Byłem funkcjonalnym samobójcą

Anonim

Najpierw będąc dzieckiem, uświadomiłem sobie, że kiedyś się umrę, później oswoiłem się z tą myślą, by następnie zacząć postrzegać śmierć jako jedną z akceptowalnych opcji

Zdjęcie: Flickr/Arallyn!

Wydaję mi się, że morze było pierwszą rzeczą, które nabrało w moim życiu charakteru ostateczności. Miałem chyba z 10 lat, kiedy podczas wakacyjnego wyjazdu z rodzicami prawie się utopiłem. Maszerując dziarsko przed siebie, bezmyślnie oddalając się od brzegu i szukając w sobie pokładów odwagi, nagle straciłem grunt pod stopami i poszedłem na dno. Nadal pamiętam to uczucie bezradności, gdy próbując krzyczeć o pomoc, woda wlewała mi się do gardła, a ja krztusiłem się, walcząc o powietrze. Chwilę później czyjaś silna dłoń chwyciła moje ramię i wyciągnęła mnie na powierzchnię. Miałem szczęście, że akurat jakiś facet przepływał wtedy koło mnie na swoim materacu i zauważył, co się dzieje. Moi rodzice do dzisiaj nie wiedzą, jak mało brakowało, by stracili swojego pierworodnego. Ja natomiast nadal nie potrafię sobie przypomnieć twarzy mężczyzny, który uratował mi życie.

Minęło już kilkanaście lat, ale fakt, że otarłem się wtedy o śmierć, wywarł duży wpływ na moje późniejsze postrzeganie ludzkiej śmiertelności – trochę inne, niż u moich rówieśników. W końcu większość z nas dorasta w przeświadczeniu, że nigdy nie umrze.

Traktujemy swoje życie jak film, gdzie gramy pierwszoplanową rolę. Nie przyjmujemy, że spotka nas cokolwiek złego, bo przecież to my – główni bohaterowie nie giną, główni bohaterowie się nie poddają. Jesteśmy nieśmiertelni, prawda? No właśnie nie zawsze.

Jak podaje serwis wolframalpha.com, rocznie na świecie życie odbiera sobie 20,8 mln ludzi. W 2014 roku w Polsce zabiło się 6165 osób, z czego 5237 to mężczyźni – co wrzuca mnie do grupy podwyższonego ryzyka, jako że ta dysproporcja utrzymuje się od lat.

Przeczytaj, jak Max Payne wyleczył mnie z depresji

Maria Jarosz z Polskiej Akademii Nauk, autorka książki „Samobójstwa. Ucieczka przegranych" tłumaczyła to zjawisko na łamach Newsweeka w kontekście presji społecznej nakładanej na mężczyzn, którzy „nie mogą być bezrobotni, muszą zarabiać więcej, sprawdzać się w seksie i być jednocześnie nowoczesnymi partnerami".

Spotkałem się z Adamem Kłodeckim, psychoterapeutą specjalizującym się w zaburzeniach osobowości, stanach depresyjnych i uzależnieniach, by porozmawiać z nim o podłożach depresji i powodach, przez które ludzie odbierają sobie życie. Najpierw poprosiłem, by odniósł się do policyjnych statystyk samobójstw i tak dużych rozbieżności pomiędzy liczbą śmierci kobiet, a mężczyzn:

Mężczyźni częściej popełniają samobójstwa, a kobiety więcej o tym mówią, wcześniej ostrzegają. Dlatego mężczyźni są bardziej skuteczni w zabijaniu siebie. Wśród tych, którzy odbierają sobie życie, zdecydowanie najwięcej jest osób starszych. To oni częściej przejawiają zaburzenia depresyjne, co wynika z ich lęków egzystencjalnych, gdy pojawia się strach przed śmiercią i rozważania nad sensem życia. Na depresję mogą też wpływać przewlekłe choroby, które sprawiają, że postrzegamy siebie, jak problem dla bliskich i rodziny.

Dr Kłodecki zwrócił przy tym uwagę na nową kategorię samobójców, którzy odbierają sobie życie z powodu biedy: „czegoś takiego wcześniej nie było, ta kategoria zaczęła występować w Polsce ostatnich 10 latach. W tych przypadkach dochodzi do zbiorowych śmierci, gdzie członek rodziny zabija jej pozostałych członków i na końcu siebie, bo nie godzi się na życie w nędzy".

Czynniki wpływające na problemy z nastrojem różnią się od siebie w zależności od wieku danej osoby – w przypadku młodych osób powodem może być m.in. brak akceptacji środowiska rówieśników, co potwierdza, chociażby niedawna śmierć 14-letniego Dominika z Bieżunia.


Zapalanie zniczy przed Ministerstwem Edukacji Narodowej w intencji tragicznie zmarłego Dominika.

Prawdopodobnie ten tekst czytają osoby, które albo były gnębione, albo same gnębiły (plus ewentualnie ta szara strefa, której nikt nie zauważał w klasie) – każde z nas dobrze wie jednak, że dzieciaki potrafią być okrutne. Pamiętam dobrze, jak sam nieraz dostawałem baty po szkole od silniejszych od siebie kolegów, którzy na mojej japie wyładowywali swoje frustracje.

Permanentny wpierdol od świata, który nie chce nas zrozumieć – to świetny fundament pod niską samoocenę smutnego nastolatka. Wystarczy to zmieszać z edukacyjnym koktajlem polskiej martyrologii i umierania za ideały na barykadach, by wyhodować w sobie dystymię – coś w rodzaju kontrolowanej depresji.

„Jest taka grupa ludzi, która żyje z depresją, która nie rujnuje im życia. Coś takiego nazywa się dystymią. To taka nieodzowna smuga zmęczenia, wewnętrzny cień" – tłumaczy mi dr Kłodecki.

Sprawdź samobójstwo według Henry Rollinsa

To w tym momencie naszej rozmowy, w mojej głowie pojawił się obraz funkcjonalnego samobójcy: osoby, która będąc dzieckiem, najpierw uświadamia sobie, że kiedyś umrze, później oswaja się z tą myślą, by następnie zacząć postrzegać śmierć jako jedną z akceptowalnych opcji. Kogoś, kto bazuje na sinusoidalnych skokach emocji: od chwilowej egzaltacji szczęścia po równie nagłe ataki smutku i wycofania, prowadzących do myśli o autodestrukcji. Zobaczyłem siebie. Uznałem, że to najlepszy moment, by spytać mojego rozmówcę o mechanizm takiego działania.

„Możliwe, że jest to pewna forma mierzenia się z tematem śmierci, pozbywania się lęku przed nią i psychiczna gotowość na koniec. Taka osoba najwyraźniej się zabezpiecza – tworząc pewien rodzaj wyjścia awaryjnego, z którego jednak nie korzysta" – dowiedziałem się. Czy to miało mnie uspokoić? Czy poczułem się nieswojo tańcząc ze śmiercią? W jakiś pokręcony sposób zrozumiałem, że pomimo emocjonalnych huśtawek, mój organizm znalazł sposób, by mnie ratować. Poczułem się dobrze w swoim ciele, bezpiecznie.



Nasza rozmowa dobiegła końca. Wtedy przypomniałem sobie wypowiedź bliskiej mi osoby, która kiedyś stwierdziła, że na moim ciele nie ma już chyba części, która w jakiś sposób nie byłaby szyta lub połamana.

Przeczytaj: Moja przyjaciółka i jej tendencje samobójcze

Zacząłem się zastanawiać nad metodologią swoich dotychczasowych zachowań i częstotliwością występowania u mnie kolejnych urazów i złamań. Zrozumiałem, że przez ten cały czas dążyłem do samozniszczenia – rozpieprzałem się w wypadkach, których z łatwością mogłem uniknąć. Byłem funkcjonalnym samobójcą, ale już nie jestem. Teraz już to wiem – teraz wiem, jak o siebie walczyć.

Niezwykle cenne jest, by mieć umiejętność samooceny. Ale żeby móc się oceniać, trzeba tego chcieć. Ludzie jednak często nie mają potrzeby zatrzymania się przed lustrem i zdania sobie pytania: co ja tu robię i czego tak naprawdę potrzebuje. W ten sposób jesteśmy w stanie wyłapać sygnały zbliżającego się zagrożenia. Jest teraz bardzo dużo aktywnych ludzi, którzy zabiegają o swoje zdrowie psychiczne. Uprawiają sporty, chodzą na imprezy, odwiedzają kina i teatry. Sami potrafimy czerpać z tego życia tyle, by dawało nam radość. To, czego trzeba pilnować, to nie tracić szansy na uśmiech.

Te słowa usłyszałem od niego na koniec. I myślę, że w tym szaleństwie jest metoda.

Pierwszy raz zetknąłem się ze śmiercią jako bezradne dziecko, które tonęło w morzu. Dopiero jako dorosły mężczyzna zrozumiałem, że jakaś część mnie nie wyszła wtedy z wody — zanurzyła się w bezkresie otchłani, pikując do egzystencjalnego dna, godząc się z obecnością śmierci. Dopiero teraz, jako dorosły mężczyzna wreszcie wynurzyłem się na powierzchnie i po raz pierwszy w życiu widzę ląd. Już nie tonę, ja płynę. Płyńmy.

Więcej VICE
Kanały VICE