Indianie atakują!

W latach 1950-1970 Indianie byli przedstawiani w amerykańskim kinie jako dzikusy zdzierające skalpy białym mężczyznom i pożądające białych kobiet. Ich oswajanie nie miało sensu, a jedynym rozwiązaniem pozostawał niezawodny Winchester. W klasycznym westernie Poszukiwacze, Ethan (grany przez Johna Wayne’a) wolał zastrzelić własną córkę niż pozwolić jej na „zabawę w dom” ze znienawidzonym wodzem Komanczów. Podejście to znajdowało również odzwierciedlenie poza ekranem. Przez wiele lat filmowcy oszczędzali na kosztach rekrutując żyjących w rezerwatach Indian do ról statystów i płacąc im w alkoholu i tytoniu.

Obraz Indian w amerykańskich filmach poprawił się nieco dzięki rewizjonistycznym westernom w stylu Małego Wielkiego Człowieka czy Niebieskiego żołnierza. Choć wciąż przedstawiano ich w negatywnym świetle, biali na ich tle prezentowali się tylko trochę lepiej. W późniejszych czasach w Hollywood zaczęły powstawać filmy, takie jak Ostatni Mohikanin i Tańczący z wilkami (a właściwie z Oskarami), mające w założeniu wzbudzać sympatię do czerwonoskórych.
Lukę między opowieściami o „szlachetnych dzikusach” i „dzikich dzikusach” zapełnił gatunek o nazwie redsploitation. Reprezentują go prawdziwe perełki kina klasy C, w których Indianie powstają w końcu z kolan, by skopać tyłek wstrętnym białasom. Większość z nich powiela sprawdzony schemat: przez pierwszą godzinę filmu przyglądamy się cierpieniom zadawanym tubylcom przez białych, przez drugą zaś oglądamy brutalne sceny mordów dokonywanych przez tubylców na każdym białym pojawiającym się na ekranie. Działa tu też żelazna zasada kina spod znaku exploitation, czyli im film słabszy, tym lepszy. Czas zatem nałożyć barwy wojenne, wskoczyć na konia i wykopać topór wojenny. Howgh!

Videos by VICE


OKUP (THE RANSOM – 1977)

Znany z produkcji telewizyjnych, reżyser Richard Compton zatrudnił do filmu Okup (inne tytuły: Szaleniec, Miasto terroru) całą plejadę zalkoholizowanych aktorów charakterystycznych. Na pierwszy plan wytacza się tutaj Oliver Reed, grający Nicka McCormicka – groźnego najemnego rewolwerowca, którego burmistrz pewnego bogatego miasta zatrudnia do wyeliminowania Indianina domagającego się od niego okupu w wysokości miliona dolarów. Jeśli nie zapłaci, Indianin zacznie zabijać po kolei mieszkańców miasta. Rzeczonego Indianina, noszącego tradycyjne indiańskie imię Victor, gra niemiecko-kanadyjski aktor Paul Koslo. McCormickowi pomaga tropiciel zwany dla porządku Tropicielem, którego z kolei gra James Mitchum (syn boskiego Roberta Mitchuma). Genialne, prawda?
Okup nie epatuje przemocą, ale scena zabójstwa irytującego burmistrza dostarcza wiele radości. Jeśli zaś chodzi o Victora, to jego indiańskie korzenie można poznać po tym, że świetnie pływa i doskonale się ukrywa. W tym ostatnim jest tak dobry, że przez dwie trzecie filmu w ogóle nie widać go na ekranie. Raczej dla koneserów gatunku redsploitation.


SKALPY (SCALPS – 1983)

Filmu Skalpy w reżyserii Olena Raya nie należy mylić w innym filmem o tym samym tytule, który został nakręcony w 1987 roku i jest zwyczajnie nudny. Film Raya opowiada historię sześciu studentów archeologii, którzy wyruszają na pustynię (nieważne jaką) w poszukiwaniu indiańskich artefaktów. Mimo przestróg udzielanych im przez trzęsącego się starego Indianina, który ględzi coś o „złym Czarnym Pazurze”, studenci kontynuują wykopaliska. I tak jeden z nich wnet zostaje opętany przez Czarnego Pazura. Wiemy to, gdyż co jakiś czas na ekranie pojawia się kukła lwa mająca przedstawiać jego ducha. Nie bawoła, nie bizona, tylko lwa, czyli zwierzęcia, którego łapa nigdy nie postała na Dzikim Zachodzie. Tak czy siak, z filmu płynie nauka, by od indiańskich artefaktów trzymać się jak najdalej. Inaczej duchy zmarłych Indian mogą się zdenerwować.


TRYLOGIA O DZIELNYM PIORUNIE (THUNDER WARRIOR TRILOGY – 1983 – 1987 – 1988)

Kiedy włoski mistrz kina klasy C, Fabrizio de Angelis, kręcił pierwszy film o Dzielnym Piorunie, pewnie nie zdawał sobie sprawy, że stanie się on częścią najbardziej epickiej trylogii w historii kina redsploitation. W filmie tym pochodzący z plemienia Nawaho, Dzielny Piorun (grany przez włoskiego ogiera Marco di Gregorio) po powrocie w rodzinne strony nie wiadomo skąd (załóżmy, że z Wietnamu) zastaje swych pobratymców w wielkiej opresji. Otóż źli robotnicy zamierzają zbudować obserwatorium na świętym cmentarzu Nawahów, co jest wyjątkowo debilnym pomysłem, gdyż jest to obserwatorium. Początkowo Dzielny Piorun stara się rozwiązać sprawę pokojowo i w tym celu grzecznie siada w korytarzu w biurze szeryfa. Kiedy jednak zostaje stamtąd wyrzucony i poturbowany przez gburowatych robotników/astronomów-amatorów, wypowiada im wojnę poprzez symboliczne zdjęcie koszuli.
Dzielny Piorun wskakuje przez okno do sklepu sportowego, skąd kradnie łuk i strzały, przechodząc obojętnie obok stoiska z bronią palną. Następnie nabija limo kilku gliniarzom, powoduje kilka wypadków drogowych, po czym ukrywa się na pustyni. Ostatecznie przemoc zwycięża, a święty cmentarz zostaje uratowany. Dzielny Piorun został niedawno wydany na DVD pod nieco mylącym tytułem Przemytnicy narkotyków.

W drugiej części trylogii zastajemy Dzielnego Pioruna na stanowisku zastępcy szeryfa. Tak tak, dokładnie tego samego szeryfa, który w pierwszej części kazał go wyrzucić za drzwi. Nasz bohater niedługo jednak będzie cieszył się tym stanem rzeczy, gdyż wskutek intrygi uknutej przez skorumpowanego gliniarza zostaje oskarżony o sprzedawanie heroiny pobratymcom i wtrącony do więzienia. Ponieważ klawisze traktują go równie źle, co miejscowi skorumpowani policjanci, Dzielny Piorun postanawia dać dyla. Jak się okazuje, jest to dziecinnie proste. Aby uciec z więzienia, należy: a) złapać strażnika za jaja i ukraść mu broń; b) ukraść przypadkowo zaparkowany na terenie więzienia samochód, uchylając się jednocześnie przed kulami; c) wskoczyć na stojącą pod więziennym murem trampolinę i przelecieć nad nim; d) wskoczyć przez okno do sklepu sportowego; e) przebiec obojętnie obok stoiska z bronią palną; f) ukraść łuk. Oprócz niego, Dzielny Piorun kradnie również wybuchowe strzały, które wyglądają jak zgrillowane dildo ale są niezwykle skuteczne. Jedna wystarczy, by wysadzić w powietrze cały komisariat! Po obejrzeniu filmu nasuwa się tylko jedno pytanie: dlaczego?

To i tak nic w porównaniu z trzecią i najgorszą częścią całej trylogii. Tym razem nasz bohater musi poradzić sobie z podstarzałymi najemnikami, którzy puszczają z dymem cały rezerwat, zabijając przy tym jego kumpla Małego Kruka. Niepodobna ustalić motywu dla tej rzezi, poza tym oczywiście, że jej obiektem byli Indianie. Dzielnego Pioruna III warto obejrzeć tylko dla dwóch scen: tej, w której nasz mściciel w zabawny sposób zestrzeliwuje jednemu z oprychów kapelusz z głowy, i tej, w której przeskakuje na motorze nad wozem policyjnym.

Trylogia de Angelisa gwarantuje doskonałą zabawę, choć indiańskich motywów nie ma tu za grosz: ani tradycji, ani czarów, ani nawet żadnych taktyk wojennych. Tak naprawdę Dzielny Piorun to taki przystojniejszy Rambo. Inną zapadającą w pamięć kreację stworzył pamiętany z filmu Z podniesionym czołem Bo Svenson jako przeżywający rozterki moralne szeryf.

DZIKIE ŻNIWA (SAVAGE HARVEST – 1994)

Fragment filmu możecie zobaczyć TUTAJ, niestety musicie się zalogować

Nakręcony na VHS film Erica Stanze (tego od I Spit on Your Corpse, I Piss on Your Grave) elegancko łączy w sobie kino redsploitation i horror wykorzystujący motywy indiańskie. Grupka przyjaciół wyprawia się do lasów Missouri, żeby pomóc znajomemu wysprzątać leśniczówkę. W latach 30. XIX wieku tereny te zamieszkiwali Czirokezi, którzy osiedlili się tam wskutek mających wówczas miejsce masowych deportacji Indian. Wszystkich zabiły jednak złe duchy przywołane przez lekkomyślnego szamana. Nasi wycieczkowicze (wśród których jest potomek szamana) okazują się równie lekkomyślni, gdyż po natrafieniu w leśnej głuszy na magiczne kamienie postanawiają przywołać jego ducha wraz z pozostałymi złymi duchami. Stanze nie zwykł patyczkować się z widzami, więc przyjaciele, jeden po drugim, zostają opętani przez rozmaite zwierzęce demony (w tym przez niezwykle komiczne, demoniczne prosię). Film jest rzekomo inspirowany czirokezkimi podaniami o duchach, które reżyser poznał w Missouri. Fakt ten czyni Dzikie żniwa dziełem bardziej autentycznym od wszystkich pozostałych wzmiankowanych tu filmów, co jest w sumie dość zaskakujące.

JOHNNY OGNISTA CHMURA (JOHNNY FIRECLOUD – 1975)

Johnny Firecloud autorstwa Williama Allena Castlemana to Obywatel Kane kina redsploitation. Film trzyma w napięciu, ma dobre tempo, jest krwawy i, w odróżnieniu od innych przedstawicieli gatunku, trzyma się realiów w scenach mordów dokonywanych przez Indian. Uwaga na nisko latające tomahawki! Powracający z Wietnamu (gdzie zapewne walczył ramię w ramię z Dzielnym Piorunem) Johnny udaje się w rodzinne strony, by odszukać swego ojca, Białego Orła. Okazuje się, że ten stał się pośmiewiskiem miejscowych farmerów, dla których za kieliszek whisky tańczy i którym ustawia kule bilardowe. Grany przez meksykańskiego aktora, Victora Mohicę, Johnny nachodzi ich podczas grupowej masturbacji, co wkurza przywódcę farmerów, niejakiego Colby’ego, do tego stopnia, że każe powiesić Białego Orła. Jakby tego było mało, powoduje u swojej córki poronienie. Tak się składa, że ojcem dziecka był Johnny, który puknął córkę Colby’ego przed pójściem w kamasze, a zły farmer nie chciał wnuka-mieszańca.
W tej sytuacji Johnny nie ma wyjścia i musi nauczyć farmerów moresu. Robi to, wyłapując ich po kolei i zabijając na różne sposoby: rozwalając łeb tomahawkiem, traktując dynamitem oraz zakopując po szyję w ziemi i zostawiając na pastwę sępów. Kiedy w końcu dopada Colby’ego, spuszcza mu brutalny łomot, lecz przed pełnym wyrównaniem porachunków zostaje przepędzony przez jego pomagiera. Tu film nagle się kończy, co pozostawia lekki niedosyt, choć i tak jest to zdecydowanie najlepszy przedstawiciel kina redsploitation.

Jeśli nie macie jeszcze dość, to polecam Klątwę Manitou (The Manitou) z 1978 roku i Na wojennej ścieżce (War Party) z 1989 roku. Pierwszy film opowiada o 400-letnim demonicznym szamanie, który wyrasta z szyi Susan Strasberg. W sumie nie robi nic poza siedzeniem na ziemi, z której „czerpie siły”, a ponieważ jest nagi i ma kaloryfer na brzuchu, widok jest dość zabawny. W drugim filmie (nakręconym przez Franca Roddama, tego od Kwadrofonii) odgrywana scena historycznej bitwy między amerykańską kawalerią a Indianami z plemienia Czarnych Stóp kończy się tragicznie, gdyż użycie w niej prawdziwej broni skutkuje prawdziwym indiańskim trupem. Na ekranie między innymi Kelvin Dillon, czyli dziwacznie wyglądający brat Matta Dillona. W sumie niezła rozrywka, więc warto obejrzeć.

Tekst: Patrick Cooper
Tłumaczenie: Filip Bednarczyk

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.