podróże

Przez jeden dzień pozwoliłem ludziom z Instagrama kierować moim życiem

Trafiłem do ośrodka scjentologów, na prywatną wystawę rosyjskiej sztuki nowoczesnej, a w końcu do obcego kraju
06 Listopad 2017, 11:16am
Autor artykułu w Brukseli po 24 godzinach instagramowej eskapady

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE UK

Nie powiedziałbym, że jakoś wybitnie radzę sobie w życiu. Nie jest źle, ale biorąc pod uwagę moich niezwykle wspierających rodziców i brak jakichkolwiek poważnych chorób czy kontuzji, naprawdę powinienem był zajść znacznie dalej. Każdą szansę na osiągnięcie czegoś lepszego schrzaniłem – przykładowo, kiedy nie potrafiłem wybrać pomiędzy dwoma podrzędnymi uniwersytetami w Londynie, postanowiłem odłożyć decyzję o rok. Potem o kolejny. Koniec końców w ogóle nie poszedłem na studia.

À propos decyzji: na Instagramie pojawiła się nowa funkcja tworzenia ankiet dla swoich followersów. Chociaż większość uważa to za kolejny sposób, w jaki ludzie mogą dopraszać się komplementów od znajomych, ja dostrzegam w tym potencjał. To narzędzie, dzięki któremu można zmienić świat, a przynajmniej czyjeś życie. Zacznijmy więc od mojego – po co mam się męczyć z podejmowaniem upierdliwych decyzji, skoro mogą to za mnie robić inni?

Przez cały dzień pozwolę ludziom obserwującym mnie na Instagramie głosować nad każdą decyzją, jaką muszę podjąć.

POBUDKA

Otwieram oczy i czuję typowe poranne znużenie. Zaczynam myśleć o moim śniadaniu: smętna owsianka czy nudne płatki mleczne? Ale wtedy doznaję olśnienia: dziś będzie inaczej. Przez najbliższe 24 godziny będę polegał na tysiącu wspaniałych ludzi, którzy podejmą za mnie tę decyzję. Zaczynamy.

Dzisiaj nie będę podejmował żadnych decyzji. Cała władza w waszych rękach. Czy powinienem: a) wstać i się umyć; b) jeszcze trochę podrzemać?

Niestety, na pewno nie będzie to historia mężczyzny, który dzięki woli ludu spędził 24 godziny w łóżku.

Co powinienem założyć: a) to po lewej; b) to po prawej?

Następna decyzja. Co powinienem założyć: dowcipną koszulkę z grą słowną Władimir Poutine (tak jak ta kanadyjska potrawa), brązową kurtkę skórzaną i dżinsy Georgio Pevianiego, czy może zwykły, czarno-biały zestaw, w którym nie wyglądam jak białoruski tirowiec?

Czyli to pierwsze!

WYPRAWA W NIEZNANE

Wychodzę na zewnątrz i staje przede mną kolejna decyzja: w prawo czy w lewo? Mam iść do Dulwich, oazy wegan oraz byłych kierowników ds. reklamy, którzy są gotowi przepłacić 15 funtów (ponad 70 złotych), byleby dostać „prawdziwy" cheddar, czy robotnicze Peckham, skąd ich studiujące na ASP potomstwo udaje, że pochodzi?

Dulwich czy Peckham?

Gdzie mam iść: a) w prawo do Peckham; b) w lewo do Dulwich?

No to mamy decyzję. Teraz czas na wybór, przed którym staję każdego dnia:

Kuśtykać czy nie kuśtykać? Zdecydujcie za mnie, dobrzy ludzie z Instagrama.

No to do Peckham. Czy mam iść: a) normalnie; b) kuśtykając?

Kto by pomyślał, że cały dzień utykania jest tym, dzięki czemu osiągnę coś w życiu? Drodzy followersi, dziękuję, że tak o mnie dbacie.

Czas na śniadanie. Mam iść do jakiegoś pretensjonalnego bistro czy do starego, dobrego McDonalda?

Gdzie mam jeść: a) pretensjonalna knajpa; b) McDonald?

Okej, można było się tego spodziewać.

Następnie moi kochani megalomani z Instagrama (teraz głosujący już całymi setkami) mają możliwość albo wybrania mi posiłku, albo zrzucenia tej decyzji na…

Tego przypadkowego mężczyznę w ciepłej kurtce i z bardzo, bardzo wysokim czołem.

Oczywiście 72 procent internautów wybrało obcego mężczyznę, który, jak się okazało, jest wegetarianinem. Dlatego też polecił mi sałatkę z kabaczka i zielonej fasolki.

Teraz, kiedy podano mi jedzenie wybrane przez obcego jarosza, stoi przede mną wybór: zrobić coś, na co nigdy bym się nie zdecydował, ponieważ przez większość jest to uważane za wyjątkowo chamskie, czy wykorzystać tę okazję do spróbowania smaków, których jeszcze nie znam (a taki właściwie powinien być cel tego eksperymentu)?

Czy mam: a) to zjeść; b) oburzony wybiec z knajpy?

Do tego momentu większość ludzi raczej podglądało moje ankiety niż naprawdę głosowało, ale po tym pytaniu nagle dostaję mnóstwo odpowiedzi. Wszyscy marzą o tym, żebym zranił uczucia tego faceta.

Biorę głęboki oddech, wykrzywiam twarz i chwytam za łyżkę. Dam radę to zrobić.

Oszołomiony wybiegam na ulicę. Zaczynam się zastanawiać, czy ten eksperyment to na pewno dobre posunięcie. Może ludzie zamiast mi pomagać, będą to wykorzystywać, żeby zjebać mi życie?

Kiedy wchodzę na stację metra, wpadam na pomysł, jak uzyskać odpowiedź na palące mnie pytanie: czy jestem po prostu marionetką, dzięki której ludzie mogą dać ujście swoim najbardziej sadystycznym impulsom, czy incydent w knajpie stanowił wyjątek? Z pewnością dobrzy ludzie z Instagrama nie będą kazać mi popełniać przestępstw.

Czy mam: a) zapłacić; b) przejść na chama?

Na żadne pytanie nie dostałem tylu odpowiedzi i ani razu różnica nie była tak duża. Kuśtykając po schodach i pocąc się pod skórzaną kurtką, zaczynam się lękać tego, co nastąpi później.

Followersi! Czy powinienem udać się do londyńskiego Centrum Scjentologii, przerażającej organizacji oskarżanej o różne nikczemne czyny przez jej krytyków oraz byłych członków, czy raczej zdecydować się na coś znacznie gorszego i pojechać do Ballie Ballerson, baru dla dorosłych wypełnionego infantylnymi piłeczkami (tak, takimi jak w basenach dla dzieci w centrach rozrywki)?

Jadę do: a) okropnego baru z piłeczkami; b) głównej siedziby scjentologów?

Wydaje się, że innych tak samo nie interesuje/odrzuca idea placu zabaw dla dorosłych.

AKT WIARY

Kiedy wychodzę z pociągu, jest już prawie 15. Nadal nic nie jadłem, więc zaczynam mieć mdłości i boli mnie głowa.

Zacząłem się słabo czuć, więc kupiłem tę kanapkę z pastą jajeczną. Powinienem: a) wrzucić ją do wody; b) zjeść ją?

Być może to początek syndromu sztokholmskiego, ale zaczynam naprawdę kochać moich stukających kciukami władców. Połykając duży kęs nieprzyprawionego jajka, odkrywam coś ciekawego w mojej skrzynce mailowej. To wiadomość od PR-owca o imieniu Asher. Pokazuję ją na Instagramie.

L: „Hej Oobah, będę jutro rozwoził w Londynie puszki Commotion Lotion. Miałbyś ochotę spróbować?". P: „Oobah, zawsze mów szczerze o swoich emocjach. Nie trzymaj niczego w sobie. Będę przy redakcji VICE za kilka godzin i chętnie ci pomogę". Pytanie: Znalazłem to w spamie. Powinienem: a) powiedzieć mu, żeby spotkał się ze mną przed siedzibą scjentologów; b) poprosić o jakąś życiową radę?

W ciągu 10 minut Asher nie tylko daje mi uroczą radę, ale i mówi, że już jedzie z puszkami Commotion Lotion, czyli napoju, który najlepiej można opisać jako mieszankę piwa i Red Bulla. Pamiętając o ostatnich wydarzeniach, boję się, jaką krzywdę delikatnemu Asherowi wyrządzą ludzie z Instagrama.

Wkrótce staję naprzeciw wejścia do siedziby scjentologów. Daje moim followersom dwie opcje:

Mam wejść do środka i: a) zrobić darmowy test osobowości; b) wziąć 30 darmowych długopisów?

Kiedy w końcu jestem gotowy, aby wejść tam na sekundę i wyjść z absurdalną liczbą długopisów, nagle ktoś stuka mnie w ramię. Odwracam się i widzę uśmiechniętego Ashera, który w ręku trzyma sześciopak.

Asher jest uroczym facetem. To typ kolesia, który potrafiłby cię przekonać, że wylanie pół litra piwa bez wypicia nawet jednego łyczka to wbrew pozorom coś naprawdę dobrego. Przerywam mu jego pełną entuzjazmu gadkę o darmowym koncercie zespołu King Kong Company, żeby wyjaśnić mu moją obecną sytuację. Z każdym słowem widzę, jak blask w jego oczach coraz bardziej gaśnie. Wydaje się nieszczęśliwy. Jako że ewidentnie nie podoba mu się pomysł wejścia do środka, wyciągam do niego pomocną dłoń.

Asher przyjechał. Czy: a) mam z nim wejść do środka; b) napić się razem na zewnątrz?

Ruszamy więc do środka, gdzie wita nas facet przypominający pacynkę.

Spacerując po siedzibie, lustruję wszystkie pomieszczenia w poszukiwaniu ołówków. Asher nerwowo zdaje komuś pytania o historię budynku.

Proszę, żebyśmy dali nam do wypełnienia oficjalny test osobowości organizacji, bo chcę zyskać trochę na czasie. Odhaczam kolejne pytania, właściwie nie patrząc, co zakreślam. Asher zadaje więcej pytań. Nie mogę już tego znieść.


Tylko ciekawe historie. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


10 minut później pojawia się jakiś mężczyzna i wskazuje na przyniesione ze sobą wykresy. Nie wygląda to za dobrze dla żadnego z nas. Obaj chorujemy na depresję, mówi nam ktoś należący do organizacji, która posiada niezawodną metodę leczenia tej choroby. I to za niewielką cenę, zapewnia nas koleś. Teraz mam jednak znacznie większe zmartwienie: ołówki.

W końcu, po wielu pytaniach, wychodzę z zaledwie ośmioma ołówkami. Asher mnie opuszcza; jest widocznie zmartwiony. To kolejna ofiara dzisiejszego dnia – pierwszą był jakiś licealista, który wysłał mi wiadomość o treści: „Ma jutro dwa egzaminy, a ja siedzę i odświeżam twoje konto [zamiast się uczyć]".

Połowa piszących do mnie ludzi podchodzi do tego podobnie jak ten chłopak – bawi ich to. Martwi mnie natomiast druga połowa, która wysyła mi niepokojąco szczegółowe żądania:

Wiadomość: „Oobah, wbijaj do Tate Modern. Nie, nie znamy się, ale pracuję tutaj i coś dla ciebie zaplanowałam". Iść: a) tak; b) nie.

Przybywam do Muzeum Sztuki Nowoczesnej Tate i w końcu znajduję osobę, która wysłała mi tę wiadomość. Kiedy galeria zostaje zamknięta, dziewczyna prowadzi mnie do ciasnego pomieszczenia („Cały czas kuśtykasz!" – śmieje się) i wskazuje na jakiś pierdyliard schodów, po których muszę się wspiąć.

PUTIN I POUTINE

Docieram na szczyt schodów i wkrótce zaczynam rozumieć, gdzie się znalazłem – to przedpremierowa prezentacja nowej wystawy Ilji i Emilii Kabakov, wychowanych w Ameryce artystek z Rosji. Po wszystkim ma się odbyć elegancka kolacja. Ktoś każe mi w milczeniu poczekać pół godziny w jakimś opuszczonym pokoju.

Wchodzę do sali, ściskając kurczowo kieliszek szampana, i rozglądam się dookoła. Zauważam dyrektorkę Tate, Marię Balshaw, rozmawiającą z kilkoma Rosjanami, których ubrania wyglądają na niezwykle drogie. Wtedy do mnie dociera: znalazłem się w złym miejscu. To śmietanka świata sztuki.

Zauważam mężczyznę z niesamowitym wąsem i twarzy tak czerwonej, że przypomina ugotowanego homara, który płynnie rozmawia z kimś po rosyjsku. Właściwie to wszyscy mówią po rosyjsku. Facet wpatruje się w moją koszulkę „Władimir Poutine: Kremlowska Specjalność". Może mu się podoba?

Ten facet wygląda sympatycznie. Mam się przywitać: a) jakbyśmy się znali od lat; b) używając kodu zerojedynkowego?

Zaraz się przekonamy.

Prowadzimy dość wymuszoną rozmowę, obaj bardzo zakłopotani, aż nagle zostajemy grzecznie wezwani na kolację na piętrze. Cały czas ziewając, przysłuchuję się rozmowom różnych bogaczy, którzy przez połowę czasu mówią w niezrozumiałych dla mnie językach. Czas na ostatnią decyzję dnia. Przeglądam odebrane wiadomości. Nie wiem, czy to kwestia czterech kieliszków szampana na pusty żołądek, ale coś przykuwa moją uwagę.

Wiadomość: „Rosyjskie jedzenie z koszulką z Poutine… Na twoim miejscu bardzo bym uważał. Masz ochotę obejrzeć u mnie program »The Great British Bake Off«?". Okej, słuchanie przemów oligarchów jest naprawdę nudne. Czy powinienem: a) pójść i obejrzeć program o pieczeniu ciast; b) wyjechać z kraju?

Napisałem to częściowo jako żart, trochę wstawiony, spodziewając się, że moi followersi zdadzą sobie sprawę, jak bardzo męczący miałem dzień i pozwolą mi – dla mojego własnego bezpieczeństwa – zakończyć go na czyjejś kanapie, z pizzą w jednej, a piwem w drugiej ręce. Pomyślałem, że wybiorą tę opcję, bo oznaczała ona nawiązanie nowej znajomości, podobnie jak w wegetariańskim bistro i w Tate.

POŻEGNANIE Z OJCZYZNĄ

Ale teraz zdaję sobie sprawę z tego, co zrobiłem, i myślę o moim koncie bankowym oraz o tym, że na pewno nie ma na nim wystarczających funduszy, bym mógł sobie pozwolić na wyjazd z za granicę. Na szczęście – powiedzmy – widzę dwie opcje, na które wciąż mnie stać:

Okej, wypierdalam z kraju. Google pokazuje, że mam dwie możliwości: a) polecieć do Dublina; b) pojechać autokarem do Brukseli.

Odkładam telefon na 10 minut, bo po tym czasie wygasną obie rezerwacje. Z pewnością po całym dniu rządzenia mną, ci mili ludzie musieli nawiązać ze mną jakąś więź? Poczuć jakąś odpowiedzialność za osobę, której życiem kierowali przez ostatnią dobę? Wykazać na tyle dużo empatii, że nie będą chcieli wsadzić mnie na osiem godzin do autokaru do Brukseli?

Minęło dziesięć minut. Patrzę na mój telefon: oddano 695 głosów.

Wszyscyście chujki.

No nie wierzę. Ci ludzie nienawidzą mnie jeszcze bardziej niż ja siebie. Są dla mnie znacznie gorsi niż ja i moje głupie decyzje. Powierzam im moje życie, kuśtykam przez 13,5 kilometra (według mojego iPhone'a) i mam na sobie ubranie godne stryjka na wakacjach, a oni tak się odwdzięczają? Mam jechać osiem godzin śmierdzącym autokarem do Brukseli, miasta, w którym nikogo nie znam, żeby po sześciu godzinach wrócić do kraju?

Kiedy opuszczamy przedmieścia Londynu, wycieńczony biorę głęboki oddech. Mógłbym być już w Dublinie. W tym momencie zauważam, że siedzący obok mnie facet śmieje się sam do siebie.

Czy powinienem przestawić się facetowi siedzącemu obok mnie: a) tak; b) nie?

Skoro dla moich followersów jestem tylko marionetką, czemu by nie pójść na całość? Pozwalam im wybrać, czy mam się przestawić jako Oobah – czyli ja – czy jako Georgio Peviani, nieistniejący projektant mody, którego kilka tygodni temu udawałem podczas Paryskiego Tygodnia Mody.

Patrick, Georgio. Skoro oboje musimy przecierpieć tę podróż, czemu by się nie napić piwka?

Nie wiem, czy to kwestia tego, że kiedy się śmieje, kopie nogami jak dziecko, czy może nalegań, abym użył jego ładowarki – chociaż ma słabszą baterię – ponieważ „to twoja praca", ale Patricka nie da się nie lubić. Dlatego pozwalam mu na to:

Odrobina uroczej autopromocji.

Później, po całej nocy picia piwa i pogaduszek, Patrick wysiada z autokaru w Gandawie. O piątej rano przeżywamy bardzo emocjonalne pożegnanie.

Jakąś godzinę później, po dotarciu do Brukseli i zaczerpnięciu rześkiego powietrza, coś do mnie dociera: nie powinienem złościć się na ludzi z Instagrama, tylko im podziękować za to, że mnie tu wysłali.

Podarowaliście mi rzeczy, których w innym wypadku nigdy bym nie miał: nowego przyjaciela, przewlekły ból dupy od ciągłego kuśtykania oraz piękny poranek w obcym kraju.

Dziękuję wam.

Nigdy więcej.


Więcej artykułów Oobah Butlera:

Grałem w „Pokemon Go” bez telefonu