Reklama
Alpha People

​Filip Pągowski

Projektantem na światowym poziomie możesz być, mieszkając w Częstochowie. Nie musisz fizycznie nigdzie być tak naprawdę

tekst Małgosia Piernik, zdjęcia Agata Wrońska
29 Styczeń 2015, 1:56pm


W swojej dotychczasowej karierze współpracował między innymi z New Yorkerem, Comme de Garcones, czy Talk magazine. Jak sam mówi, obecnie nie trzeba już bezpośredniego kontaktu z klientem, by móc dla niego stworzyć gotowy projekt i dotrzeć z nim na drugi koniec świata. Udowadnia tym samym, że oprócz talentu, tak naprawdę potrzeba nieskrępowanej wyobraźni i gotowości do robienia nowych, nietuzinkowych rzeczy. Rozmowa z artystą-grafikiem, Filipem Pągowskim.

Niedawno do Warszawy przeprowadziłeś się z Nowego Jorku. Nie jest tak, że Nowy Jork to raj dla projektantów graficznych?
Wiesz, dzisiaj jest tak, że projektantem na światowym poziomie możesz być, mieszkając w Częstochowie. Nie musisz fizycznie nigdzie być tak naprawdę. Ja robię roboty głównie dla Azji i 3/4 moich klientów na oczy nie widziałem. W przypadku niektórych nawet nie wiem, czy to jest mężczyzna, czy kobieta, bo mają jakieś egzotyczne imię i tylko się porozumiewamy mailem. Oni nie wiedzą, jak ja wyglądam, ja nie wiem, jak oni wyglądają i najważniejsze jest, żeby zrobić robotę. A czy ty jesteś w Nowym Jorku, w Paryżu czy w Pekinie, to jest im wszystko jedno.
Nowy Jork też się bardzo zmienił. Kiedy jeździłem tam w późnych latach siedemdziesiątych i w końcu zamieszkałem na dobre w 1980 roku, był tam kompletny syf, miasto znalazło się na krawędzi bankructwa. Za to było pełno młodych, poszukujących ludzi, generalnie bardzo dużo kreatywnej energii. Teraz jest to całkiem to inne miejsce, bardzo komercyjne i drogie. Przeprowadzka z powrotem do Warszawy stała się dla mnie też skokiem jeśli chodzi o warunki życia. Nawet w latach osiemdziesiątych wielu moich kolegów ze studiów mieszkało w Warszawie, w studwudziesto metrowych mieszkaniach, kiedy ja w Nowym Jorku przez rok mieszkałem w garderobie, w teatrze, a potem w innych też dość prymitywnych warunkach. Nie mówiąc o tym, że z taką profesją jaką mam w życiu nie byłoby mnie stać w Nowym Jorku na utrzymanie domu. Tam ceny mieszkań, które w latach siedemdziesiątych można było wynająć po sto dolarów, wynoszą teraz po trzy tysiące, a ludzie wcale nie zarabiają tak znowu dużo więcej. W Warszawie, ciągle jeszcze, przy podobnej pracy można pozwolić sobie na o wiele lepsze warunki życia.
Inna rzecz, to fakt, że to co w Polsce mogło się wydarzać w grafice użytkowej, jak w plakacie czy ilustracji, niezależnie od problemów społeczno-politycznych w latach 70. czy 80. było wtedy kompletnie niemożliwe na amerykańskim rynku graficznym. Był i ciągle jest szalenie komercyjny, a praca jako trybik np. w wielkiej agencji reklamowej nigdy nie była czymś, co mnie pociągało.

Dużo z twoich klientów pochodzi z branży modowej. Czy projektowanie grafiki dla mody różni się czymś szczególnym od projektowania dla innych mediów niż tkanina?
Wiesz, wszystko ma swoją specyfikę, ale dla mnie nie ma takich wielkich różnic. Czy ty to robisz na papierze, czy na obrazie, czy wirtualnie, to już jest później kwestia tego, jak to zostanie wyprodukowane i przedstawione. Natomiast myślenie wizualne jest podobne jedno do drugiego, bez względu na materiał.

Jak zacząłeś współpracować z Comme de Garcones?
Zgłosiła się do mnie osoba, która z nimi pracowała i robiła dla nich graficzne rzeczy. Pracowałem z nią sześć lat wcześniej, dla Barneys New York, eleganckiego domu towarowego.

Robiłeś dla nich ilustrację mody?
Dla Barneys robiłem małe reklamy, publikowane w codziennych gazetach, w The New York Times i LA Times. Niestety to długo nie trwało, mieli świetną ekipę, bardzo nietypową, ale władze domu towarowego uznały, że powinno to być bardziej komercyjne, bardziej typowe. W pewnym momencie cała ta ekipa odeszła, rozeszliśmy się i straciłem też kontakt z tą osobą. Po sześciu latach, okazało się, że mieszka w Londynie i współpracuje z Comme des Garcons. Dowiedziałem się o tym, bo zadzwoniła kiedyś do mnie, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym i w pewnym momencie zapytała, czy chciałbym pracować dla Comme de Garcons. Ja przez ten czas blisko współpracowałem z magazynem The New Yorker i stworzyłem dość silne portfolio. W tym samym czasie ktoś napisał jakiś mały artykuł o mnie, trzy-cztery strony z reprodukcjami moich prac. Znajoma pokazała to Rei Kawakubo, głównej projektantce i właścicielce firmy Comme de Garcons. Jej się to spodobało i chciała ze mną współpracować. Wiadomo, że się zgodziłem i tak się zaczęło.


Pierwsza praca, którą dla nich zrobiłem, to broszura, która miała mieć koło dziesięciu stron. To była zapowiedź nowej kolekcji, która lada moment miała wejść do sklepów. Prosiłem, żeby pokazali mi tę kolekcję, ale powiedzieli, że nie, nie chcą żebym wiedział, co w niej będzie, tylko robił swoje. Było to trochę dziwne, bo jak miałem zapowiadać kolekcję, nie wiedząc nawet, jak ona wygląda? Ale o to im chodziło. Powiedzieli tylko "rób co chcesz", co było dość trudne, bo zawsze trzeba jakoś trafić w estetykę klienta i mimo, że ci mówią, że możesz zrobić, co chcesz, to na prawdę nie możesz robić, co chcesz.

W efekcie zamiast 10 propozycji zrobiłem ich ponad sześćdziesiąt bo musiałem mieć pewność, że z sześćdziesięciu kilku wybiorą te dziesięć. Ostatecznie Comme de Garcons się podobało, co więcej, inne rozwiązania poza tymi wybranymi z zestawu też im się spodobały i wykorzystali je dalej, między innymi do kilku reklam i potem od razu zapytali, czy nie zrobiłbym im nadruków na ciuchy na główną kolekcję dla kobiet i dla facetów. Pamiętam, tematem był punk, uwspółcześniony na rok 2000. Było bardzo mało czasu, uwzględniając kwestie produkcji, ale wszystko się udało i od tego czasu współpracuję z nimi już 15 lat. Dwa tygodnie temu skończyłem ostatnią robotę dla nich.


Jak współpracowało się Tobie z Michałem Łojewskim? Wasza kolekcja dla UEG to był prawdziwy hit w Internecie, na ulicach zresztą też.
Do tej pory zrobiliśmy już razem dwie czy trzy rzeczy i dalej chcemy razem pracować. Michał chce, żebym nadal wymyślał dla niego druki na ubrania. Bardzo lubię Michała i to, co robi, podoba mi się to, że ma bardzo wyraźną wizję, jest mocno ukierunkowany w tym, co robi. Podziwiam też jego siłę, wytrwałość w walce, żeby się przebić, bo o to nie jest łatwo. Jest przykładem tego, że to, co się robi, nie jest czymś polskim, tylko międzynarodowym. Fakt, że on w Polsce otworzył butik, który był bardzo fajny, ale nieopłacalny, bo na polskim rynku to, co robi, jeszcze nie zagrało, a sprzedaje większość rzeczy zagranicą i to na całym świecie. Znalazł się w kilku świetnych showroom'ach, przez co ma dostęp do wielu z najlepszych sklepów i ilość rzeczy, które sprzedaje poza Polską, wynosi pewnie dziewięćdziesiąt procent. Ma klientów na wszystkich kontynentach.

Dlaczego grafik, bo Michał Łojewski, tak jak ty, jest projektantem graficznym, zaczyna robić modę?
A dlaczego nie? Ostatecznie to wszystko jest w dużej mierze dość wspólne. Chodzi o sprawy wizualne, chodzi o formę, o podejście bardziej lub mniej graficzne. Jest masa projektantów mody, którzy są bardzo graficzni, ale też są projektanci, którzy głębiej wchodzą w detal i bardziej interesuje ich jakaś "barokowa" strona ubrań. Michał jest minimalistyczny, wszystko jest bardzo proste, jeśli chodzi o formę, czarno-białe, używa liter, znaków, które są w wyrazie graficzne. Więc czemu nie. Żyjemy w takich czasach, kiedy taki rodzaj propozycji nabrał innego znaczenia niż dwadzieścia lat temu i innej wartości. Myślę, że to, co on robi, czy to, co chce robić i to co widzi, jako swoją propozycję, jest bardzo na czasie. Wynika to z wielu rzeczy, głównie pewnie jednak z tego, że jest taki jako osoba. Gdyby robił inny rodzaj mody lub miał inną wrażliwość graficzną, będąc równie zdolnym czy twórczym, niekoniecznie musiałby tak dobrze trafiać do odbiorcy jak trafia. Jakoś się zgrał z tymi czasami.

Nie masz wrażenia, że choć estetyka budynków i szyldów nie poprawiła się przez ostatnie dwadzieścia lat, w zakresie tego, jak ubierają się Polacy, zaszła spora zmiana?
Myślę, że nie jest to tyle związane z projektantami, co z odgórnymi sprawami, które blokują pewne rzeczy. Jeśli chcesz mówić o budynkach, zaraz musisz mieć do czynienia z miastem, władzami, z lokatorami, z właścicielem knajpy, który umie gotować, ale nie ma zielonego pojęcia na temat kultury wizualnej. Nagle masz do pokonania pięćdziesiąt barier, z których nawet jak pokonasz czterdzieści dziewięć, to potkniesz się na pięćdziesiątej i wyjdzie, co wyjdzie. Jak robisz ciuchy, czy to są druki na ciuchach, czy same ciuchy, to jest to albo jedna osoba, która sama ze sobą się zmaga, albo mała grupa osób. Więc to jest naturalne, że pewne działy projektowania są logistycznie łatwiejsze. Zanim zaczniesz jakąkolwiek budowę, musisz mieć pokończone odpowiednie szkoły, papiery, pozwolenia, a kiedy robisz modę, nie musisz mieć żadnych pozwoleń. Ubrania to też jest rynek, jest nadzieja, że coś się na tym zarobi. Mam nadzieję, że się zmieni, że z budynkami będzie równie dobrze, albo nawet lepiej niż z ubraniami, bo budynki ostatecznie są ważniejsze niż ciuchy, natomiast niestety, nie wiem, dlaczego, żyjemy w takiej rzeczywistości, w której żyjemy. Bez względu na ciuchy, w które ludzie potrafią się ubierać nieźle, jest jakaś wizualna katastrofa w Polsce. Żeby to się zmieniło, muszą dojrzeć ludzie, którzy podejmują decyzje w zakresie kultury wizualnej, a którzy często nie mają o tym zielonego pojęcia, tylko są na stanowiskach. Masy zmądrzeją na samym końcu. Większość rzeczy jest narzucona odgórnie. Jeśli władze miasta tak, jak w Warszawie, likwidują taki urząd jak architekt miasta stołecznego Warszawy, to jest to jakimś dziwactwem. Jeśli nie ma urbanistów, jeśli rządzą głównie deweloperzy, jeśli ludzie, którzy nie mają żadnego pojęcia o projektowaniu podejmują decyzje chociażby kolorystyczne dotyczące budynków w Warszawie, jeśli wygląda na to, że nie ma kogoś kto poza głównymi parkami zajmowałby się terenami zielonymi Warszawy, to jak nie ma być katastrofy?

Przeczytaj inne wywiady z serii Alpha People