, że uciekły do São Paulo. – Robotnicy przymusowi często zbiegają w takich okolicznościach – twierdzi. Nadzorcy takich fabryk z łatwością przetrzymują tych ludzi uwięzionych w tak opłakanych warunkach, bo wmawiają im, że brazylijskie władze deportują ich za nielegalną pracę w tym kraju. A przecież Brazylia zgadza się na przyjmowanie pracowników imigrantów z Boliwii w ramach umowy o wolnym handlu między oboma państwami.
– Boją się, że dopadną ich władze – wyjaśnił mi Amancio. – To trzyma ich przy oprawcach. Ufają tylko swojemu pracodawcy. Kolesiowi, który ich wyzyskuje. A on żeruje na tym strachu – mówi. Każda z trzech osób, które pozostały w fabryce w Americanie, podała swojego nadzorcę, Gabriela Miffię Alanesa, jako kontakt, do którego może się zgłaszać w razie wyjątkowych przypadków ministerstwo.
Robotnicy właściwie się nie odzywali. Siedzieli zgarbieni nad swoimi maszynami do szycia, z gołymi stopami, patrzyli na ziemię i unikali wszelkich pytań. Ludzie z ministerstwa zdali się więc na swój osąd i zaczęli szukać subtelniejszych dowodów na to, jaki charakter miała działalność fabryki. Pracownicy spoglądali na Alanesa, czekając, czy nie da im jakiegoś znaku. Jak określili to obecni tam przedstawiciele ministerstwa, traktowali go z „nabożnym przerażeniem”. Tym, co doprowadziło do rozwiązania sprawy, okazały się jednak drzwi. Gdy władze poprosiły robotników, by pokazali im klucze, których używają przy wychodzeniu z fabryki i wracaniu do niej. Nikt nie był w stanie zaprezentować żadnych. Drzwi zamykały się tylko od środka. To według ministerstwa stanowiło dowód, że Alanes przetrzymywał swoich pracowników uwięzionych bez możliwości opuszczenia budynku

Wzgórza niedaleko Americany
Sprawa niewolnictwa w Americanie to właściwie typowy dla Brazylii przypadek. Jej szczegóły pokrywały się z historią innego imigranta z Boliwii, z którym spotkałam się pewnej nocy przed restauracją nieopodal dzielnicy zwanej Cracolândia2, trapionego narkotykową plagą rejonu São Paulo. Edwin Quenta Santos kelnerował w tym lokalu – była to jego pierwsza prawdziwa praca, odkąd uciekł z fabryki swojego brutalnego kuzyna w mieście Guarulhos, położonym niedaleko portu lotniczego São Paulo. Mieszkał obok restauracji, w zaszczurzonej, betonowej przebieralni bez okien. Spał tam w plastikowym łóżeczku dla dzieci w kształcie samochodu wyścigowego. Nadal nie zatrudniano go legalnie i zarabiał tylko płacę minimalną, mimo że niemal co dzień pracował jeszcze parę godzin po przewidywanym końcu swojej zmiany. – Możemy uznać, że to wciąż jest trochę jakby niewolnictwo – powiedział mi, śmiejąc się.
Edwin stwierdził, że jego historia to świadectwo – nigdy nie zeznawał na policji, nigdy nie powiedział swoim dzieciom i żonie, przez co musiał przejść. Starał się ruszyć dalej ze swoim życiem i próbował zapomnieć o wydarzeniach z przeszłości, ale doszła go plotka, że Severo Oyardo Santos, jego kuzyn, znów prowadzi szwalnię. Chciał, żeby ludzie w jego ojczyźnie wiedzieli, czym dokładnie para się Severo.
W 2009 roku Severo odwiedził Edwina w Boliwii, w mieście La Paz. Severo mieszkał w São Paulo już od dziesięciu lat. Edwina zszokowało to, jak dobrze powodzi się jego kuzynowi. Santos przechwalał się, że jest właścicielem fabryki, ta działalność się rozrasta, więc poszukuje nowych pomocników. Powiedział Edwinowi, że jeśli ten przeniesie się do Brazylii, będzie mógł zarabiać trzy razy tyle, ile w Boliwii. Edwin przyznał, że pożyczył od Severa około 500 reali (190 dolarów) na bilet samolotowy i dodatkowe 500, żeby zaspokoić potrzeby rodziny, dopóki nie będzie im mógł wysłać pierwszego czeku.
– Pomyślałem, że skoro pożycza mi ot tak 500 reali, to na miejscu, w Brazylii, wszystko będzie OK – wyznał mi Edwin.
Kiedy Edwin przyleciał do São Paulo i czekał z walizką na swojego kuzyna, otoczyli go opłacani dostawcy pracowników, których nazywa się tam gatos. Polują oni na Boliwijczyków, którzy przyjeżdżają do Brazylii, nie mając w tym kraju żadnych kontaktów. Oferują im pracę w nielegalnych fabrykach odzieży, ukrywanych na zapleczach firm lub w prywatnych domach. Ten rodzaj pracy przymusowej – będącej w odróżnieniu od otwartego torturowania robotników na farmach rozproszonym wyzyskiem na małą skalę – przeżywa w Brazylii prawdziwy boom. Ostatni rok był pierwszym w historii, w którym statystyki wykazały ujawnianie takich ośrodków niewolnictwa częściej w mieście niż na wsi. – Przekonywali mnie, że zapłacą za mnie za hotel, że mają stanowiska dla nowych pracowników. Bezustannie mnie nagabywali – relacjonował mi Edwin. – A potem zjawił się mój kuzyn.
Severo zawiózł Edwina na teren swojej usytuowanej blisko lotniska fabryki. Tam przedstawił go mnie więcej 20 członkom dalszej rodziny, którzy już u niego pracowali. W ciasnej kuchni zorganizowali nawet małe przyjęcie powitalne. Betonowy dom liczył sobie trzy piętra i nie miał drzwi frontowych – tylko zadaszony parking z bramą zamykaną na kłódkę. Severo chował pasujące do niej klucze. Swój samochód parkował na ulicy, bo pod wiatą trzymał psy obronne. Jeśli Edwin miał ochotę opuścić fabrykę, to poza jednym wychodnym na tydzień, które dostawał od kuzyna, musiał przeskakiwać płot na tyłach posesji i pilnować się, żeby wrócić, zanim zdążą zauważyć jego nieobecność. Wiedział, jakiego rodzaju kary jest zdolny zafundować mu jego kuzyn. Dobrze pamiętał, jak Severo bił kiedyś przy nim swoje dzieci. – Jest większy ode mnie – nadmienił.
Praca w fabryce odbywała się wedle rygorystycznie przestrzeganego rozkładu dnia. Robotnicy wstawali o piątej i produkowali odzież aż do północy. Czasem jedyną przerwą, na jaką im pozwalano, był piętnastominutowy obiad. Pili wodę ze studni porośniętej algami. Spali w szóstkę w pokoju na najwyższym piętrze budynku – lub w sali, w której pracowali, nocą odsuwając maszyny do szycia na bok i upychając między nie wąskie materace. Edwin nie wiedział, jak robi się ubrania. Zajął się więc gotowaniem i sprzątaniem, podczas gdy reszta jego rodziny szyła.
Edwin utrzymywał, że kiedy pytał kuzyna o pieniądze, ten krzyczał, że to on jest mu je winny. O pensji zaczął z nim rozmawiać dopiero wtedy, gdy Edwin odpracował większość swojego długu za pożyczkę i bilet na samolot. Severo unikał tego tematu i kłamał członkom rodziny, którzy chcieli się rozliczyć. Odmawiał wypłacania im pełnych pensji. W trakcie pobytu Edwina w fabryce tylko jednemu pracownikowi udało się zmusić Severa do tego, by wypłacił mu należną kwotę. Był to kuzyn, który miał dokumenty pozwalające na legalną pracę. Groził, że jeśli nie dostanie pensji i nie zostanie wypuszczony, to doniesie na swojego szefa policji federalnej.
Nauka szycia szła Edwinowi opornie. Szarpał się ze swoją maszyną, niszcząc przy tym mnóstwo materiału. To, co jego krewni byli w stanie wyprodukować w cztery dni, on wykonywał miesiąc. Biznesmen, który miał umowę z Severem, pojawiał się w fabryce i domagał się, by robotnicy pracowali szybciej. – Jak mój kuzyn mówił mu, że nie da rady, on odpowiadał: „To już twój problem, masz mi dostarczyć towar na jutro” – powiedział mi Edwin. Po takiej wizycie robotnicy zwykle nie przesypiali nocy.
Rodzina Edwina, która pozostała w Boliwii, błagała go, żeby wysłał im pieniądze. W końcu przeprowadzili się do taniego, wynajmowanego domu, a jego żona musiała wypisać dzieci z prywatnej szkoły. Edwin kłamał, kiedy syn i córka pytali go, jak się miewa. Czuł się zbyt zawstydzony, by przyznać, w jakie tarapaty popadł. – Wyobraź sobie, jak to jest. Wyjechałem z Boliwii z wielkim planem, jak zmienić mizerne warunki życia mojej rodziny – wyjaśnił mi Edwin. – Wyobraź sobie, jakby zareagowały dzieci, jeśli poznałyby prawdę. Albo żona. Moi rodzice. Dlatego się powstrzymywałem. Czułem się zupełnie bezsilny.
W końcu to, że Severo nie zamierza nikomu uczciwie płacić, stało się oczywiste. Robotnicy zaczęli powoli odmawiać pracy. Kuzyn czy bratanek przychodził do Severa i oświadczał mu, że chce odejść. Szef kazał mu więc pakować walizki. Wywoził go swoim autem i wyrzucał bez grosza przy duszy na przystanku autobusowym w Guarulhos. Edwin nie wiedział, gdzie się potem podziali ci nieszczęśnicy. On jednak czekał. Wciąż był zadłużony, a w Brazylii nie miał żadnych innych znajomości. Praca w fabryce ustała. W końcu został sam z dziećmi Severa. Pewnego wieczoru znalazł swoje bagaże na podwórzu, spakowane. Trzy następne noce Edwin spędził w szatni boiska piłkarskiego. Kiedy w końcu zdołał się pozbierać, wyruszył do São Paulo w poszukiwaniu zatrudnienia. W końcu dotarł do tej restauracyjki na skraju Cracolândii.
Po mojej rozmowie z Edwinem pojechałam popołudniem następnego dnia pod budynek należący do Severa i odczekałam, aż zatrzyma przed nim swój samochód. Korpulentny mężczyzna z mopsowatą twarzą trzasnął drzwiami auta i podreptał w stronę bramy prowadzącej do zadaszonego parkingu.
– Kto mnie posądza?! – zażądał ode mnie odpowiedzi, kiedy zapytałam, czy prowadził fabrykę. – Muszę to wiedzieć!
W budynku nie było żadnej fabryki, oznajmił. Mieszkają tu tylko jego dzieci, które właśnie wróciły ze szkoły. Gości też kuzyna czy dwóch. Pokazał mi swój dom. Na drugim piętrze mieścił się wyłożony białymi kafelkami pokój, pełen lśniących maszyn do szycia. Stosik filcu wypełniał kosz na śmieci w rogu pomieszczenia. Nikt nie pracował, ale na maszyny nałożono szpule.
– To wszystko kłamstwa wymyślane przez zazdrośników, zwykłych nierobów – powiedział Severo.
Zadałam więc pytanie, na co mu tyle maszyn do szycia, skoro nie prowadzi tu żadnej fabryki. No, w przeszłości była tu jedna, przyznał wreszcie. Ale ją zamknął.
– Wszystkie szwaczki chcą mało pracować, a zarabiać krocie, a tak się nie da, wiesz? – oznajmił. – To lepiej było zwinąć interes.

Budynek w Guarulhos w Brazylii, należący do Severa Oyardo Santosa, w którym Edwin Quenta Santos był przetrzymywany w niewolniczych warunkach
Rankiem po festa Confederados udałam się do miejsca oddalonego o 30 mil od cmentarzyka południowców, pod adres, pod którym według dokumentów ministerstwa znajdowała się szwalnia prowadzona przez Gabriela Miffię Alanesa i Eusebię Villalobos Tarqui, parę Boliwijczyków z Americany przyłapanych na trzymaniu niewolników. GPS zaprowadził mnie na przeoraną przez buldożery posesję, na której zbudowano ze sklejki i stali coś w rodzaju szkieletu domu. W rogu działki zauważyłam lichy dwupiętrowy budynek. Jego żółtawo-brązowe ściany były tego samego koloru co piach wokoło. Podchodząc do mężczyzny w czapce typu bucket hat i roboczych spodniach, zastanawiałam się, czy to właśnie ta chatka służyła za nielegalną fabrykę.
Kiedy spytałam mężczyznę, co robi, spojrzał w moją stronę i zmrużył oczy. Był wyraźnie zmieszany, ale w końcu stwierdził, że pracuje przy budowie banku. Nie słyszał, żeby mieściła się tu jakakolwiek fabryka, ale wiedział, że w domu po drugiej stronie drogi mieszkają obecnie jacyś Boliwijczycy. Nie zdołał nich więcej o nich powiedzieć – kim są, czy pracują – ale według niego wychodzili wyłącznie rano i w nocy. Chodzili z nisko opuszczonymi głowami i nigdy z nikim się nie witali.
Musiałam pukać w pomalowane na rdzawoczerwono drzwi domu dobrych parę minut, by mężczyzna o czarnych włosach i ziemistych policzkach wychylił zza nich głowę. Na ramieniu, wepchniętym w kieszeń szortów, miał wytatuowanego skorpiona. Za jego plecami widziałam ubranka dla dzieci rozwieszone na sznurku przy betonowej ścianie.
Zapytałam go, czy w tym domu była fabryka. – Tak – potwierdził. – Ale jest już zamknięta od dłuższego czasu.
Ministerstwo wkroczyło parę miesięcy temu.
– Nie było żadnych problemów – dodał. – Wszyscy mieli ważne papiery.
Pociągnęłam temat, pytając go, czy słyszał o przypadku niewolnictwa, który odkryto po drugiej stronie ulicy. Zjeżył się bardzo. – To nie było żadne niewolnictwo – wyrzucił z siebie. – Kiedy przyjechałem tu z Boliwii, pracowałem od siódmej do północy. Chciałem tyle pracować. Właściciel interesu nijak mnie do tego nie zmuszał. Gdybym pracował jak Brazylijczyk, od siódmej do piątej, nigdy nie zarobiłbym wystarczająco dużo pieniędzy.
Westchnęłam i wspomniałam o Alanesie, jego boliwijskim sąsiedzie, którego przyłapano w zeszłym roku na zarządzaniu niewolniczym procederem. Czy go przypadkiem nie znał? Mężczyzna wahał się przez chwilę, lecz potem przyznał: – To ja.
Oczywiście! Pod adresem, którego szukałam – tym z akt ministerstwa – znajdował się dom, w którym Alanes mieszkał z rodziną. Teraz stanęłam u progu ich miejsca pracy, fabryki naprzeciwko, gdzie rzekomo przetrzymywali pod zamknięciem robotników. Rok po nalocie ministerstwa na szwalnię Alanesa, podczas którego uwolniono jego pracowników i dzięki któremu połączono tę sprawę z ogólnokrajową siecią z branży odzieżowej, szwalnia nadal stała, a Alanes nadal w niej przebywał.
On sam zniknął zaraz we wnętrzu domu, ale niedługo potem do drzwi podeszła kobieta z włosami spiętymi gumką – Tarqui, jego żona. Przedstawiła mi całą sytuację. Teraz w fabryce pracuje tylko ona z mężem. Robią szorty dla prywatnej szkoły w São Paulo, jednak gdyby pokazała mi logo, straciliby zlecenie, na co nie mogą sobie pozwolić. Dopiero kiedy przyjęłam to do wiadomości, otworzyła mi bramę i pokazała, że mam za nią iść.
Betonowym chodnikiem przeszłyśmy obok domków zbudowanych z pustaków i wkroczyłyśmy do ogromnego pawilonu pod blaszanym dachem, wspieranego od drugiej strony posesji przez słupy ze sklejkowego drewna. Podłoga była usłana tkaninami, plastikową folią i kartonowymi pudłami. Ściany pokryte plamami po wodzie zdobiły dwa wyblakłe plakaty – jeden przedstawiał stary skład Palmeiras, klubu piłkarskiego z São Paulo, drugi La Paz i otaczające je góry sfotografowane z lotu ptaka. Z sufitu zwisały oprawy lamp. Część dachu zapadła się, przez dziurę było widać niebo. Tuzin pożółkłych maszyn do szycia zalegał na składanych stolikach.
Tarqui, która przeszła w róg pawilonu, odwróciła się do mnie. Podniosła parę czerwonych szortów sportowych dla dzieci w wieku szkolnym i założyła ręce na piersi. Powiedziała, że szkoła płaci 90 centavos – około 35 amerykańskich centów – za parę, a ona z mężem są w stanie wyprodukować 2 tysiące na tydzień. W zamian za tę pracę jej dzieci mogą chodzić do prywatnej szkoły. Zarzekała się, że dzieci nigdy nie pracowały (Amancio, inspektor pracy, podejrzewał coś zupełnie odwrotnego).
Czas poznać wersję Tarqui. Wedle jej słów nadzorczynią szwalni została przez przypadek. W 2001 roku przeprowadziła się do Brazylii, na zaproszenie znajomej Boliwijki, która wyszła za Brazylijczyka i potrzebowała niani. Tarqui wsiadła więc do autobusu i przetrzymała dwudniową jazdę do São Paulo. W końcu porzuciła jednak pracę niani, by zatrudnić się w fabryce tekstyliów. Po jakimś czasie otworzyła z mężem własną. Udało im się zdobyć kontrakty, mieli tydzień na wykonanie tysiąca par szortów. Sami nie byli w stanie podołać zleceniu, więc udali się na rynek miasta, by spotkać się z kręcącymi się tam Boliwijczykami i Boliwijkami. Zatrudnili jedną osobę, następną, aż w 2011 roku do ich drzwi zapukali przedstawiciele ministerstwa pracy.
– Wtedy poczułem się trochę zagubiony – wyznał w tym momencie Alanes. – A także zmęczony.
Ministerstwo nakazało HippyChick Moda Infantil – firmie, która sprzedawała Lojas Americanas ubrania zrobione przez Alanesa i Tarqui – wypłacić zarówno pracownikom, jak i właścicielom fabryki odprawę i zadośćuczynienie za straty moralne. Zapłacenie robotnikom zajęło HippyChick około pięciu dni. Po otrzymaniu pieniędzy pracownicy powsiadali do autobusów i opuścili miasteczko na zawsze. Alanes nie miał pojęcia, gdzie mogli się udać. Właśnie nieobecność robotników w szwalni to oczywiste świadectwo skuteczności interwencji Brazylii w Americanie i jej wymierzonych w niewolnictwo operacji. Podwładni Alanesa nie złożyli żadnych zeznań i nie zostawili po sobie ani śladu.
A co z zagadnieniem zamka i klucza? Z początku Alanes zapewniał mnie, że ministerstwo kłamało. Później, w rozmowie telefonicznej, Tarqui przyznała, że rzeczywiście zamykali drzwi, ale starała się mnie przekonać, że robotnicy mieli dostęp do klucza. Mówiła, że już kiedyś ich okradziono i stąd takie postępowanie. W listopadzie zeszłego roku brazylijski sąd federalny wszczął postępowanie karne przeciwko Alanesowi. Oskarżono go o trzymanie pracowników w warunkach podobnych do niewolniczych. Za to przestępstwo grozi do ośmiu lat więzienia.

Gabriel Miffia Alanes nadal prowadzi domową fabrykę odzieży, mimo że w 2013 roku oskarżono go czerpanie korzyści z pracy niewolniczej
Daniel Carr de Muzio, pełniący de facto funkcję genealoga Confederados, otworzył z rozmachem ciężkie drewniane drzwi prowadzące do jego domu na zamkniętym, liczącym sobie dziesięć lat osiedlu zwanym Jardim Buru, leżącym na terenach wiejskich otaczających São Paulo. Na podjeździe stał pikap przyozdobiony flagą Konfederacji. De Muzio dorastał w Brazylii, nurzając się w konfederackim dziedzictwie swojej rodziny. Do dnia śmierci jego babka określała Abrahama Lincolna „tym człowiekiem!”, a jego dziadek wyrzucił wszystkie karty baseballowe z kolekcji Daniela, które przedstawiały czarnych zawodników. Gdy osiągnął dorosły wiek, de Muzio pozostał oddany swoim amerykańskim korzeniom. Zarabia na życie tłumaczeniami z angielskiego na portugalski. Mówi z południowym akcentem.
Kiedy wkroczyłam do domu de Muzio, obniżone pomieszczenie ze zdobnym żyrandolem zaprowadziło nas do sięgających od sufitu do podłogi okien, przez które można było podziwiać ogród pełen eukaliptusów i podzwrotnikowych odmian drzewek cytrynowych. Na kredensie, tuż obok szklanej tacy do serwowania alkoholi, ustawiono trzy miniaturowe flagi: Brazylii, Stanów Zjednoczonych i Konfederacji. De Muzio przechadzał się po domu w szortach bermudach z madrasu i T-shircie. Z ochotą pokazał mi swoją kolekcję pamiątek rodzinnych i związanych ze społecznością Confederados – książki, artykuły i pomarszczone stare fotografie. Poplamiony egzemplarz Facts the Historians Leave Out: A Youth’s Confederate Primer (Fakty pomijane przez historyków: Elementarz młodzieży konfederackiej) leżał obok jego komputera, wraz z opracowaniem pod tytułem Lost White Tribes (Zaginione plemiona białych), w którym przedstawiono sylwetkę samego gospodarza.
Siedząc na tylnym ganku domu w bujanym fotelu i spoglądając na swój porośnięty bujną zielenią ogród, de Muzio próbował mnie wyprowadzić z błędnego przekonania, że Confederados przyjechali do Brazylii, by móc dalej praktykować niewolnictwo. Po wojnie secesyjnej niewolnicy nie mieli się gdzie podziać, zapewniał. Brazylia zdawała się atrakcyjną opcją. – Jestem przekonany, że przybyli tu z własnej woli – oświadczył. – Wiesz, ci ludzie zostali wychowani przez swoich panów. Nie wiedzieli za bardzo, jak radzić sobie na własną rękę. Domyślam się, że bardzo bali się, iż zostaną sami.
Confederados są Brazylijczykami o jasnej skórze z wyższej klasy średniej. Dziedzicami tych paru ludzi Południa, którym udało się podtrzymać tu symulakrum swoich upadających plantacji.
Kiedy zapytałam de Muzio, czy słyszał o współczesnym niewolnictwie w Brazylii, odpowiedział, że tak – o Haitańczykach na budowach, o Boliwijczykach w fabrykach. Zmarszczył brwi, kładąc węgiel drzewny z eukaliptusa na palenisku. – No, ale to nie ma z nami nic a nic wspólnego – odparł szybko.
Dziś Confederados są w większości Brazylijczykami o jasnej skórze z wyższej klasy średniej. Dziedzicami tych paru ludzi Południa, którym udało się podtrzymać tu symulakrum swoich upadających plantacji. Celebrują taki rodzaj mitologii, który sprzeciwia się prawdzie historycznej, a jednocześnie zdają się ślepi na to, co dzieje się w teraźniejszości naokoło nich.
Na festa poznałam Cindy Gião, która przybyła na imprezę w charakterze gościa, a nie jako potomkini Konfederatów. Powiedziała, że o Konfederacji nie wie praktycznie nic. Przybyła tu na zaproszenie przyjaciela jej ojca, Roberta Lee Fergusona. Gião podejrzewała, że w jej żyłach płynie włoska, hiszpańska, portugalska i być może nawet holenderska krew. Nie była jednak w stanie tego dokładnie stwierdzić, podobnie jak znaczna część jej znajomych. Nikt nie wie na pewno, wyjaśniła, „bo wszystko się tak zmieszało”. Właśnie z tego powodu wielu Brazylijczyków zazdrości Confederados – oni utrzymują więź ze swoją przeszłością.
Dla Confederados dziedzictwo Południa to sama niewinność, nie ma powodów do rozliczania się z nim. Ich Konfederacja to zbiorek dźwięków, słów i obrazów. Piosenka Johnny’ego Casha, western, flaga. Białe zgorzknienie południowców rozmyło się w kicz – albo też w ignorancję, w zapomnienie. To dokładnie ten rodzaj zaślepienia, który sprawia, że niewolnictwo w dzisiejszych czasach staje się dla nas niewidzialne.
– My, Brazylijczycy, nie pasjonujemy się za bardzo naszą historią – podzieliła się swoją diagnozą Gião. – Uczymy się jej w szkołach, ale nie organizujemy imprez na cześć tego, czego dokonali nasi przodkowie.
Później odwróciła się w kierunku sceny, by wysłuchać interpretacji piosenki Summertime z opery Porgy and Bess i popatrzeć, jak jakiś mężczyzna wciąga do góry brazylijską flagę, aby zawisła tuż obok konfederackiego sztandaru Stars and Bars.