protest

Studenci ASP bronią legendarnego klubu przed władzami uczelni

Rektor miał im grozić pozwem, a kanclerz uczelni w miejscu klubu wolałby „sklep z pamiątkami”. Czy uda się rozwiązać ten kryzys?

tekst Maciek Piasecki; zdjęcia: Karolina Zajączkowska
24 Maj 2017, 2:30am

Ola Rusinek i Agata Grabowska, autorki wystawy „Dekadencja / Sklepik z pamiątkami” w Eufemii

Chociaż Warszawa może się pochwalić jedną z najintensywniejszych scen imprezowych w Polsce, to miejsc, które działałyby na zasadzie innej niż „puścić jakąś muzykę, przy której dobrze sprzedają się drogie drinki" istnieje obecnie niewiele – a kolejne raczej się zamykają, niż otwierają. Do tej pierwszej należy schowana pod siedzibą Akademii Sztuk Pięknych „klubojadalnia" Eufemia, która po siedmiu latach muzycznego fermentu musi się wynieść z piwnic. Doprowadziło to do kryzysu na linii studenci-rektor, który wizerunkowo może sporo kosztować warszawską Akademię.

Mimo petycji w sprawie wypowiedzenia umowy „bez wcześniejszych konsultacji z najemcą", którą podpisało prawie 2 tys. osób i listu otwartego ze strony czołowych postaci polskiego świata sztuki, rektor Akademii prof. Adam Myjak, do którego należy ostateczna decyzja o losach klubu, nigdy oficjalnie nie odniósł się do przyszłości klubu, choć w dużych mediach kanclerz ASP twierdził, że miejsce ukochanego przez studentów i niezależną scenę ma powstać „showroom" czy nawet sklep z pamiątkami.

Zebrane teksty na temat Eufemii będące częścią wystawy

To lekceważenie ze strony władz uczelni rozsierdziło dwie studentki Wydziału Zarządzania Kulturą Wizualną, Olę Rusinek i Agatę Grabowską, które w ostatni weekend na terenie Eufemii zorganizowały wystawę, mającą na celu m.in. pokazanie braku komunikacji z władzami i „zwrócenie uwagi na związek obecnych władz Akademii z biznesem". 10 zaproszonych artystów przygotowało własne interpretacje rzeźb rektora – tzw. Aniołów Biznesu, które stworzył dla sieci centrów handlowych Dekada. „Na naszych zajęciach wychwala się dadaistów, którzy kontestowali rzeczywistość, ale działania studentów próbuje się cenzurować. A pieniądze są dla władz uczelni ważniejsze, niż wartościowe miejsce" – mówią młode kuratorki w rozmowie z VICE.

Zaczepna wystawa wywołała burzę – studentkom miano sugerować, że zostaną pozwane o naruszenie praw autorskich do rzeźb, a prowadzącemu cenione zajęcia galerzyście Dawidowi Radziszewskiemu (który nadzorował pracę dziewczyn) planowano rzekomo odmówić przedłużenia umowy. W ramach dodatkowego protestu, prace zasłonięto wtedy paczkami po czipsach. Jak mówi Radziszewski, nikt nie będzie wyciągać wobec autorek konsekwencji. Potwierdza to pismo wystosowane przez prof. Myjaka przeznaczone dla władz wydziału, które zostało udostępnione przez studentów: „Zawsze twierdziłem, że warunkiem podstawowym istnienia naszej Akademii jest otwartość i pluralizm postaw artystycznych" – pisze prof. Myjak. Jednocześnie zapewnia, że „istnienie Eufemii nie jest i nigdy nie było zagrożone", a „program artystyczny będzie budowany przez studentów". „To pierwszy oficjalny dokument, w którym zostało to potwierdzone", cieszy się Jasiek Garstka, przewodniczący samorządu studentów.

Prace z wystawy ukryte w paczkach po czipsach

Samorząd stworzył dla przyszłej Eufemii program kulturalny, którego przyszły najemca musiałby przestrzegać. W znakomitej mierze wspiera się na dotychczasowym funkcjonowaniu klubu, kiedy zarządzał nim fotograf i animator kultury Michał Grochowiak. „Nie chcemy być posądzeni o kumoterstwo, więc nie pokazujemy palcem, że to Michał ma być przyszłym najemcą. Zależy nam tylko na kontynuowaniu aktualnej, bardzo dobrej linii programowej klubu", mówi Jakub Depczyński, jeden z autorów. Wśród osób związanych z Eufemią nikt nie ukrywa jednak, że prowadzone przez Grochowiaka wspólnie z mamą i babcią miejsce (to dzięki nim w Eufemii można zjeść równie legendarne jak program artystyczny tanie obiady) w innych rękach już nie będzie tym samym. Nie zaproszono go jednak w żaden sposób do udziału w przyszłym konkursie, a o eksmisji dowiedział się on przypadkiem. „Nie chcę nikogo wybierać na przyszłego najemcę, ale ważne jest dla mnie, żeby studenci mieli na to wpływ, a każdy w konkursie równe prawa" – mówi Garstka.

Teraz, tak jak od początku, wszystko w rękach rektora. Studenci nie ukrywają, że cała sprawa stała się burzą w szklance wody, a otwartość i chęć dialogu ze strony władz sprawiłaby, że żadna wystawa, petycje ani krytyczne wypowiedzi o władzach uczelni nie miałyby miejsca (stwierdzenia o „sklepie z pamiątkami" nigdy nie doczekały się sprostowania). Profesor Myjak może albo posłuchać swoich studentów i pokazać, że warszawska ASP jest otwarta na ich głos, dając przykład innym placówkom w Polsce – albo postawić na swoim i dać się zapamiętać jako despota, który zniszczył jeden z najważniejszych ośrodków miejskiej kultury.

Śledź autora na Twitterze i Facebooku