Goldfrapp – Silver Eye

Gdzie te czasy, kiedy o Goldfrapp mówiło się najczęściej kontekście ich neo-folkowych wycieczek stylistycznych? A przecież na płytach “Seventh Tree” (2008) i “Tales Of Us” (2013) nie brakowało zarówno brzmień akustycznych gitar, jak i onirycznych zaśpiewów Alison. Z drugiej jednak strony angielski duet nigdy nie był zbyt mocno przywiązany do jednej stylistyki. Debiutując 17 lat temu krążkiem “Felt Mountain” Goldfrapp i Gregory zgłosili swój akces do pierwszej ligi muzyki elektronicznej. W ich graniu czasami więcej było syntetycznego disco, a kiedy indziej elektro-popu. I to zanim jeszcze stał się tak bardzo modny jak dziś. A te piosenki inspirowane muzyką pastoralną? Albo wodewilem i niemieckim kabaretem? I takie ma w swoim dorobku to nieprzewidywalne i kreatywne duo.

Nie będzie więc nadużyciem, jeśli wyrażę opinię sporej grupy fanów, że po Goldfrapp można się spodziewać dosłownie wszystkiego. I choć grupa – bawiąca się stylistykami niczym kameleon kolorami – już raczej nie zaskakuje nas swoimi wyborami, to również nigdy nie zawodzi. Mówcie co chcecie, ale ja jestem orędownikiem tezy, że Alison i Will zawsze gwarantują muzyczny produkt najwyższej jakości. I tak właśnie jest na “Silver Eye”.

Videos by VICE

To co pierwsze uderza podczas słuchania tego materiału, to jego odrealniony, często nierzeczywisty klimat. Taki jak w zwiewnym “Faux Suede Drifter” czy pulsującym “Zodiac Black” – długiej, ambientowej psycho-bajce z elementami dubu. A potem mamy kobiecy, zmysłowy, może nawet erotyczny “Beast That Never Was” – jakby z jednej z ostatnich płyt mojego ulubionych Röyksopp. Ale to wszystko dopiero w środkowej części krążka – spokojniejszej niż jego początek i koniec. W sam raz na złapanie oddechu, chwilę odpoczynku przed tym co już za nami i tym, co nas jeszcze czeka.

Większość dźwięków z “Silver Eye” to bowiem zabawa klubową konwencją – taneczne puzzle poskładane z takich elementów jak pop, disco i house. A to wszystko zanurzone w syntetyczno-glamowym sosie. Efekt? Przebojowy, ale w zaskakująco różny sposób. Weźmy na przykład taki singiel “Anymore”, w którym mamy mocny bit, przyjemnie mruczące basy i Alison w swoim najbardziej zmysłowym wydaniu. A na drugim biegunie taki oto “Moon In Your Mouth” – trip-hop o przestrzennym, wręcz kosmicznym brzmieniu. Drugi z moich najbardziej ulubionych utworów na tym albumie. Pierwszy to synth-popowy “Everything Is Never Enough”. Brzmiący tak, jakby został nagrany gdzieś w latach 80. Albo teraz, niedawno – na przykład przez Roisin Murphy czy wspomnianych już Röyksopp. Co tu dużo mówić – znakomita rzecz!

Rozkoszując się tym efektownym połączeniem elektronicznego undergroundu z chwytliwymi melodiami warto jednak zwrócić uwagę nie tylko na kompozycje, ale również znakomitą produkcję. Za brzmienie “Silver Eye” odpowiedzialni są: John Cangleton (St. Vincent, John Grant, Wild Beasts), Booby Krilic aka The Haxan Cloak (Björk), Leo Abrahams (Brian Eno), a wszystko zmiksował David Wrench (The xx, fka twigs, Caribou). Czyli sami najlepsi. I to słychać!

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.