Subtelne spedalenie to jeszcze nie homoseksualizm – mówi Tymon Tymański. I opowiada o miłości do kumpli z zespołu
9 sierpnia odbyła się premiera dokumentu Filipa Dzierżawskiego opowiadającego historię zespołu Miłość. Na pokazie w warszawskim Muranowie po raz pierwszy od lat spotkali się starzy koledzy: Tymon Tymański, Mikołaj Trzaska i Leszek Możdżer.
Videos by VICE
Rozmawiał Krzysztof Zaremba
Obejrzeliście razem „Miłość” i się nie pozabijaliście?
– Nie było powodu. Różnice, o których mówimy w filmie, są nieco rozdmuchane. To zresztą głównie różnice artystyczne. Dotyczyły przeszłości i ważnych dla nas momentów, takich jak kilkumiesięczne rozstanie zespołu z Mikołajem Trzaską oraz ideowych tarć na linii Możdżer-Trzaska. Upłynęło 10 lat, od kiedy ostatni raz graliśmy w tym składzie. Pojawił się Filip, który postanowił wyreżyserować dokument o kapeli. Wysłuchał nas jak terapeuta, potrafił z nas wyciągnąć pewne bolączki. Dobrze, że spotkaliśmy się przed kamerą, bo ten film był dla nas jak ustawienie hellingerowskie. Jasne, że trochę świrujemy przed kamerą, ale są też momenty, kiedy się zapominamy, kiedy pojawiają się istotne wynurzenia. Prawda o przyjaźni, o relacjach męsko-męskich… Coś, co się podoba przede wszystkim paniom, których gęste tłumy dziękują nam po seansie filmowym. Pewnie dlatego, że są mniej zablokowane emocjonalnie… Faceci, dużo mniej liczni, po prostu dziękują za muzykę.
Kiedy szukałem w sieci info o Miłości i premierze filmu, wyskakiwały mi głównie teksty o waszych ciągłych konfliktach, o tym, że tak naprawdę to dziś już się nie możecie znieść.
– To nieprawda, dalej się lubimy! Ale nie jest tak, że wszystko było nakręcane pod publiczkę. Ciekawa jest ewolucja postawy Mikołaja Trzaski, który w filmie prezentuje trzy różne punkty widzenia. Na początku mówi, że nas kocha i że cieszy się z prób. Później zaczyna mieć wątpliwości a propos wspólnego grania, bo przypomina mu się stara jazzowa trauma, a w dodatku jako dyslektyk robi w gacie na widok nut. Na sam koniec konfidencjonalnym tonem pozwala sobie na krytykę twórczości Leszka i mojej. Hola, panie Mikołaju! Było to trochę wyjście poza rolę, ale przyjęliśmy to stoicko, z godnością, bo rozumiemy, że ulało mu się po tych wszystkich latach. Mikołaj ma tendencję do mnożenia emocjonalnych argumentów, choć jeden jest zrozumiały: nie warto drugi raz wchodzić do tej rzeki. Ale zbyt dobrze się znamy, za dużo razem przeżyliśmy, żeby przejmować się takimi rzeczami. Każdy z nas jest po różnych przejściach i pewnie można by było skupić się na różnicach, powyzywać się trochę, ale nie ma to większego sensu. Życie jest na to za krótkie. Lepiej się napić, zagrać koncert, może wejść do studia i pożartować z siebie nawzajem, jak za dawnych czasów. Pewnie jeszcze będzie okazja. Albo i nie – obie opcje mają swoje racje.
W związku z premierą w sieci pojawił się też wątek homoseksualny…
– To raczej rodzaj napięcia homo-erotycznego. Casus przyjaźni w męskiej szatni. Rywalizacja, admiracja i miłość. Nie było to u nas nigdy dosłownie sformułowane. Po prostu przyjaźniliśmy się z Mikołajem bardzo mocno, mieliśmy wspólne partnerki i czasem zdarzały się przekroczenia. Zresztą wiesz, w filmie „Hair” jeden z aktorów wypowiada taką kwestię: „Czy jestem homoseksualistą? Jeśli pytacie o to, czy wyrzuciłbym z łóżka Micka Jaggera, to na pewno nie!”. To było bardziej na tej zasadzie. Kiedy ma się po dwadzieścia kilka lat, pojawiają się wspólne dziewczyny i nowe używki, wszystko to podlane sosem duchowości i new age’u, człowiek pozwala sobie na drobne transgresje. Wielu facetów zataja taką relację bez względu na to, czy dojdzie czy nie dojdzie do aktu ostatecznego, bo to jest bardzo be! My, stare chłopaki z Miłości, nie zrobimy z tego coming outu, bo subtelne spedalenie to jeszcze nie homoseksualizm, ale możemy spokojnie powiedzieć, że kochaliśmy się i kochamy nadal. Choć teraz bardziej na dystans, bo pojawiły się postacie groźnych żon.
A jeśli teraz KPH, czy inne organizacje walczące o prawa osób LGBT zgłoszą się po twoją twarz i pomoc?
– Nigdy nie ukrywałem tego, że jestem biseksualistą. Mam skłonności ku obydwu stronom, tyle że nie praktykuję. Nigdy nie zakochałem się w facecie w sensie miłości do owłosionych łydek, ale rozumiem miłość do kumpla, z którym masz ochotę spędzać cały dzień. To całe gadanie o męskim seksualizmie jest podszyte lękiem i kulturowym zakazem. Gdyby w naszym pseudo-chrześcijańskim społeczeństwie było moralne przyzwolenie na homoseksualne incydenty i związki, trzy czwarte ludzi praktykowałoby biseksualizm. Po prostu żyjemy w obłudnym Babilonie, w którym po pełną wolność obyczajową sięgają tylko najodważniejsi.
Jesteś wszak fanem Gombrowicza…
– …i Jacka Dehnela. I otwartości w związku z seksulną orientacją, ale zarazem werbalnej wstrzemięźliwości. Nie interesuje mnie rozgrzebywanie głębokiej prywaty w pierdolonych „Faktach“, „Superakach“ czy innych Pudelkach. To dla ludzi pustych i głupich.
Nie masz też problemu ze słowem pedał, co bardzo ciekawie wytłumaczyłeś na swoim blogu.
– To tak jak ze słowem „nigger“. Wszystko zależy od osoby i kontekstu, w jakim się to słowo wypowiada. Jeśli używasz go w kontekście homofobicznym i mówisz do faceta „Ty pedale”, jest to oznaka mentalnej słabości, braku argumentów. Jeśli mówisz to żartem – przechodzi. Ja się nie obrażam za „nieudacznika“, „lewaka“ czy amerykańskie określenie „Polack“. Nie żywię niechęci do żadnej grupy społecznej. No, może oprócz scjentologów, ale to inna para kaloszy. Mam wielkie serce, w którym mieści się mnóstwo osób rozmaitej proweniencji. Dlatego nigdy nie wyzwałbym Żyda od „żyda“ czy pedała od „pedała“. Tym bardziej, że mogę wyobrazić sobie samego siebie jako Żyda i pedała. Daję żyć wszystkim i wszystkich kocham.
A wracając do filmu, jak się ma „Polskie gówno”?
– Właśnie trwa ostateczna walka nad postprodukcją filmu, jego udźwiękowieniem, kolorkorekcją oraz ostatecznym kształtem ścieżki dźwiękowej. Niestety ciągle pracujemy w okopach i zasiekach, bo nikt nam nie pomaga. Do końca postprodukcji będę musiał jeszcze wyłożyć z 50 tysięcy, więc jest pewien ból. Poza tym do 10 września musimy uporać się z montażem, bo nasza montażystka Agnieszka Glińska zaczyna pracę z panem Jerzym Skolimowskim. Z pewnością końcówka rozegra się na pograniczu jesieni i zimy tego roku, więc mogę śmiało stwierdzić, że widać już ostatnią prostą.
Rozumiem, że tytuł zostaje?
– Nie inaczej. Myślę, że Gombrowicz by się ucieszył. Andrzej Żuławski zapytał mnie: „Czy to będzie gówno z wykropkowaniem czy bez?”. Odpowiedziałem mu, że bez. A on na to „I tak trzymać. Tutaj trzeba ostro, proszę pana“. Absolutna racja – tu nie ma co się cackać.
Dlaczego?
– Bo Polska jest nieudaczna. Bo tu trzeba ostro jak Piłsudski. Oczywiście zastanawiam się nad tym, czy jakikolwiek inny kraj jest udaczny. Pewnie nie, ale tu właśnie mieszkam i to gówno mnie dotyczy, a nie inne. Tym krajem po ponad dwudziestu latach wolności dalej rządzą chujowe monopole. Dalej nie ma autostrad, PKP wali w chuja i kupuje nieudaczne Pendolino, które będzie jeździło na pół gwizdka. Prawo nie działa – vide rywalizacja dwóch prokuratur w sprawie zabójstwa generała Papały. Oświata i zdrowie publiczne również wymagają poważnych reform, ale w dobie bezpardonowej walki o prawdę smoleńską nikogo to nie obchodzi. Kibole terroryzują spokojnych obywateli, rządzą na stadionach i handlują dragami. Politycy przymykają na to oko, bo przecież to dla nich mięso wyborcze. Wczesnokapitalistyczne państwo wymaga od ciebie natychmiastowych reakcji – rachunki musisz płacić na czas, bo inaczej zabiorą ci mieszkanie, odetną prąd czy połączenie w komórce – ale kiedy ty potrzebujesz pomocy od państwa, musisz chodzić po urzędnikach i walczyć o swoje latami. To wszystko jest mega-wkurwiające. Dopóki człowiek ma 25 lat, ma to gdzieś, bo ma sporo energii i wiary. Ale kiedy zbliża się do 50-tki i ta energia się powoli kończy, zaczyna się wkurwiać. Osobiście nadrabiam miną, lubię otaczać się młodymi ludźmi i wolę robić jaja z pogrzebu niż narzekać. Zamiast się załamywać i tworzyć teorie spiskowe jak pan Macierewicz, wolę to wszystko wyśmiać. Stąd „Polskie Gówno“. „Absurd jest dla mnie jedyną prawdziwą rzeczywistością“, jak mawiał święty Frank Zappa.
A co z karą od KRRiT dla „Rannego kakao”? Zasłużona?
– Zasłużona! Jak najbardziej! To był jej najmniejszy wymiar. 6,5 tysiąca to naprawdę niedużo, sami się zresztą o to prosiliśmy. Nie mam żalu do KRRiT. Nie chciałbym tego radia utopić.
Właśnie. Była duża walka o waszą stację, o muzykę, audycje autorskie.
– Walka dalej trwa. Wiesz, wszystkie działania bardziej ambitne – literatura, kinematografia, muzyka, ambitny kabaret czy offowe radio – to rzeczy głęboko misyjne, w gruncie rzeczy niepotrzebne mainstreamowi. Czasem masz wrażenie, że robisz to dla siebie i garstki wariatów. Z drugiej strony wiesz, że mainstream toczy się w kierunku przepaści. Nie przeżyjesz długo na paryskiej bułeczce i serdelkach. Dlatego, mimo że nasze głosy są głosami wołająch na puszczy, warto to robić. Walczymy o przyszłość społeczeństwa alternatywnego, które będzie samo wybierało. Nie chodzi o to, żeby nie oglądać seriali w telewizji. Chodzi o to, żeby zawsze mieć wybór – zamiast oglądania serialu mieć wewnętrzą siłę, żeby pójść na jogę czy taichi, porobić zdjęcia, napisać bloga czy wyjechać do Jakucji…
…z rodziną. A propos, jak się czuje najmłodszy Tymański?
– Bardzo dobrze. Naszemu małemu Teo stuknął okrągły miesiąc, powoli wyrasta na cudownego, alternatywnego Polaka. Na razie jest warszawiakiem, ale pewnie za kilka miesięcy przewieziemy go do Trójmiasta. W Trójmiejście jest co prawda dość biednie, ale nad wyraz pięknie. Jestem bardzo związany z tym miejscem, uwielbiam mieszkać nad morzem i tak już zostanie. Wiesz, kocham Warszawę miłością dumnego prowincjusza, będę tu przyjeżdżał i pomieszkiwał z wielką przyjemnością. Niemniej nie chcę się tej Warszawie całkowicie oddać, zaprzedać. Choć ona mnie kocha, ubiera, karmi, hołubi, znacznie lepiej się tu czuję jako gość. Może kiedyś sprawię sobie helikopter, wtedy dystans przestanie być problemem.
More
From VICE
-

Screenshot: Data East -

Screenshot: Rockstar Games, Xbox -

Screenshot: Wizards of the Coast -

Photo: Peter Cade / Getty Images