Żeby móc pobierać zasiłek dla bezrobotnych, musiałem wypełnić rubrykę ze wszystkimi stanowiskami, o jakie się ubiegałem. Ale ja nie starałem się o żadną pracę. Napisałem więc „prawnik” i wymyśliłem numer telefonu. Potem napisałem „asystent adwokata” i podałem ten sam numer. Kontynuowałem. „Portier w firmie prawniczej”. Spojrzałem na numer, który wymyśliłem. Wykręciłem go. Telefon dzwonił i dzwonił. Potem odezwała się jakaś kobieta.
– Kto mówi? – zapytała.
Videos by VICE
– Prowadzę badania – powiedziałem. – Jak się pani się czuje, gdy ludzie widzą panią nago?
– Pozowałam nago w akademii sztuk pięknych – powiedziała – więc nie mam z tym problemu.
Powiedziała, że ma na imię Terri i mieszka w Lone Pine ze swoją matką, która ma parkinsona. Chce zajść w ciążę, więc ma o czym myśleć przez cały dzień.
– Jestem Indianką – powiedziała potem. – Czumaszką. A ty?
– Jestem zwyczajnym facetem – odpowiedziałem.
– To dobrze. Lubię zwyczajnych mężczyzn. Wolałabym nie być Indianką. Chciałabym być czarna. Albo być Chinką, kimkolwiek. No cóż, może byś przyjechał tutaj, zobaczylibyśmy, co da się zrobić? Nie interesuje mnie twoja kasa, jeśli o to ci chodzi. Dostaję czeki pocztą.
Zabrzmiało to jak skrzek sępa. Zastanawiałem się przez minutę.
– Jedna rzecz – powiedziałem. – Mam pryszcze. I wysypkę na całym ciele. Moje zęby też nie są w porządku.
– Nie oczekuję zbyt wiele – powiedziała. – Poza tym nie lubię facetów, którzy wyglądają idealnie. Przy nich czuję się jak śmieć, a w dodatku są nudni.
– Brzmi dobrze – powiedziałem.
Umówiliśmy się na kolację następnego dnia. Miałem dobre przeczucia.
To była prawda: miałem krosty. Ale mimo to byłem przystojny. Podobałem się dziewczynom. Rzadko z wzajemnością. Kiedy pytały mnie, co robię dla przyjemności, kłamałem, mówiąc, że pływam skuterem wodnym albo że chodzę do kasyna. Prawda była taka, że nie umiałem się bawić. Spędzałem większość czasu, patrząc w lustro lub chodząc po kawę do sklepu na rogu. Miałem bzika na punkcie kawy. To była właściwie jedyna rzecz, którą piłem. I jeszcze dietetyczny napój imbirowy. Czasami wkładałem sobie palec do gardła. No i zawsze rozdrapywałem krosty. Ślady po nich maskowałem fluidem dla kobiet, który ukradłem w Walgreens. Odcień nazywał się „klasyczna opalenizna”. To były chyba moje jedyne sekrety.
Mój wuj mieszkał w Agoura Hills. Dzwoniłem do niego czasem, z desperacji, ale zawsze chciał rozmawiać o dziewczynach.
– Akurat teraz żadna mi się nie podoba – mówiłem mu przez telefon. Patrzyłem w lustro nad umywalką w łazience, rozdrapując krosty jedną ręką.
– Kobiety są w porządku. Są jak dobry posiłek.
– Nie stać mnie na dobry posiłek – odpowiedziałem. – Poza tym interesuje mnie ilość, nie jakość.
Poradził mi, żebym zapytał, czy może Sears albo TK Maxx potrzebują pracowników, albo Burger King. Może to i była dobra rada, ale nie dla mnie. Wuj nie musiał pracować. Był na rencie, bo utykał. Miał też worek kolostomijny, o który nie dbał tak, jak powinien. Używał dużo odświeżacza powietrza o zapachu brzoskwini, żeby zamaskować smród w domu. Rzadko wychodził z salonu i lubił zamawiać duże meksykańskie obiady albo pizze. Zawsze coś jadł i zaraz potem opróżniał worek kolostomijny.
– Nie czuję się zbyt dobrze – powiedziałem mu. – Jestem zbyt chory, żeby szukać pracy.
– Idź do lekarza – odpowiedział. – Poszukaj jakiegoś w książce telefonicznej. Nie bądź głupi. Musisz dbać o swoje zdrowie.
– Możesz mi pożyczyć trochę pieniędzy? – zapytałem.
– Nie.
Znalazłem taniego lekarza w koreańskim centrum handlowym w Wilshire.
Było tam właściwie pusto poza rzeczami z fałszywego mosiądzu, zmatowiałymi wystawami i pomarańczowymi posadzkami ze sztucznego marmuru. Szklany sufit był cały popękany. Szybował tam gołąb, który potem usiadł na sznurze niezapalonych lampek choinkowych. Ktoś rozłożył gazety na podłodze. Był tam sklep z torbami podróżnymi, miejsce, gdzie można było zrobić sobie zdjęcie, i salon fryzjerski. I to wszystko – wszystkie inne sklepy były zamknięte. Obok mnie cichutko przeszła bezdomna Koreanka w brudnym, pikowanym szlafroku, popychając przed sobą wózek dziecięcy wypełniony śmieciami. Wziąłem długi wdech.
Znalazłem gabinet lekarski w ciemnym korytarzu z nieoznakowanymi pokojami biurowymi. Na drzwiach wisiał pomarańczowy plakat, na którym wymieniono wszystkie usługi, jakie oferował pan doktor. Znalazłem moje objawy: przyrost wagi, łysienie, wysypka. Wszedłem do środka. Przed rejestratorką stała gruba kobieta.
– Ta recepta jest na żółte pigułki, a ja potrzebuję różowych. Percodan – mówiła.
Nie cierpiałem grubych ludzi. Tak samo jak chudych: nienawidziłem tego mechanizmu. Po kilku minutach pielęgniarka powiedziała, żebym poszedł za nią. Przeszliśmy obok nieoprawionego plakatu z podrasowanymi samochodami i drugiego, z kotkami siedzącymi w cylindrze. Pielęgniarka wskazała na mężczyznę we flanelowej koszuli, trzymającego blok z żółtym papierem do pisania. Przypominał emerytowanego wrestlera. Jego oczy skryły się w fałdach skóry, miał wystające pieprzyki, a brwi aż prosiły się, by je wreszcie wyskubać. Powinien się też ogolić. Większość mężczyzn nie ma pojęcia, jak dbać o siebie. Jego opięta koszula rozłaziła się między guzikami, więc wiedziałem, że niczego pod nią nie ma. Na bandziochu miał czarne, szorstkie włosy. Cuchnął jak stare żarcie.
– Jest pan prawdziwym lekarzem? – zapytałem.
Wskazał mi zatłuszczoną kozetkę.
– Więc ma pan jakieś problemy – powiedział, patrząc na formularz.
– Staram się zwymiotować wszystko, co zjem, mimo to wciąż jestem gruby – powiedziałem. – No i ta wysypka – podciągnąłem rękaw.
Lekarz cofnął się o krok.
– Pierze pan swoją pościel?
– Tak – skłamałem. – Co jest ze mną nie tak?
– Nie mnie oceniać – powiedział, kładąc sobie rękę na sercu.

Mimo że byłem przystojny, bałem się, że żadna kobieta nigdy za mnie nie wyjdzie. Miałem małe ręce. To były dziewczęce ręce, tyle że z włoskami. Nikt nie wyjdzie za mężczyznę z takimi rękami. Kiedy wpycham sobie palce do gardła, jest to łatwe. Moje palce są szczupłe, delikatne. Gdy je tam wkładam, to jest jak chłodna bryza. Nie mógłbym tego lepiej wytłumaczyć.
– Wujku – powiedziałem przez telefon. – Mogę zrobić u ciebie pranie?
– Jasne – odparł. – Przyjeżdżaj. Ale weź własny proszek. I dietetyczną colę!
Tak funkcjonował mój wuj. Zatrzymałem się przy supermarkecie Albertsons, żeby kupić proszek i colę. Wziąłem też sernik i ciasto marchewkowe. Użyłem mojej karty EBT z opieki społecznej. Nigdy nie wstydziłem się używać tej cholernej karty. Na stacji obok kupiłem jeszcze dużą kawę i papierosy. Właściwie nie paliłem. Zapalałem papierosa i chodziłem z nim po domu wuja. To zabijało smród.
– Oto i mój zuch – krzyknął wuj, próbując podnieść się z fotela z regulowanym oparciem. Miał dwa takie skórzane fotele w kolorze świerkowej zieleni, stojące trzydzieści centymetrów od olbrzymiego telewizora. Takie same telewizory są w holach hotelowych. To jedyne, co robił: oglądał telewizję, rozmawiał przez telefon albo jadł. Uwielbiał teleturnieje i programy kucharskie. Nie twierdzę, że był idiotą. Był dokładnie taki, jak ja: wszystko, co dobre, sprawiało, że chciał umrzeć. To cecha niektórych bystrych ludzi.
– Cześć – powiedziałem.
Poły jego szlafroka rozsunęły się. Widziałem ten cholerny worek kolostomijny.
– Powiedz mi – rzekł, kiedy wyjmowałem ciasto. – Spotykasz się z kimś?
– Może, ale nie będę zapeszać – odpowiedziałem – Nie chcę o tym rozmawiać.
– Zawsze sprawiasz mi zawód.
Usiedliśmy w fotelach. Jadłem sernik, a wuj – ciasto marchewkowe. Obejrzeliśmy zakończenie filmu pod tytułem Ja cię kocham, a ty śpisz. Potem wuj opróżnił worek kolostomijny, a ja pozbyłem się tego sernika w ubikacji. Nastawiłem pranie. Wypiłem trochę kawy i wróciłem do ubikacji, żeby jeszcze raz zwymiotować. Gdy to zrobiłem, wziąłem maszynkę wuja i zgoliłem włoski z palców. Pokazałem moje ręce wujowi.
– Ktoś powinien mi wymasować stopy takimi rękami, ale nie ty – powiedział.
Usiadłem, wciągnąłem powietrze i zapaliłem papierosa.
– Wciąż źle się czuję – powiedziałem. – I nie mam ani grosza.
– Nie dam ci pieniędzy – odpowiedział. – Ale jeśli skosisz mi trawę, zapłacę ci za twój czas.
– Ile czasu?
– O wartości dwudziestu dolców.
– Rozważę twoją ofertę i dam ci odpowiedź – powiedziałem. Wuj lubił takie oficjalne gadki.
– Czekam z niecierpliwością – odparł. Potem wsunął rękę pod szlafrok i wytarmosił worek. Przewróciłem oczami.
Obejrzeliśmy Prawo i porządek, potem Oprah, a potem Dni naszego życia.
Skosiłem trawę.
Chodziłem już przedtem na randki. Nigdy nic wielkiego się nie wydarzyło. Jedna z dziewczyn była zakonnicą, kiedy była młodsza. Lubiłem ją, ale zawsze mówiła o sobie. To było tak, jakby czekała, aż coś rozbłyśnie na mojej twarzy, ale nigdy się to nie stało.
– Nie jestem bohaterem telewizyjnego show – tłumaczyłem.
– Chcę tylko zobaczyć twoje nagie ciało, wtedy ocenię.
Poszła za mną do toalety. Byliśmy w azjatyckim bistro w Century City. Łazienka była z polerowanego betonu. Światło było zimne i przyćmione. Rozebrała się do połowy. Najpierw zdjęła bluzkę, włożyła ją z powrotem, potem opuściła spódnicę i również podciągnęła ją z powrotem. Spotykaliśmy się od kilku tygodni – tylko ostry petting, nic więcej. W końcu skłamałem, że podłapałem gorączkę kociego pazura, przez kotka sąsiadów, i muszę być sam, potrzebuję czasu, żeby się wykurować. Koniec końców przestała do mnie dzwonić.
Raz tylko poderwałem prostytutkę. Zobaczyłem ją, jak siedziała na krawężniku pod Super 8, niedaleko Małej Armenii. Miała plastikową torbę ze swoimi rzeczami: małą kosmetyczką, parą butów do biegania, dwoma bananami i plastikowym kwiatkiem.
– Jaki ci się wydaję? – zapytałem ją w pokoju motelowym. –
Jaki jest mój zapach?
– Pachniesz jak odświeżacz powietrza – odpowiedziała. – Nie masz zapachu.
– Świetnie – powiedziałem. Zdjąłem koszulę. –Jestem gruby?
Przymrużyła oczy i ściągnęła wargi.
– Nie jesteś ani chudy ani gruby – powiedziała. Sposób, w jaki wskazywała palcem, przypomniał mi mojego dyrektora liceum.
– Mam zapuchniętą twarz?
– Co masz na myśli?
Wyjęła banana ze swojej plastikowej torby i zaczęła obierać go ze skóry.
– Widzisz stamtąd moje krosty? – zapytałem. Siedziała na zmechaconej narzucie. Podszedłem do okna.
– Taak, każdy widzi – powiedziała.
Przesunąłem się do cienia. – A teraz?
– Wciąż widzę. – Zasunąłem żaluzje i spytałem jeszcze raz. Skinęła głową. Usiadłem obok niej i rozłożyłem dłonie na łóżku.
– A co myślisz o nich? – zapytałem.
Nikt nigdy nie dał mi takiej odpowiedzi, jakiej bym sobie życzył. Nikt nigdy nie powiedział: „Och, jakie piękne!”
Następnego dnia byłem w swoim mieszkaniu i wciąż miałem wysypkę. Nic nie mogłem z nią zrobić przed moją wieczorną randką z Terri. Leżałem na łóżku, wyciągnąłem rękę i zbierałem małe okruszki i włosy z podłogi. Bolał mnie brzuch. Od wielu dni się nie wypróżniałem. Wypiłem cztery litry słonej wody i włączyłem radio. Słuchałem jakiegoś hip-hopu. Lubiłem hip-hop, bo pobudzał mój nastrój, nie zaprzątając uwagi. Czterdzieści minut później wypróżniłem się. Jeśli kiedyś napiszę książkę, będzie w niej pełno sztuczek i porad dla mężczyzn. Na przykład, jeśli ma się opuchniętą twarz, trzeba włożyć do ust fusy po kawie. Jak ma się zbyt delikatną szczękę, można zapuścić brodę. A jeśli nie można zapuścić brody, trzeba wybierać kolory jaśniejsze niż odcień skóry. Jeśli czegoś chcecie, a nie możecie tego mieć, to chciejcie czegoś innego. Chciejcie tego, co wam się należy. A prawdopodobnie dostaniecie to. I, nade wszystko, miejcie nad sobą kontrolę. W niektóre dni, aby powstrzymać się od jedzenia, uderzałem głową o ścianę albo waliłem się w brzuch. Czasem się hiperwentylowałem lub dusiłem ręcznikiem. Używałem niezmywalnego markera, żeby rysować kropkowane linie wokół tłustych wypukłości na bokach i na udach. Ćwiczyłem na podłodze w kuchni. Zamiast kremu do golenia stosowałem krem nawilżający. Zamiast mydła – szampon dwa w jednym i odżywkę.
Wtedy zadzwonił telefon.
– Piszę testament – powiedział wuj. – Zostawiam ci wszystko, łącznie z telewizorem.
– Dzięki – odparłem. – Myślisz, że mógłbym dostać dwieście dolców w ramach zaliczki?
– Pod jednym warunkiem – powiedział. – Moje prochy mają zostać rozsypane w przestrzeni kosmicznej. Widziałem kiedyś taką reklamę. To chyba kosztuje więcej, niż jest warte, ale czułbym się lepiej, mając pewność, że po śmierci nie stanie mi się nic złego. Być może musiałbyś sprzedać trochę mebli i telewizor.
– Wiele żądasz – powiedziałem. – Nie zadowoliłbyś się jakimś szczytem góry przy plaży?
– Musiałbym najpierw zobaczyć to miejsce – odparł po długim milczeniu.
– Chciałbym, żebyśmy się spotkali dziś po południu.
– Masz randkę wieczorem? – zapytał podnieconym głosem. – Z kim?
– Będę za godzinę – powiedziałem.
Miałem naprawdę dobre przeczucia co do Terri. Myślałem, że może być tą jedyną. Kiedy ją sobie wyobrażałem, widziałem Indiankę z długimi warkoczami i piórem przywiązanym do czoła. Wyobrażałem ją sobie w tipi, okrytą jelenią skórą. Wyobrażałem ją sobie nago, oglądającą telewizję w fotelu mojego wuja, ziewającą. Wyobrażałem ją sobie, jak korzysta z toalety, czytając starą książkę o duchowości. Może moglibyśmy pójść razem do kasyna. Może znaleźlibyśmy bufet, gdzie można zjeść wszystko, co da się radę zjeść. W końcu mówiła, że ma pieniądze.
– Masz kasę? – zawołałem do wuja z samochodu, gdy wytaczał się z domu.
– I ty to nazywasz przystrzyżeniem trawnika? – krzyczał, machając laską w stronę trawy.
– Przyniosłeś kasę? – musiałem to wiedzieć. – Przyniosłeś?
– Tak – powiedział wuj, zasuwając suwak swojej wiatrówki i poklepując się tam, gdzie miał worek kolostomijny. Zastukał laską w okno samochodu.
– Pokaż pieniądze – powiedziałem.
Wyjął portfel i pomachał banknotem dwudziestodolarowym.
Otworzyłem drzwi.

Gdy dotarliśmy do podnóża góry, wuj potrząsnął głową. – Nie podoba mi się tutaj – powiedział. – Za dużo słońca. Gdzie my jesteśmy? Co to jest za miejsce?
– Malibu – odparłem.
Parking był prawie pusty, były tam stoły piknikowe, rzeźbiony drewniany znak i szlak wiodący do doliny porośniętej małymi drzewkami. Wuj wyciągnął szyję i, przymrużywszy oczy, patrzył przez okno na szczyt góry.
– Tam na pewno są zwierzęta – powiedział. – Lwy górskie, kojoty. Spójrz na te wszystkie ptaki! – Rozglądał się wokół nerwowo, pocierając rękami kolana. – I brudno tu wszędzie
– Masz rację – powiedziałem, przewracając oczami.
Skrzyżował ręce i znów potrząsnął głową. – Nie chcę, żeby zwierzęta obsikiwały moje prochy.
– Spryskam twoje prochy trucizną, jeśli chcesz – powiedziałem. – Obiecuję.
– Idź tam i sprawdź – powiedział. – Ja jestem za stary. Zmęczyłem się. Zostanę w wozie. Jeśli znajdziesz jakieś miejsce w cieniu, bez zwierząt, to umowa stoi.
Wysiadłem więc i zacząłem iść. Ani myślałem przejść całej drogi na szczyt. Znalazłem trawę między drzewami, zrobiłem kilka brzuszków i wykroków, położyłem się na plecach i pomyślałem o Terri. Wyobraziłem ją sobie pozującą nago na pustyni – spokojną, nieruchomą, z długimi, gładkimi włosami spływającymi po idealnych piersiach. Gdy ją całowałem, jej usta miały smak lodów truskawkowych. „Jesteś taki przystojny” – mówiła. – „Taki wysportowany”. Życie jest cudowne, myślałem, idąc w stronę skały wystającej ze zbocza. Widziałem ocean, wzgórza i autostradę. Fajne miejsce, by spędzić w nim całą wieczność. Było tu mnóstwo pręgowców amerykańskich.
– Świetne miejsce – powiedziałem do wuja, powróciwszy do samochodu. – Dawaj pieniądze.
Gdy spojrzałem na jego twarz, była szara i wymizerowana. – Właśnie myślałem… – zaczął. Mówił zduszonym, wysokim głosem i słyszałem jak flegma mlaskała mu w gardle. – Ile razy jeszcze cię zobaczę? Kilkadziesiąt? – Wydawało się, że ma problemy z oddychaniem. Klepnąłem go w plecy.
– Masz atak serca? – zapytałem. – Potrzebujesz karetki?
– Zawieź mnie do domu – powiedział piskliwie. Wyjął portfel i wręczył mi gotówkę.
Jadąc wieczorem do Lone Pine na spotkanie z Terri, nie mogłem przestać myśleć o wuju. Gdy podwiozłem go do domu, nie zaprosił mnie do środka, nie zapytał o randkę, w ogóle nic nie powiedział. Po prostu wysiadł z samochodu i stał na chodniku, opierając się o laskę i gapiąc na trawnik. To prawda, że nie skosiłem go porządnie. Były na nim długie, trójkątne skrawki, które pominąłem, i zostawiłem kosiarkę do trawy przy podjeździe, zamiast zabrać ją z powrotem do garażu. Lecz czegóż oczekiwał za 20 dolców? Jak może się na mnie gniewać, po tym wszystkim, co dla niego zrobiłem?
– Więc jesteś – powiedziała Terri, stojąc na werandzie.
Był to tani dom podobny do tych, które są na ranczach, ze starym, posiwiałym psem śpiącym na podwórzu. Był już wieczór. Krążyły ptaki. Bolała mnie głowa.
– Zrobiłam nam kolację – powiedziała Terri. Była niska, miała duże biodra i wydawała się nieśmiała, kiedy tak stała w dżinsach i bluzce z falbanami wokół szyi. Wszedłem na schodki werandy i dobrze się jej przyjrzałem. Miała niebieski cień na powiekach i naszyjnik z długimi, czerwonymi, dyndającymi kamykami. Jej biust był wielki, wyglądał, jakby miał zwisnąć i rozlać się, gdyby nie uwięziono go w staniku. Próbowałem sobie wyobrazić, co ci wszyscy studenci akademii sztuk pięknych w niej widzieli. Popatrzyłem na jej twarz. Była okrągła i brązowa, pod lewym okiem biegła blizna. Nie wyglądało to najlepiej. Miała gęste włosy, związane w koński ogon. Jej nos był lekko spłaszczony i szeroki, z małymi wągrami wokół nozdrzy. Starałem się nie patrzeć na nie. – Jesteś głodny? – zapytała, uśmiechając się. Miała żółte, nierówne zęby. Próbowałem ominąć je wzrokiem i zajrzeć do wnętrza jej ust. – Mam też kruche ciasteczka –powiedziała. Wprowadziła mnie do domu przez drzwi z moskitierą.
Nie wiedziałem, co jej powiedzieć. Dom pachniał czosnkiem i praniem. Przeszliśmy przez pokój, gdzie stała kanapa przykryta ceratą, a meble były biało-złote i lepkie. Wyjęła krzesło spod kuchennego stołu i wyłączyła mały, czarno-biały telewizor stojący na blacie. Domyśliłem się, że siedziała przed nim całymi dniami, jedząc ciastka. Pomyślałem, że mogłaby całkiem nieźle wyglądać, gdybym zaserwował jej dietę, kupił jakieś DVD z aerobikiem i zrobił porządek z tymi zębami. Nie była tą dziewczyną, jaką sobie wyobraziłem, lecz miała w sobie jakiś urok.
– Masz rodzinę? – zapytała, stawiając na stole talerz z ciasteczkami. Włożyłem jedno do ust i skinąłem głową. – Braci i siostry? – spytała Terri. Potrząsnąłem głową. Wstała i nalała mi szklankę wody z kranu. Szklanka była z Disneylandu.
– Wuja – powiedziałem, biorąc kolejne ciasteczko.
– Ja mam tylko mamę. Śpi teraz. Właściwie to wszystko, co robi.
Twarz Terri była zapuchnięta i smutna. Pomyślałem, że wyglądałaby lepiej po kuracji diuretykami i nadtlenkiem benzoilu. Zjadłem jeszcze kilka ciasteczek.
– Jesteś głodny? – zapytała ponownie. Próbowałem sobie wyobrazić, jak kładę się na niej. Pomyślałem, że przypominałoby to leżenie na łóżku wodnym.
– Lepiej zróbmy to, zanim zjemy – powiedziałem, odsuwając talerz z ciasteczkami. Terri oblała się rumieńcem. Wiedziałem, że wyglądam lepiej niż ona. Wiedziałem, że będzie wdzięczna, niezależnie od tego, co jej zrobię. Wstała i zaprowadziła mnie do swojej sypialni. Patrzyłem, jak szarpie się z dżinsami. Jej biodra zakołysały się, gdy wchodziła na łóżko. Dzięki Bogu nie zdjęła stanika. – Jesteś taki przystojny – powiedziała. Stanąłem nad nią i zdjąłem koszulę. Terri wyciągnęła rękę, żeby mnie dotknąć. Nie byłem zainteresowany dotykaniem mnie. Nie chciałem, żeby poczuła moją wysypkę. Chciałem włożyć jej moje palce do ust. Przymknąłem oczy i pomacałem jej twarz, wsunąłem palec wskazujący do ust. Polizała go i zaczęła ssać. Włożyłem drugi palec. Nie przestawała ssać. To było tak przyjemne uczucie. Jakby wróciło się z zimna i weszło do przytulnego pokoju, gdzie rozpalono ogień. Jakby się weszło do gorącej kąpieli. Chciałem włożyć jej do ust całą rękę. Przytrzymałem jedną ręką tył jej głowy, a drugą wsunąłem w głąb gardła. Zakrztusiła się i próbowała coś powiedzieć, lecz ja dalej wpychałem tam rękę. Widać było na zewnątrz, jak porusza się w jej gardle. W końcu przestała się szamotać. – Zuch dziewczyna – chciałem powiedzieć, lecz nie zrobiłem tego. Gdy spojrzałem na nią, zobaczyłem, jak coś rozbłysło w jej oczach.
Nie całowałem jej potem, ani nie pieściłem. Było inaczej. Wstaliśmy i zjedliśmy to, co przygotowała: spaghetti z klopsikami i pudding czekoladowy. Potem zwymiotowałem i pożegnałem się. Powiedziałem, że zadzwonię. Stała na werandzie w różowej sukience i patrzyła, jak odjeżdżam.
Później, gdy wuj zapytał mnie, jak poszła randka, opowiedziałem mu wszystko ze szczegółami.
– Terri jest najpiękniejszą kobietą na świecie. Pyszne brązowe włosy, mały nos, jak guziczek, oczy niczym u sarenki. Ma klasę. Nie jak te wszystkie zdziry. I jest też zabawna. Udało nam się. Było wspaniale.
Wuj zrzędził i poprawiał odchylenie swojego fotela.
– Uważaj na kobiety – powiedział. – Wszystko, czego chcą, to miłość i pieniądze.
– Terri jest inna – odparłem. – Nie mógłbyś cieszyć się z mojego sukcesu?
Złożyłem ręce jak do modlitwy i wzniosłem je ku wujowi, jakbym go błagał. Od czasu Malibu zachowywał się tak, jakbym wszystko, co robił, było głupie, jakbym wciąż właził mu na odcisk. Nie patrzył na mnie. Gapił się w telewizor.
– Jeśli jest taka wspaniała – powiedział wuj – to dlaczego nie poda nam teraz lodów neapolitańskich? Gdzie ona jest? –Wziął garść orzeszków ziemnych z pojemnika, który trzymał na kolanach i powoli wsypywał je sobie do ust. Patrzyłem, jak żuje i poszturchuje worek kolostomijny. Nigdy nie odpowiedziałem na jego pytania.
Później oglądaliśmy show Maury’ego Povicha, serial One Life to Live i film o ludziach mieszkających w tunelach nowojorskiego metra.
Ponownie skosiłem trawnik.
więcej z numeru literackiego :
More
From VICE
-

-

Photo Credit: Marc Andrew Deley/FilmMagic -

Screenshot: Steam -
