Foals – What Went Down

Dla niektórych Foals skończyło się po “Antidotes”. Inni uwielbiają piątkę z Oxfordu za “Spanish Sahara”. Wielu zwolenników zyskały też pochodzące z poprzedniego albumu Brytyjczyków utwory “My Number” i “Inhaler”. Mało kto jednak zwraca uwagę, że Foals konsekwentnie realizują plan, jaki założyli na początku swojej kariery – od domówek na obrzeżach Londynu do występu w Royal Albert Hall. Czy koncert w najbardziej prestiżowej po tej stronie globu sali koncertowej wraz z wydanym w 2013 albumem “Holy Fire” był punktem kulminacyjnym w karierze zespołu, po którym emocje będą już tylko opadać? I tak, i nie. Czwarty w dorobku Brytyjczyków krążek, zatytułowany “What Went Down” to próba zdefiniowania na nowo tego, za co pokochaliśmy Foals, szczególnie podczas występów na żywo. Z drugiej strony muzycy nie muszą już nikomu niczego udowadniać – są zespołem światowego formatu, który zwyczajnie nie schodzi poniżej pewnego pułapu.

Typowo koncertowa energia to właśnie to, co słychać już od pierwszych sekund otwierającego płytę, tytułowego “What Went Down”. Foals zauważalnie ewoluują w kierunku mocnego, gitarowego grania, math-rockowy bunt mając już dawno za sobą. Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to oksfordzki kwintet ma swoich stałych ulubieńców. Od pierwszego wydawnictwa zespołowi towarzyszył Tinhead – utalentowany grafik, autor kultowej postaci z okładki “Antidotes”. Dość istotny wkład w ostatnie produkcje zespołu wniósł też Leif Podhajsky (zdjęcie z “Holy Fire”). W kwestii wideo natomiast Foals totalnie zaufali Nabilowi Elderkinowi. To jego wizją był interaktywny klip do “Mountain At My Gates” nagrany w całości kamerą GoPro, który tak jak sam utwór – niesamowicie wciąga. Delikatnie swingujące, popowe “Birch Tree” to Foals jakiego do tej pory nie znaliśmy. Syntezatory idealnie splatają się tu z charakterystycznym falsetem Yannisa Philippakisa, a chwytliwy refren pozostaje w głowie na długie godziny po przesłuchaniu całego materiału. Każdy album Brytyjczyków zawiera przynajmniej jedną ckliwą balladę – czasem jest to typowa pościelówa, czasem coś bardziej refleksyjnego. Tym razem o tytuł następcy Sahary i “Late Night” walczą “Give It All” oraz “London Thunder”. Ja skłaniałbym się ku temu drugiemu, ze schematyczną partią gitary i klimatycznymi wokalami. W towarzystwie tego kawałka zdecydowanie można zaczarować dziewczynę, albo po prostu pogapić się w gwiazdy siedząc na parapecie.

Videos by VICE

“What Went Down” w bardzo wielu punktach styka się z poprzednim wydawnictwem zespołu. Weźmy chociażby takie “Albatross”, którego perkusyjny wstęp niemal zupełnie pokrywa się z partią z “Bad Habit” z “Holy Fire”. To całkiem miłe nawiązanie, którego kompletnie nie mam sumienia zrugać za wtórność. I chociaż Foals to już raczej zespół, którego nie wypada porównywać do innych projektów, to tubalne wokale i ostre, często pocięte riffy w “Snake Oil” wyraźnie podążają w stronę Black Keys, The Kills czy Royal Blood. Czy to dobry kierunek? W wersji na żywo jestem zdecydowanie na tak! “Night Swimmers” natomiast serwuje nam powrót o pół dekady, do “Total Life Forever”, które wszyscy pamiętają właśnie z takiego brzmienia. Foalsowy wehikuł czasu z powrotem przeskakuje do 2015 przy dźwiękach “Lonely Huter”, w którym Philippakis snuje historię o wędrowcu zagubionym w kolejnych miastach i sytuacjach. Takie właśnie w dużej mierze jest życie zawodowego muzyka, bez wytchnienia podróżującego od Nowej Zelandii po słoneczne Miami. Sentymentalna końcówka albumu sprzyja głębokim refleksjom. “A Knife In The Ocean” najlepiej smakuje w zestawie z pobudzającymi wszelkie możliwe receptory pejzażami w wideo autorstwa wspomnianego już Leifa Podhajsky’ego. Pozwólcie porwać się fali, popłyńcie w kierunku głębi i zmierzcie się z Maverickami własnego losu. Z Foals na pewno wam się to uda.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.